piątek, 29 listopada 2013

Ni pies, ni wydra - ni płaszcz, ni sweter


Niestety - zima nadeszła



Dotarło to do mnie, gdy poniedziałkowego ranka wyściubiłam nos z domu i zobaczyłam wszechobecny szron. 
I śnieg.
A mówił mój facet, że na jego urodziny śnieg zawsze spada, to zaprzeczałam rzeczywistości...
No nic. Stało się. 
W sumie - póki co - zima mi jakichś specjalnych kłopotów nie nastręcza, może poza tym, że szybko robi się ciemno i nie zawsze udaje mi się zsynchronizować mój plan dnia z robieniem zdjęć.

Ale już dość, Mar, marudzenia, przejdź do konkretów... no to przechodzę!


1. Dziękuję Wam pięknie za wszystkie odwiedziny i komentarze. Jest Was u mnie coraz więcej, co cieszy mnie niezmiernie. Oznacza to dla mnie, że dobrze Wam ze mną.
Na prośbę kilku osób dodaję więc z prawej strony przycisk, dzięki któremu można mnie obserwować - ponoć ma to Wam ułatwić powracanie do mnie :) 
2. Ponieważ okazało się, że mam pewne (miejmy nadzieję, że niezbyt poważne) kłopoty ze zdrowiem, to nie obraźcie się, jeśli kolejny post modowy pojawi się dopiero za jakiś czas. Gwarantuję jednak, że jego wyczekiwanie umilą Wam wpisy z kosmetycznymi recenzjami - mam Wam do pokazania kilka moich kolejnych kosmetyków wszechczasów!


Tymczasem dziś postanowiłam zaprezentować Wam coś w sam raz na osłodę pochmurnej pogody - "sesję" wykonaną pod koniec października, w czasie kiedy w Łodzi było wszędzie jeszcze mnóstwo kolorowych liści, a termometr pokazywał nie kilka stopni, a kilkanaście.
Mogłabym ją pominąć i wrzucić dopiero kolejną jesienią, ale...

Głównym elementem mojego uwiecznionego tu stroju jest coś, co zgodnie z wszytą weń metką jest swetrem, jednak nie znam nikogo, kto na mój w nim widok nie wykrzyknąłby: "Ale fajny... płaszcz!"
I weź tu wytłumacz, człowieku, że to sweter, tylko dość nietypowy ;)

No więc właściwie nie jest to ani płaszcz, ani sweter - ja nazywam go swetropłaszczem ;)
Pokochałam go już wtedy, kiedy zobaczyłam go na wieszaku.
Przede wszystkim za bombkowaty, oversize'owy krój. W drugiej kolejności za wspaniały materiał (100% wełny! bez akrylu! juuuupi!). A w trzeciej za wywijany kołnierz.
Specjalnie dla mnie - wiedząc, że odwiedzam sklep raz w tygodniu - przetrzymała go dla mnie za ladą Pani Właścicielka wspominanego już przeze mnie zgierskiego butiku Nashe.
Nie mogłam nie kupić!
Sami popatrzcie - po prostu cudo!






Sweter jest naprawdę bardzo ciepły.
Jest też bardzo obszerny, w związku z czym noszę go jako okrycie wierzchnie nawet teraz - pod spodem zmieści się każdy inny ocieplacz ;)
Najładniej prezentuje się z wąskimi spodniami (ale nosiłam go także z bryczesami, wyglądał w porządku).
Pasują do niego zarówno sztyblety, jak i botki, czy kozaki.
Jako, że o tej porze roku (niestety) co i rusz marzną mi już moje małe, Marowe stópki, to coraz częściej wybieram właśnie kozaki.
Wtedy kiedy robiliśmy zdjęcia było jeszcze całkiem ciepło - stąd też znane Wam już (bardzo dobrze) sztyblety.

Jeśli widzieliście gdzieś w sieci podobny swetropłaszcz, to dajcie mi znać - z wielką chęcią przygarnę jeszcze kilka podobnych modeli ;)





Sweter - no name (Nashe)
Rurki - H&M
Torebka - Fason
Sztyblety - Zara
Komin - Vero Moda
Rękawiczki - Nashe
Okulary - Reserved


(edit: schrzaniłam! przeniosłam się z Google + na Bloggera i jak ktoś chce mnie obserwować, to trzeba chyba kliknąć od nowa :(
przycisk teraz wygląda inaczej i w ogóle lipa...)

niedziela, 24 listopada 2013

Wełną w chłód!

Im dalej w listopad, tym bliżej zimy


  Ale ja staram się o tym nie myśleć.
Póki co cieszę się z tego, że jest raczej ciepło, a wszelkie kożuchy, wstrętne ciepłe kurtki i inne onuce mogą jeszcze spokojnie pozostać w szafie.
W taką pogodę, jaka obecnie panuje za oknem, stawiam na wełnę - wełna bardzo dobrze izoluje przed chłodem i ogrzewa bez przegrzewania.

Z racji mojej miłości do wełny w pewnym sensie lubię jesień - lubię bowiem wszystkie miękkie swetry, puchate szale i lejące się kominy.

Dzisiejszy wpis poświęcam więc stylizacji z dużą wełny ilością :)

Ja wybrałam takie zestawienie na popołudniowy spacer po ogrodzie Izraela Poznańskiego (to ten ogród na tyłach fabrykanckiego pałacu przy łódzkiej Manufakturze ;)), ale myślę, że jest ono na tyle wygodne i uniwersalne, że bez kłopotu można by wykorzystać je jako zestaw na uczelnię, do pracy, bądź na spotkanie ze znajomymi.


Głównym elementem stylizacji jest sweter o kroju, na który zwykło się mawiać "nietoperz" lub "kimono", dla mnie to jest po prostu taki oversize.
To mój ulubiony krój swetrów - połączony z wąskimi spodniami optycznie wydłuża sylwetkę i wyszczupla nogi, poza tym można też perfekcyjnie ukryć pod nim nie do końca płaski brzuch ;)


 Głównym elementem stylizacji jest sweter o kroju, na który zwykło się mawiać "nietoperz" lub "kimono", dla mnie to jest po prostu taki oversize.
To mój ulubiony krój swetrów - połączony z wąskimi spodniami optycznie wydłuża sylwetkę i wyszczupla nogi, poza tym można też perfekcyjnie ukryć pod nim nie do końca płaski brzuch ;)
Wydaje mi się jednak, że nie jest to dobra propozycja dla Pań o większym biuście - kiedy materiał opnie się na piersiach zamiast swobodnie spływać w dół może przydawać figurze ciężkości.

Mój sweter pochodzi z łódzkiego outletu Vero Mody, jest zrobiony z wełny połączonej z niewielką domieszką akrylu (wszędzie ten akryl - nie ufam akrylowi, pisałam już o tym, ale niech będzie, że walczę z fobiami...).
Dobrałam do niego czarne rurki, wysokie kozaki z marszczoną cholewką, kopertówkę w wersji XXL, skórzane rękawiczki i mięciutki czarny komin - także z dużą (procentowo) zawartością wełny.


Kiedy kupowałam kopertówkę, to wszyscy stukali się w głowy.
"Gdzie Ty taką kopertówkę założysz, do czego?" - pytali. "Przecież na bale i wesela nosi się małe torebki!"
Sęk w tym, że ja na takie imprezy nie chodzę, a torebkę wymarzyłam sobie właśnie na sezon jesień - zima, jako idealny dodatek do duuuużych, grubych rzeczy ;)
Sprawdza się znakomicie - żaden pasek ani rączka nie plącze się w połach swetra czy kurtki, a spore wymiary umożliwiają zabranie ze sobą tego wszystkiego, co mieścić musiała tradycyjna torba.


Buty to zakup nabyty na wyprzedaży w BOTI.
Szczerze mówiąc - nieco się wahałam nad nimi, ale doszłam do wniosku, że te marszczenia wcale nie muszą wyglądać kiczowato, jeśli zestawi się je z prostymi krojami.
I proszę, miałam rację ;)


Całość wydaje mi się wyglądać elegancko, klasycznie i bardzo kobieco.
Gdyby doszło do nagłego załamania pogody mam w zanadrzu jeszcze grubą kurtkę, ale jest tak paskudna, że chwalić się nią Wam nie wypada ;)

A czy Wy lubicie jakieś ubraniowe aspekty takiej późnej jesieni?


Sweter - Vero Moda
Komin - Vero Moda
Rurki - H&M
Buty - Naomi dla BOTI
Kopertówka - no name (Allegro)
Rękawiczki - Nashe
Okulary - Rossmann

wtorek, 19 listopada 2013

Kosmetyczne recenzje Mar: Organic Shop - Color Shampoo

Dawno, dawno temu nie chciałam wcale zakładać bloga modowego!


Nosiłam się za to z zamiarem założenia strony bądź bloga, na której mogłabym umieszczać opinie na temat różnego rodzaju kosmetyków. Pomysł ten powstał jeszcze w czasach, kiedy pracowałam jako dermokonsultantka. Początkowo myślałam tylko o dermokosmetykach, potem rozważałam także testy różnych dostępnych w Polsce kosmetyków kolorowych, a skończyło się na tym, na czym kończy się u mnie zwykle - pokonało mnie lenistwo.
Pomysł wrócił po roku, kiedy miałam już mocne postanowienie, że nie ma zmiłuj - blog będzie o modzie.
Ale w sumie - kto mi broni połączyć jedno z drugim.

Przez niecałe trzy tygodnie prowadzenia bloga już zdążyłam spotkać się z opiniami, że blog modowy, to samo sedno ekshibicjonizmu, że swoje japsko w internety wrzucać - kto to widział? (gdyby jeszcze było co pokazać, to może - a tak?), że olaboga, dramat, a tak właściwie, to nikomu to niepotrzebne, bo co ma ludzkość z mojej facjaty i szmat moich.
Trudno się nie zgodzić - w sumie, to niewiele. Ale recenzje kosmetyków mogą się już komuś przydać. Sama nie lubię wydawać pieniędzy na kupowanie czegoś, co nie dość, że nie pomoże (ani nie upiększy ani nie wyleczy, a już na pewno uroku nie doda), to zaszkodzi albo o stratę nerwów przyprawi. Wychodzę więc z założenia, że jeśli moja opinia na temat jakiegoś produktu zachęci kogoś do kupienia danego kosmetyku, a efekty użytkowania wprawią w zachwyt i pomogą rozwiązać jakieś babskie problemy urodowe, to z przedstawicielki straconego pokolenia rzekomych millennialsów awansuję na jednostkę społecznie użyteczną.

 ;)

Chciałabym tu zamieszczać kosmetyczne recenzje tylko od czasu do czasu, ograniczając się jedynie do produktów, które stanowią moje osobiste Kosmetyki Wszechczasów, nie chcę poświęcać swojego czasu na recenzowanie czegoś, co do gustu mi nie przypadło - aczkolwiek porównania i odniesienia do innych kosmetyków pojawią się na pewno.
Będę starała się zachować w swoich recenzjach zdrowy rozsądek, dawno temu pożegnałam się bowiem z przekonaniem, że kosmetyki robią coś z niczego, a jeśli kupuję produkt za złotych dwadzieścia, to nie oczekuję od niego efektów równych z tymi, jakie osiąga się po operacjach plastycznych.
Niemniej - pewnych rzeczy od kosmetyków wymagam i coraz częściej przekonuję się, że są to wymagania jak najbardziej do spełnienia ;) Problem stanowić mogą jedynie poszukiwania odpowiedniego produktu.


Pierwszym kosmetykiem, który chciałabym Wam "przedstawić" (pięknie to brzmi, tak swoją drogą - już widzę, jak moi wykładowcy z filologii żegnają się z rozpaczy lewą nogą...) jest moje najnowsze odkrycie:


Szampon do włosów farbowanych

Organic orchid & jojoba Color Shampoo
firmy Organic Shop







Historia jego pojawienia się u mnie jest długa, jak dzieje Cesarstwa Rzymskiego - skracając ją dla potrzeb wpisu powiem tyle, że w związku z tym, iż moje kudły, których wszyscy, ale to wszyscy mi wiecznie zazdroszczą, a których ja serdecznie nienawidzę - bo są grube, sztywne, gęste, w ogóle się nie układają, jest ich za dużo i żyją swoim życiem (i to odkąd pamiętam, tak mniej więcej od przedszkola) - ostatnio mocno się poniszczyły, bo im są dłuższe, tym bardziej się falują, a ja w falowanych włosach wyglądam paskudnie, co skutkuje tym, że dzień w dzień je prostuję.
Farbowany, długi włos + prostownica = masakra.
O tym wie każda baba.

Żeby włosy wyglądały na mniej zniszczone, to wypadałoby je sporo skrócić. Ale to w grę nie wchodzi, bo jak się je tyle zapuszczało, to nieco szkoda. Trzeba zatem pomóc im trochę kosmetykami - jednych używać po to, żeby to co zniszczone ukryć, a innych po to, żeby nie było gorzej.  I właśnie do tego jest mi potrzebny szampon do włosów: żeby nie niszczyły się bardziej, chcę fundować im taką pielęgnację, która nie będzie ich bardziej osłabiać i wysuszać. Przy okazji zależy mi też na ochronie koloru.

Kiedy szukałam odpowiedniego dla siebie szamponu wiele czasu poświęciłam na lekturę artykułów odnoszących się do składu tego typu kosmetyków. Poczytałam trochę o SLSie, z którego właściwości nie zdawałam sobie nawet sprawy: zawsze wydawało mi się, że dobrze, jeśli w szamponie bądź innym kosmetyku myjącym jest jakiś detergent. W końcu - myślałam - o to chodzi, żeby mył!
No, ale... Sodium Lauryl Sulfate – SLS i Sodium Laureth Sulfate – SLES zaburzają w znaczącym stopniu naturalną barierę lipidową skóry, w wypadku włosów również mogą przyczyniać się do matowienia włosa i niszczenia jego struktury.

O, nie! - pomyślałam.
Nigdy więcej SLSu! Przynajmniej nie w szamponie!

Rozpoczęłam zatem poszukiwania szamponu bez SLSu. Były one żmudne i męczące, bo próby znalezienia takowego w stacjonarnych sklepach i drogeriach kończyły się fiaskiem. Nawet w profesjonalnych punktach oferujących produkty w cenie zawrotnej i z przeznaczeniem rzekomo fryzjerskim nie udało mi się znaleźć żadnego (!) specyfiku pozbawionego SLSu bądź jakiejś jego odmiany. No dobrze - powiedziałam sobie, że jeśli byłby on obecny w produkcie, ale podany na etykiecie pod koniec składu (im coś jest dalej w składzie, tym jest tego czegoś mniej w specyfiku - pamiętajcie!), to pal licho - wezmę.
Ale nie udało się :(

Na szczęście - jest jeszcze Allegro!
Poszperałam, poczytałam recenzje na Wizażach i blogach... i znalazłam!
(Gdyby kto pytał, gdzie - tu)

Używam szamponu już jakiś czas, a w związku z tym, że jestem z niego naprawdę zadowolona uznałam, że grzechem by było nie obwieścić światu, że jest na rynku coś dobrego - coś, co warto wypróbować.

A teraz: do recenzji!

Szampon zamknięty jest w niewielkim, poręcznym opakowaniu.
 Pojemność - 280 ml.
Trochę mało, ale ze względu na dużą wydajność produktu można ten fakt przemilczeć.
Kwestia ceny - ja z przesyłką kurierską zapłaciłam za niego około 38 złotych. Dużo, ale byłam w stanie tyle zapłacić
To produkt rosyjski - nie przerażajcie się cyrylicą na opakowaniu, to nie żadna podróba, tak ma być.
Z tyłu produktu dołączona jest polskojęzyczna etykieta, na której możemy przeczytać takie oto informacje:
Organic Shop - Szampon do włosów "złota orchidea". Włosy pełne blasku, głębokiego koloru i nieprawdopodobnej elastyczności. Egzotyczne połączenie organicznego ekstraktu Orchidei i złotego oleju Jojoba. Ekstrakt Orchidei wygładza włosy nadając im naturalny blask i jedwabistość. Olej Jojoba sprzyja wzmocnieniu struktury włosów, chroniąc je przed utratą koloru.

Niżej podany jest skład produktu, a skład jest wart uwagi:

Aqua with infusions of Organic Orchis Maculata Flower Extract, Organic Simmondsia Chinesis (Jojoba), Seed Oil; Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Sodium Cocoyl Glutamate, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sterene/Acrylates Copolymer, Rosa Damascena Flower Oil, Malva Moschata Leaf Extract, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Sodium Chloride, Citric Acid, Parfum.

Czyli na polskie - sporo organicznych ekstraktów u góry składu, kilka pod koniec, żadnego SLSu, aczkolwiek i tak sporo okropnej chemii. Ale dobrze - nie można mieć wszystkiego. To jest NAPRAWDĘ dobry skład szamponu do włosów.

Szampon pięknie pachnie! Trochę jak jogurt, trochę jak krem do twarzy. Opakowanie nie ma dozownika - wylewamy kosmetyk prosto na dłoń. Dla mnie to nie jest wada produktu, bo i tak zawsze w ten sposób używam wszystkich kosmetyków myjących - po to, żeby rozcieńczyć je wodą. Jest bardzo gęsty! Ale i wydajny - wystarczy wydozować na dłoń naprawdę małą ilość płynu, żeby po rozcieńczeniu umyć włosy takiej długości jak moje - a jakie są, to zobaczyć możecie na zdjęciach ;)
Na początku słabo się pieni, w ogóle pieni się trochę jak mydła marsylskie - tak tępo, nie wiem, jak to określić. Tak ma być, brak SLSu odbija się właśnie w takich aspektach ;)
Już w czasie mycia widoczne zaczyna być to, co zapewne 90% czytających tę recenzję odstraszy od wypróbowania szamponu. Włosy plączą się przeokropnie. Są śliskie, ale sztywne. Jednak dotykając ich ma się naprawdę niesamowite wrażenie, że są bardzo dobrze umyte.

Po umyciu mamy na głowie kołtun ;) 
Mnie to nie przeraża i za wadę szamponu tego nie uważam, bo.... nigdy nie rozczesuję mokrych włosów. Nigdy, ale to nigdy. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że to je niszczy i tak mi zostało. Wycieram ręcznikiem, wcieram w końce olej arganowy (taki prawdziwy, 100% oleju arganowego, nie żadne odżywki z jednoprocentową arganu zawartością) i zaczynam suszyć.

Odkąd stosuję szampon ani razu nie użyłam żadnej maski ani odżywki z/bez spłukiwania. Po to, żeby zobaczyć, jak włosy wyglądają po wysuszeniu. Kilka razy nie zastosowałam olejku arganowego - także dla potrzeb eksperymentu. 

Włosy schną w tempie niewyobrażalnym - każdy, kto ma gęste, grube i długie włosy doskonale wie, jak długo potrafią one schnąć, nawet jeśli wspomaga się je suszarką. Miałam ten sam problem. Po umyciu włosów recenzowanym szamponem jestem w stanie wysuszyć je w pięć minut. Całkowicie!

Włosy po wyschnięciu są wygładzone - wszelkie zniszczenia, nierówności i porowatości nie rzucają się w oczy: oznacza to dla mnie nie mniej, nie więcej, niż to, że szampon naprawdę domyka łuski włosów. Bardzo się błyszczą, są naprawdę elastyczne i miękkie. Końce są sztywne, ale były już od kilku miesięcy, zatem nie jestem w stanie ocenić, czy szampon się przyczynił w jakikolwiek sposób do spotęgowania tego efektu. W każdym razie - sztywność ta mi nie przeszkadza, bo przestały się puszyć i rozłazić.
W ogóle się nie elektryzują. Są oczyszczone i pięknie pachną!
A do tego są sypkie i lekkie. 

Kolor (ja swoje włosy farbuję od siedmiu lat na kolor wiśni - po farbowaniu są baaaaardzo ciemne, wpadają aż w oberżynę, potem stopniowo zmieniają się w rudobrązowe) spiera się wolniej, niż w wypadku stosowanych przeze mnie do tej pory szamponów. Włosy nie matowieją.
Ładnie się układają, bez problemu dają się prostować - raz, spiesząc się niezmiernie, zapomniałam przed prostowaniem wetrzeć w nie emulsję prostującą, której używam po to, żeby prostowały się sprawniej i żeby chronić je przed wysoką temperaturą i - o dziwo - wyprostowały się bez kłopotu. 

Nie mam raczej większych problemów z rozczesaniem ich po wysuszeniu (kołtun zatem znika ;)), natomiast mam naprawdę zniszczone końcówki - to, że tego nie widać wcale nie zmienia faktu, że tak jest. Zniszczone końcówki zawsze będą się plątać i zawsze będą sztywne. Teraz też są, ale tak jak wspomniałam - na to pomagają tylko nożyczki. Z g... bata nie ukręcisz, jak mawiała moja świętej pamięci Babcia.
Wydaje mi się, że wszystko powyżej końcówek rozczesuje się bez problemu.
Chcę jednak podkreślić, że olejuję włosy przed myciem i naprawdę systematycznie wcieram w ich końce ten nieszczęsny olejek arganowy, więc być może zupełnie inaczej zachowują się pod wpływem szamponu włosy nieolejowane. Tego przewidzieć nie mogę. Nikt z osób, które znam nie używał tego kosmetyku - ręczę tylko za siebie.

Odkąd stosuję szampon zauważyłam, że nie muszę myć włosów tak często, jak kiedyś - pomimo tego, że codziennie przygładzam im końce olejem, smaruję je emulsją prostującą, a czasem jeszcze pryskam lakierem, to włosy nie są obciążone i spokojnie kolejnego dnia dam radę pokazać się ludziom na mieście bez mycia głowy. Aczkolwiek nadmienić muszę, że nigdy nie miałam większych problemów z przetłuszczaniem się włosów ani z ich oklapywaniem (nawet nie wiecie ile ja bym dała za to, żeby moje włosy przeleżały cały dzień płasko na głowie ;().


PODSUMOWUJĄC:

To dobre rozwiązanie dla wszystkich Pań, które chcą zafundować swoim włosom pielęgnację pozbawioną nadmiaru chemii, pragną zapobiec wysuszaniu się włosów, marzą o tym, żeby włosy przestały się puszyć, a rozdwojone i poniszczone końcówki przestały rzucać się w oczy.
Szampon domyka łuski włosów, dzięki czemu kolor spiera się wolniej, a włosy nie matowieją.
Skład preparatu nie narusza bariery lipidowej skóry głowy, w związku z czym ta nie musi się bronić wskutek wysuszenia zwiększonym wydzielaniem łoju, a włosy pozostają dłużej świeże i sypkie. 

Należy pamiętać jednak o tym, że szampon plącze włosy w trakcie i po umyciu, dlatego należy nie czesać ich kiedy są mokre, a ewentualne próby rozczesania warto poprzedzić nałożeniem na nie porcji oleju, jedwabiu do włosów, bądź preparatu bez spłukiwania zawierającego silikony.

Według mojej - całkowicie subiektywnej - opinii preparat posiada wszystkie właściwości, o jakich zapewnia na etykiecie jego producent.

Moja ocena produktu, to 5 - i to takie w pełni zasłużone.








Jeśli moja recenzja przyda się komukolwiek - cała przyjemność po mojej stronie :)




czwartek, 14 listopada 2013

Na spacer by się szło...

Złota jesień przeminęła :(


Całe szczęście, że zostało po niej dużo miłych wspomnień i kilka zdjęć.
Nastanie krótkich, mglistych i szarych dni przeraża mnie niebywale, bo zwiastuje to rychłe nadejście śnieżyc i zamieci, z czym nierozerwalnie wiąże się konieczność zakładania na siebie tego, co jest ciepłe, a niekoniecznie zawsze ładne :(
Ale dobrze, dobrze, wcale nie zrzędzę (a przynajmniej się staram). Bądźmy dobrej myśli, może na skutek globalnego ocieplenia tej zimy śnieg wcale nie spadnie ;P

Wspomniałam o jesiennych zdjęciach - jednymi z nich są te prezentowane dzisiaj.
Powstały w czasie jednego z popołudniowych spacerów po łódzkim osiedlu Jagiełły.



Jest to pewna modyfikacja poprzedniej stylizacji - buty, torba i spodnie są te same.
Zamiast swetra proponuję natomiast wełniany, śliwkowy płaszczyk o kroju baby doll.
To, że płaszczyk pasuje do bryczesów (oraz wszystkich spodni z szerszą górą i zwężanym dołem) odkryłam przypadkowo (płaszczyk wypadł na mnie z szafy przy próbie zrobienia w niej porządku - zwykła sprawa). Wcześniej myślałam, że połączenie luźna góra + luźny dół zawsze wygląda karykaturalnie. A tu proszę, miła niespodzianka :)


Bardzo lubię ten krój płaszczy i swetrów. Zwyczajowo rzeczywiście noszę go do rurek i balerin/botków na płaskim obcasie i z lekko rozszerzaną cholewką, jednak nieźle wygląda też założony do wąskiej, ołówkowej spódnicy.


Jeśli u Was słońce jeszcze czasem wygląda zza chmur, a na drzewach gdzieniegdzie zostało nieco liści, to zachęcam do cieszenia się ostatnimi chwilami złotej polskiej jesieni :)
W Łodzi takie widoki, jak te z dwóch pierwszych zamieszczonych wyżej zdjęć należą już do przeszłości :(


Płaszcz - Zara
Bryczesy - New Look (second hand)
Koszulka - H&M
Pasek - H&M
Torba - Fason
Buty - Zara 
Okulary - Reserved

sobota, 9 listopada 2013

Zestaw do pracy


Wybór ubrania, w którym można się pokazać w pracy może sprawiać problem


Zwłaszcza, jeśli chcemy założyć na siebie coś wygodnego, ale zobligowani jesteśmy do tego, żeby nasz strój spełniał wymogi czegoś, co moja szefowa (była już, bo i moje miejsce pracy zostało zamknięte - gdybym napisała, że przyczyną tego stanu rzeczy stała się klasyczna "winatuska", to pewnie byłoby w tym trochę prawdy: kryzys, to i Łodzian zwyczajnie nie było stać na ubrania sprzedawane w "moim" butiku ;P) zwykła nazywać "niezobowiązującą elegancją".

Dlaczego "niezobowiązująca" zamiast tej typowej - "garsonkowej"?
Mając do wyboru spędzenie ośmiu godzin w rajstopach, spódnicy i obcisłej, dopasowanej koszuli wolałam zawsze wybierać zestawienia bardziej wygodne, luźne i niekrępujące ruchów.
Drugą kwestią która zaważyła na takim, a nie innym wyborze był fakt, że nie przepadam za chodzeniem w spódnicach.
Ponieważ mogłam dowolnie przebierać w kolorach (zakazano mi jedynie noszenia kolorów jaskrawych, w których i tak nie gustuję) i fasonach (z wyłączeniem dekoltów do pasa, ale i tak ich nigdy nie noszę) bardzo często wybierałam połączenie bryczesy + luźna koszula, modyfikując je od czasu do czasu poprzez dodanie do tego zestawu swetra zakładanego na koszulę lub biżuterii, z którą lubimy się, ale bez przesady - moja biżuteria jest ciekawa, zwykle rzucająca się w oczy, ale oszczędna. Nie noszę srebra ani złota, pierścionki mi przeszkadzają, uszu nigdy nie przekłułam, a bransolety gubię przy każdym zdejmowaniu/zakładaniu kurtki, więc najczęściej jest to jakiś ciekawy wisior, który swoim pojawieniem się ożywia zwykle stylizację dodając jej charakteru.

Jednym z takich "pracowych" zestawień jest to prezentowane w dzisiejszym wpisie.


Zdjęcia w pełni nie oddają uroku tego sweterka. Kolor ciężko mi określić - nie jest to moja ukochana musztarda, bardziej właściwym byłoby określenie go mianem miodowego.
Chociaż jest akrylowy (nie lubię akrylu, wolę wełnę... akryl łatwo się mechaci, ale tym razem dałam się skusić - właśnie ze względu na kolor), to dość dobrze się pierze i nie wyciąga.
Nie jest wyjątkowo gruby, ale po założeniu na koszulę trzyma ciepło i raczej nie da się w nim zmarznąć.


Jak wspomniałam wyżej - wybierając biżuterię, która urozmaici prostą stylizację i nie pozwoli stać jej się nudną, zwracam uwagę na to, aby dodatki przyciągały wzrok.
Tym razem wybrałam wisior upolowany na zeszłorocznej letniej wyprzedaży w Reserved.
Bardzo go lubię i często zakładam.
Gdybym była nieco bardziej zdolna, to zapewne bez trudu udałoby mi się zrobić podobny samodzielnie, ale że nie mam do takich rzeczy za grosz talentu, to pozostaje mi zadowalanie się takimi cudami zrobionymi przez kogoś innego ;)


Zestaw nadaje się także do wyjścia na miasto - ot, na spotkanie ze znajomymi, przechadzkę po parku, czy wypad do centrum handlowego.
W każdym razie - na każdą okazję, przy której swoboda ruchów będzie sporą zaletą.




Prezentowany tu flauszowy płaszcz znacie już z sesji z zielonym swetrem, ale uwiecznionej na zdjęciach torby jeszcze nie widzieliście.
Podobnie jak ta obfotografowana uprzednio, tak i ta jest duża i pojemna.
Jej zaletą jest to, że jest wykonana z miękkiego tworzywa, dzięki czemu nie odkształca się nawet wtedy, jeśli po powrocie do domu rzuca się ją byle gdzie, a w ciągu dnia nosi się w niej wszystko.
Zakupiłam ją na aukcjach internetowych firmy Fason (http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=25812806), którą serdecznie polecam, ponieważ robione przez nich torebki są po pierwsze bardzo tanie, po drugie zaś są to produkty polskie, szyte w niewielkich ilościach i zawsze na zamówienie. Allegrowicz wybiera kolor i model z podanych wzorów, a firma zabiera się do pracy. Rzadko mają jakieś modele na magazynie, dlatego na odbiór zamówienia trzeba trochę poczekać, ale czekać warto.
Choćby z tego powodu, że oferowane przez nich torby są naprawdę dobrej jakości (materiał jest syntetyczny, ale wytrzymały) i zawsze ... trzymają fason ;)

Moją torbę można nosić w ręku i na ramieniu - ma długi, odpinany pasek, także tylko ode mnie zależy, którą opcję wybiorę.


Do bryczesów zwykle wybieram sztyblety z krótką cholewką (w miesiącach ciepłych stawiam na baleriny albo trampki). Ładnie układają się na nich nogawki spodni.
Poza tym - moim zdaniem - do tego typu spodni pasują wyłącznie buty na płaskim obcasie, a że oprócz tych i kozaków (na które ciągle mi za ciepło) nie mam żadnych innych w tym typie, to wybór obuwia nie nastręczał mi kłopotów ;)
Sztyblety kupiłam tej jesieni w Zarze, kosztowały grosze (co mnie zaskoczyło, bo ogólnie uważam Zarę za sklep drogi i nie na kieszeń biednego studenta, a tu taka niespodzianka...).
Wyglądają bardzo porządnie i są dość wygodne, chociaż wkładka jest plastikowa i może obcierać palce - żeby nie musieć się martwić o kondycję moich stóp musiałam dokupić do butków filcowe wkładki.



A Wy? Jakie macie swoje ulubione "pracowe" zestawienia?

Sweter - Terranova
Koszula - H&M
Bryczesy - New Look (second hand)
Płaszcz - H&M
Torba - Fason
Buty - Zara
Okulary - Rossmann

poniedziałek, 4 listopada 2013

Jesień w czerwieni

Z pięknej pogody trzeba korzystać!


Dlatego - póki temperatura na to pozwala - "donaszam" lżejsze rzeczy.
Lżejsze i takie, które na wichury, szarugi i 5 stopni Celsjusza słabo się nadają.
Jedną z nich jest kolejny, po prezentowanym Wam uprzednio swetrze, szafowy skarb Mar:
malinowy płaszczyk od Stradivariusa.
Zakupiłam go kilka lat temu w czasie letniej wyprzedaży. Kosztował nieprzyzwoicie mało, grzechem było przejść obok niego obojętnie.
Przyznam, że trochę się wahałam przed zakupem - zawsze wydawało mi się, że w odcieniach czerwieni nie jest mi do twarzy. Zdanie zmieniłam, kiedy porwałam płaszczyk do przymierzalni ;)


Płaszczyk jest dość cienki (choć wygląda - przynajmniej na zdjęciach - na porządny jesienny ciuch) z powodu materiału, z którego został zrobiony - to połączenie bawełny i dżerseju. W ogóle nie nadaje się do noszenia w wietrzne dni (o czym przekonałam się w trakcie powrotu z "sesji" - zmarzłam okropnie!). Jednak jest tak piękny, że wybaczam mu nawet tak spore przewinienie ;)

Płaszcze o kroju litery A są idealne dla kobiet szczupłych, z niewielkim biustem, wąskimi ramionami i mało zarysowanymi biodrami - podkreślają linię ramion, a poprzez rozszerzający się u dołu krój dodają sylwetce proporcji. 

Do tego typu okrycia wierzchniego dobieram zawsze wąskie spodnie (prawdę powiedziawszy ja zwykle noszę albo bryczesy albo rurki, także niezbyt miałabym co innego doń dobrać, ale tak czy siak tylko takie połączenie uważam za odpowiednie - ale to zawsze kwestia indywidualnych upodobań) i botki z dopasowaną cholewką.
Tej jesieni odkopałam w mojej szafce na buty botki z cielęcej skóry, kupione swego czasu na wyprzedaży w Boti, a wrzucone na dno szafy z powodu dość szerokiego obcasa, do którego przekonywałam się rok.
Torba - duża i pojemna, stanowiąca główny dodatek do stroju. Znacie ją już z poprzedniej stylizacji ;)



Tak wyszykowana udaję się zwykle na spacery po naszym uroczym mieście (i nie jest to ironia, uważam, że Łódź jest miastem pięknym! a widziałam też inne miasta, w kilku miałam okazję pomieszkiwać dłużej, niż dwa dni trzy razy do roku, także wiem co mówię!), spotkania ze znajomymi, czy zakupy, ale płaszczyk nada się również na randkę - co prawda ja w nim nigdy na żadnej nie byłam, ale mój chłopak (i osobisty fotograf Mar w jednym) zareagował na mój widok w dzień sesji pełną aprobatą, także wnioskuję, że i Wy, podobnym lookiem, mogłybyście zrobić równie dobre wrażenie na przedstawicielach płci męskiej ;)




I jeszcze jedna, mała porada Mar - do tego typu płaszcza, podkreślającego linię ramion, dobrym pomysłem jest wysokie upięcie włosów. Ja preferuję kok, Wy możecie być w tej kwestii bardziej kreatywne - mnie na szaleństwa nie pozwala duża ilość i niesforność moich włosów (jeśli któregoś razu wrzucę zdjęcia w peruce, to wiedzcie, że już z nimi nie wytrzymałam nerwowo).



Płaszcz - Stradivarius
Rurki - Bershka
Botki - Sarah Karen dla BOTI/CCC
Okulary - Reserved
Torba - Stradivarius