poniedziałek, 30 grudnia 2013

Pudrowy oversize

Piękną wiosnę mamy tej zimy!


A z racji tego, że pogoda w Łodzi wiosenna, to obiecana sesja w kurtce zimowej przesunięta zostaje na dni mniej słoneczne, a bardziej mroźne ;)
To ogłaszam ja - Mar!

Od kilku dni pogoda mnie cieszy, bo mogę - dzięki niej - na chwilę odłożyć czapkę i mięsisty szal, zaś ocieplacze wszelkie rzucić w kąt. Dane mi jest też cieszenie się słońcem i ciepłem :)
Ciepło wspomaga moją chęć spacerowania, która to pozwala mi zrzucić przybrany po Świętach kilogram ;P (cały jeden! dla Was to powód do śmiechu pewnie - dla mnie do rozpaczy ;P)

Wszyscy i wszystkie wrzucali i wrzucały na blogi swoje stylizacje wigilijne i świąteczne - ja na swojej wigilii wyglądałam jak siedem nieszczęść (bo ubrudziłam się przygotowywanymi specjalnie na wigilijną kolację śledziami). W związku z tym postanowiłam Wam oszczędzić takich nieszczęsnych widoków ;P

Ale! Ale za to - z racji sprzyjającej pogody - mogę pochwalić się prezentem od Mikołaja! 
(no dobra - od rodziców, ale niech będzie, że od Mikołaja)

A prezent jest zacny - właściwie, to sama go sobie wybrałam ;)
(Mikołaj w postaci rodziców ograniczył się tylko do zakupu)

Oversize'owa, miękka i stosunkowo mało podatna na gniecenie, wiskozowa koszula w kolorze pudrowego różu.
Upatrzona w mojej zgierskiej mekce zakupowej - w butiku Nashe :)




Tu zestawiłam ją z bryczesami (mam kilka różnych par bryczesów - widzieliście już musztardowe, zielone, te są czarne - mam jeszcze dżinsowe ;)), zupełnie inaczej wygląda z rurkami, ale kiedy zakładam do niej rurki, to wiążę też włosy w luźny, niedbały kok (inny, niż ten prezentowany Wam do tej pory).
Mam w planach pokazanie Wam, jak moje oversize'owe cudo prezentuje się w tej drugiej wersji - być może Wam ją zaapdejtuję :)




Ponieważ - o czym pisałam tu już kiedyś - nie przepadam za nadmiarem biżuterii, a właściwie to ogólnie stawiam w tej kwestii na minimalizm, to zamiast długiego wisiora (na który zdecydowałoby się zapewne 90% z Was) w miejsce dodatków wybrałam masywną bransoletę i skórzane rękawiczki.




Miałam założyć sztyblety (bo dość ciepło), ale nie podkreślały łydki - postawiłam na moje klasyczne oficerki.




Czasami koleżanki pytają mnie, dlaczego obszerne i luźne kroje, skoro jestem szczupła?
Odpowiedź jest prosta - bo lubię ;) 
































 Koszula - Nashe
Bryczesy - no name (allegro)
Pasek - H&M
Rękawiczki - Nashe
Torba - no name (sklep Borsetta - allegro)
Oficerki - Lasocki (dla CCC)
Bransoleta - Nashe


P.S. Podczas spaceru i sesji spotkaliśmy z MOF-em inną modną Panią. 
Doszliśmy do wniosku, że grzechem byłoby ukrycie przed światem tego, jak pozowała, zatem proszę bardzo, to ona:



 Zawstydziła mnie.
Ja pomimo wszelkich póz nigdy nie umiem wyjść tak dobrze ;)


Ponieważ jutro Sylwester i wszyscy (bo jak można inaczej!) zamierzamy się szampańsko bawić, to ja, Wasza Mar, życzę Wam tańców do białego rana i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! :)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Na ostatnią chwilę - kosmetyczne prezenty. Mar proponuje...


W ferworze lepienia pierogów, pieczenia ciast i ubierania choinki - która co prawda już w czasie naszej z nią podróży do domu pogubiła połowę igieł, ale i tak wygląda całkiem nieźle (a w każdym razie tej wersji zamierzamy się trzymać) - nierzadko zdarza się, że o konieczności kupienia prezentów jakoś tak się zapomniało...


W tym roku na szczęście to zdanie nie dotyczy Mar, bo chociaż Mar ma już swoje lata, to z wiekiem wyzbywa się skłonności do roztargnienia i tym razem udało jej się wszystkie prezenty skompletować, ale zdaję sobie sprawę z tego, że wiele i wielu spośród czytających tego bloga ma to wyzwanie ciągle przed sobą :)

Ponieważ dobrze wiem, jakim problemem jest kupno prezentu komuś, kto jest nam bliski (bo z tymi, którzy szczególnie bliscy nie są problem jest - jakimś cudem - zawsze mniejszy: można kupić kawę, czekoladę albo dobre wino, jeśli zaś w grę wchodzą dzieci, to paczka łakoci również sprawę powinna rozwiązać) i o kim wiemy coś więcej, niż to ile lat skończył (lub też do ilu się przyznaje) postanowiłam zaproponować Wam kilka kosmetycznych rozwiązań tego trudnego zadania :)

Jeśli chodzi o mnie - rzadko dostaję kosmetyczne prezenty.
Przede wszystkim dlatego, że Święta Bożego Narodzenia zawsze spędzam w bardzo małym gronie, a grono to uważa, że sama najlepiej wiem, czego potrzebuję (ewentualnie zdarza mi się znaleźć pod choinką perfumy, ale perfum właściwie do kosmetyków nie zwykłam zaliczać ;)).
Inna kwestia jest nieco bardziej przyziemna - zwykle zawsze mam w łazience taki zapas wszystkich płynów i mazideł, że i tak nie byłoby gdzie wepchnąć czegoś nowego ;) moja najbliższa rodzina jest tego bardzo świadoma ;)

Wiem jednak, że kosmetyki dla wielu z Was są często na szczycie listy prezentów poszukiwanych i bardzo chciałybyście zakupić taki produkt, z którego obdarowany/-a nim byłby zadowolony.

UWAGA - sugerowanie się moimi propozycjami ma sens jedynie wtedy, jeśli odrzucacie krążące wciąż po wielu zakątkach kraju przekonanie, że kosmetyków pielęgnacyjnych przystosowanych do radzenia sobie z jakimiś skórnymi problemami kupować nie wypada, bo można kogoś urazić (to zupełnie tak, jak z kupowaniem mydeł, czy płynów do kąpieli - no bo jeszcze, nie daj Boże, ciocia Basia albo kuzynka Wiktoria obrażą się, że brak dbałości o higienę codzienną im sugerujemy... i co wtedy?)!

Moim zdaniem jeśli wiemy, że ktoś kosmetyków używa i używać ich lubi (wbrew pozorom wiele jest osób, które za tym nie przepadają - znam takie i jak najbardziej je rozumiem, nie ma w tym niczego złego), a przy tym nie jest od lat wierny jednemu produktowi i otwarty jest na testowanie nowości, to dobrze dobrany do potrzeb skóry/cery produkt może sprawić obdarowanemu moc radości.
Przyda się tu jednak wiedza na temat kwestii prymarnych, z potrzebami obdarowanego związanych - nie ma sensu kupować produktów przeciwzmarszczkowych dla nastolatki, a osobie, która boryka się z trądzikiem nie warto fundować kuracji natłuszczającej (co innego nawilżająca, ta, wbrew pozorom, jest nawet wskazana).

Jeśli jednak wiemy, że mamie właśnie skończył się krem, a siostra szuka jakiegoś produktu oczyszczającego, to nie ma niczego prostszego, niż skoczenie do najbliższej drogerii i zakup czegoś, co te braki uzupełnić pozwoli :)

A zatem - przejdźmy do konkretów!

Wszystkie (z wyjątkiem kremu 50+) proponowane tu przeze mnie kosmetyki testowałam bądź testuję już od jakiegoś czasu, także ręczę za ich jakość całym marowym jestestwem - w pewnym sensie możecie potraktować je jako kosmetyczne recenzje, tylko takie nieco skrócone ;)


--------------------------------------------------------------------


Pharmaceris T, Oczyszczający płyn bakteriostatyczny - odpowiednik toniku, coś do cery tłustej bądź trądzikowej:




Jeśli macie w rodzinie kogoś o kim wiecie, że zmaga się z trądzikiem i co rusz próbuje nowych dermokosmetyków przeznaczonych do walki z tym - nie bójmy się tego nazwać po imieniu - paskudztwem, to ten produkt może być dobrym pomysłem na prezent.
Ja odkryłam go około dwóch miesięcy temu, w małej, osiedlowej aptece na łódzkich Bałutach. Zawsze, kiedy jestem w aptece oglądam dostępne w niej dermokosmetyki. Bardzo się zdziwiłam, że Pharmaceris zmienił szatę graficzną swoich kosmetyków. Oprócz tego niektóre produkty wycofał, inne ulepszył, a jeszcze inne dodał do swojej oferty.
Taką nowością przeznaczoną do skóry trądzikowej jest prezentowany tu płyn bakteriostastyczny.
Coś nowego na polskim rynku. Do tej pory tego typu produkty, przeznaczone do uzupełniania pielęgnacji oczyszczającej, były prawie wyłącznie tonikami - kto toników nie lubił stawiał na płyny micelarne.

Produkt Pharmacerisu nie zawiera alkoholu, który w zasadzie był dotąd standardem w tonikowej pielęgnacji skór tłustych i trądzikowych. Mnie osobiście alkohol w kosmetykach jakoś nie przeszkadza - nie mam skłonności do nadmiernego przesuszania się skóry, podrażniać też mi się ona nie zwykła. 
Jednak - alkohol nie jest sprzymierzeńcem trądzikowców. Wypadałoby z niego zrezygnować.
Płyn Pharmaceris nam to umożliwia!

Substancją aktywną zawartą w kosmetyku jest 2% kwasu migdałowego. Kwas migdałowy jest niezastąpiony w pielęgnacji skóry trądzikowej - odblokowuje pory, złuszcza martwy naskórek i stymuluje skórę do regeneracji. 

Pharmaceris ma w swojej ofercie jeszcze kremy z kwasem migdałowym - myślę, że dobrym pomysłem byłoby połączenie kuracji płynem i którymś z kremów (dostępne na rynku są dwa - jeden ma 5% kwasu, drugi 10%). 
Sama używałam tego z 5%, był dobrym kosmetykiem na noc, ale u mnie się nie sprawdził do końca. Rano budziłam się z przetłuszczoną twarzą. Złościło mnie to.
Myślę jednak, że na pewno znajdzie się sporo osób, którym będzie odpowiadał, bo dobrze radził sobie z usuwaniem powierzchownych przebarwień po wypryskach.

Kwas migdałowy jest umieszczony w płynie bakteriostatycznym na drugim miejscu w składzie, zaraz po wodzie - to dobrze wróży, nie ma go w produkcie w szczątkowych ilościach.




Cały skład produktu nie jest co prawda wyjątkowo powalający:

 Aqua (Water), Mandelic Acid, Glycerin, Sodium Carbonate, PPG-26-Buteth-26, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Disodium EDTA, Ethylhexylglycerin, Ethoxydiglycol, Propylene Glycol, Glucose, Vaccinium Myrtillus Fruit/Leaf Extract, Citrus Medica Limonum (Lemon) Juice, Butylene Glycol, Saccharum Officinarum (Sugar Cane) Extract, Acer Saccharum (Sugar Maple) Extract, Citrus Medica Limonum (Lemon) Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Extract, Ascorbic Acid, Phenoxyethanol, Methylisothiazolinone, Potassium Sorbate, Caramel.

Najwięcej moich obiekcji wzbudziły PEG-40, Disodium EDTA i glikol propylenowy.
Ten ostatni przy stosowaniu na bardzo zmienioną chorobowo skórę może wywoływać podrażnienia. Ja nie posiadam skóry bardzo trądzikiem dotkniętej, jednak jeśli ktoś choruje na ciężką odmianę trądziku można nad sensem zakupu się zastanowić - ale sądzę, że pozycja tej składowej na nie tak znowu początkowym miejscu (świadcząca o nie tak do końca wysokim jej stężeniu) i to, że w preparacie zawarta jest bardzo duża ilość wyciągów owocowych o działaniu łagodzącym pozwalają uznać, że kosmetyk nie powinien wyrządzić wyjątkowej krzywdy komuś, kto będzie go używał.

Preparat bardzo ładnie oczyszcza - dobrze radzi sobie z usuwaniem tego, czego nie domył z twarzy żel oczyszczający. Zamyka pory, przy regularnym stosowaniu zapobiega nowym podrażnieniom i zaczerwienieniom.
Idealny do wysuszenia tego, co zostało na twarzy po wyciśnięciu (dobra, nie wolno tego robić, ale i tak wszyscy wyciskają...) jakiegoś paskudztwa i do odkażania dużych, bolących zmian.

Preparat nie pachnie.
Naprawdę!
Po pierwszym otwarciu zastanawiałam się, czy farmaceutka nie nalała mi do środka wody ;)
Jest to więc dobry produkt dla wszystkich, którzy pachnących kosmetyków nie lubią.

Opakowanie jest estetyczne, łatwe do zamknięcia (zakrętka) i dozowania - buteleczka ma dozownik, można nalać na wacik niewielką ilość bez większych problemów.
Za swój egzemplarz zapłaciłam 29 złotych (bez żadnej promocji), w SuperPharmie widziałam produkt w promocji za złotych 24.
Pojemność - 190 ml.
Stosunek ceny do pojemności - moim zdaniem niezły.
Kosmetyk można stosować zamiast toniku, a jeśli ktoś się nie maluje - także zamiast żelu oczyszczającego. Usunie krem, pot i łój.
Gwarantuję.
Produkt przeznaczony jest nie tylko do twarzy, ale i pleców, szyi i dekoltu.

Używam dwa miesiące, jestem zadowolona - polecam z czystym sumieniem.


---------------------------------------------------------------------


Maybelline, Tusz zwiększający objętość rzęs - the Colossal Volum', Express Mascara, dobry prezent dla pań o prostych, cienkich i delikatnych rzęsach:




A to mój prezent gwiazdkowy ;) z wigilii studenckiej ;) (w tym miejscu moc uścisków dla Ewy!). 
Bardzo się ucieszyłam z niego, bo - jak wspomniałam na początku - rzadko dostaję kosmetyki, a że lubię testować nowości, to mimo wszystko sprawia mi to radochę ;)

Odkąd pamiętam używam do tuszowania rzęs rimmelowego Scandal Eyes'a, wcześniej byłam wierna maksfaktorowym dwóm tysiącom kalorii, tusz od Maybelline był dla mnie nowością.

Od tuszu do rzęs oczekuję tego, żeby "odbił" moje stosunkowo długie, ale cienkie (bo jasne i delikatne) rzęsy, lekko je uniósł i nadał im objętości. Potem dopiero traktuję je drugim tuszem, wydłużającym, ale do tego mogę użyć już byle czego - najważniejsze jest dla mnie działanie tego pierwszego tuszu ;)

Colossal Volum' nie jest, co prawda, w moim odczuciu idealnym zamiennikiem Rimmel'a (jest niestety trochę suchy i nie tak czarny), ale moje rzęsy wyglądają po nim bardzo przyzwoicie - są wyraźne, podkreślone i równo rozdzielone.
Tusz nie skleja rzęs, raczej się nie osypuje.
Bardzo pachnie - to może być wadą produktu, mnie nie przeszkadza.
Dobre rozwiązanie, jeśli wiecie, że kobieta, którą chcecie obdarować prezentem używa tuszu pogrubiającego, zwiększającego optycznie ilość rzęs.




Ja dostałam tusz w zestawie z takim oto płynem do demakijażu oczu - cena takiego zestawu jest różna w różnych drogeriach (generalnie w okolicach 25 złotych - sam tusz też kosztuje mniej więcej tyle, także zestaw opłaca się zdecydowanie bardziej).
Płyn jest preparatem bardzo dobrym - od tego typu cudów wymagam tylko tego, żeby zmywały makijaż (przede wszystkim eyeliner, z resztą kosmetyków radzą sobie moje żele do mycia twarzy), nie przywiązuję też dużej wagi do ich składu, ponieważ używam ich sporadycznie. Ten, niestety, zawiera SLS, jest co prawda testowany dermatologicznie i oftalmologicznie, ale jeśli nasza domniemana obdarowana jest maniaczką kosmetyków naturalnych, to może nieco kręcić nosem (moim zdaniem SLS w tego typu kosmetyku akurat jest trochę potrzebny, zwłaszcza, jeśli używamy bardzo napigmentowanych kosmetyków kolorowych - poza tym w tym oto produkcie SLS jest pod koniec składu).
Pozostaje nam wtedy zabrać płyn dla siebie ;)

Jest wydajny, ładnie domywa, nie maże się ani nie śmierdzi.

Przyda się każdej kobiecie. No, chyba że tego SLS-u nie zniesie...


--------------------------------------------------------------------


Tołpa, Dermo Face, Modelar 50+ - krem modelujący owal twarzy - podarunek dla mamy:





Lubię kosmetyki Tołpy.

To jedna z niewielu firm kosmetycznych na polskim rynku, które naprawdę zdają sobie sprawę z tego, że Polki zwracają dziś uwagę nie tylko na ładne opakowanie produktu, ale także na jego składniki.

Tołpa ma dobry PR, widzę ich reklamy w coraz większej ilości kolorowych czasopism, gdzieś wpadły mi w oko także recenzje dziewczyn będące efektem akcji sponsorowanych - to fajne, widać, że zależy im na dotarciu do klientek.

Stawiają na dobre składy i ograniczanie chemii - wychodzi im to nieźle.

Ten krem wybrałam w Rossmannie jako prezent dla mamy - do kilku lat była wierna Neovadiolovi od Vichy, postanowiłam zaryzykować i kupić jej coś nowego.

Powiem szczerze, że przekonało mnie to, że krem nie zawiera: alergenów, nadmiaru sztucznych barwników, PEG-ów, parafiny i donorów formaldehydu.

Niestety - w składzie są parabeny :(
to mnie chyba boli najbardziej.
Ale z racji faktu, że moja mama zasadzała się już na jakiś totalny badziew z Eveline (bo tani i sąsiadka używa), to doszłam do wniosku, że ten krem będzie o stokroć lepszy niż to, co moja rodzicielka sobie upatrzyła.




Krem zawiera sporo roślinnych substancji aktywnych na początkowych miejscach składu oraz substancję promieniochronną - Polysilicone-15.
Te roślinne substancje aktywne to torf tołpa, kompleks z kiełków przenicy (liftinguje), ekstrakt z mandarynki (rozjaśnia), ekstrakt z wiśni pochodzących z Barbadosu (niech by były nawet z Pcimia, ale uelastyczniają), olejek arganowy (ujędrnia), olejek jojoba, olejek macadamia oraz masło shea. Produkt ma na celu poprawę elastyczności i gęstości skóry, redukcję zmarszczek, nawilżenie, wyrównanie kolorytu skóry i likwidację przebarwień.

Skóra mojej mamy jest w bardzo dobrym stanie, pomimo tego, że już od kilku lat jest w okresie menopauzy - kupiłam jej ten krem nie po to, żeby zapewnić jej wygląd laski z okładek czasopism, a żeby nie szkodziła sobie żadnym podrzędnym mazidłem z mnóstwem PEGów (ma skłonności do uczuleń) i żeby mogła bez kłopotów wykonywać po nałożeniu kremu makijaż.

Skorzystałam w drogerii z testera produktu - zaaplikowałam go na dłoń, potem nałożyłam odrobinę podkładu: kosmetyk się nie wałkuje, podkład bardzo ładnie się na nim rozprowadza.

Ciekawe jest też opakowanie - aluminiowa tuba, która nie zasysa powietrza.

Krem kosztuje około 50 złotych, pojemność to 40 ml.
Myślę, że to nie jest wygórowana cena, jeśli chodzi o krem do twarzy z dosyć niezłym składem.


--------------------------------------------------------------------


Sensilis, Ritual Care: Purifying treatment, 2 in 1, mask & peel - oczyszczający "gadżet" kosmetyczny dla wszystkich z cerą skłonną do przetłuszczania.




Ten kosmetyk jest moim numerem jeden jeśli chodzi o peelingi oczyszczające - planowałam napisać jego recenzję razem z recenzją kremu Pure Perfection, ale nie zrobiliśmy mu wówczas wraz z MOF zdjęcia ;)

Zużyłam już chyba 4 opakowania - stosowanie rozpoczęłam razem z recenzowanym ostatnio kremem - w jednej z aptek, w których wówczas pracowałam był w promocji (czyli w cenie adekwatnej moim zdaniem do ceny peelingu) - czyli rok temu.

Preparat naprawdę świetnie oczyszcza! 
Nie zrobiłam zdjęć (możecie bić, zrozumiem), bo zapomniałam, ale uwierzcie mi na słowo - ma duuuuuużo fajnie ścierających drobinek! 
To nie peeling - drapak. Drobinki trą delikatnie, ale znacząco.

Mimo wszystko - nie jest to produkt dla kogoś z trądzikiem :( nawet tak delikatne tarcie może rozognić duże zmiany.
Sprawdzi się natomiast idealnie, jeśli przez cały tydzień używacie ciężkiego, kryjącego podkładu i chcecie po tym wszystkim swoją skórę dobrze oczyścić

Produktu można używać dwojako: albo stosujemy go jako peeling, spieniamy na twarzy i spłukujemy, albo rozprowadzamy na skórze i zostawiamy do wyschnięcia, na 15 minut.
Ja zawsze najpierw oczyszczam nim twarz, a potem zostawiam to wszystko na pyszczku - także mam prawdziwe 2 w 1 ;)

Dystrybutor i producent zalecają używać kosmetyku jeden, dwa razy w tygodniu, ja stosuję go tak często, jak często chcę oczyścić skórę. Bywały dni, że robiłam to codziennie, nic mi się nie stało.
Żyję.

Po użyciu skóra jest bardzo gładka, przyjemna w dotyku.
Kosmetyk nie ściąga, nie wysusza, nie podrażnia.
Dobrze radzi sobie z oczyszczaniem porów, z przysuszaniem wyprysków i matowieniem cery.

Składu znaleźć nie mogę! No nie mogę!
A kartonowe opakowanie, w które kosmetyk jest zapakowany i na którym wydrukowany jest skład dawno już wyrzuciłam.
Pewnie są tam jakieś paskudne chemikalia (koszmar, lepiej o tym wspominać nie będę, bo w nocy nie zasnę...) o których już nie pamiętam, ale że preparat jest naprawdę fajny, to nie będę teraz tym sobie głowy zawracała. 

Przytoczę Wam tylko ze strony dystrybutora informację o substancjach aktywnych zawartych w preparacie: 

Ekskluzywna formuła zawiera: białą glinkę z dwutlenkiem tytanu, który wchłania nadmiar tłuszczu oraz normalizuje pracę gruczołów łojowych. Złuszczające cząstki jojoby, które wspomagają działanie złuszczające eliminując zanieczyszczenia, które zatykają pory skóry.

Także - dramatu nie ma, możecie ryzykować ;)
jeśli nie fundując prezent komuś, to chociażby sobie.

Pojemność - 75 ml, cena - regularna w okolicach 50 złotych, ale możecie znaleźć preparat w promocji na allegro (tam bywa w okolicach 30 złotych).
Z okazji Świąt apteki miewają Sensilis w promocjach - zaglądajcie, szukajcie, pytajcie!


Wszystkie prezentowane tu kosmetyki można zafundować sobie bądź bliskim także po Świętach - chociażby wtedy, kiedy zamiast prezentów dostajecie lub dostaje się u Was pieniądze.
Wtedy razem z koleżanką bądź członkiem rodziny możecie się udać na poświąteczny rajd po drogeriach i aptekach i spożytkować je na coś ciekawego, czego używanie poprawi Wam nastrój i pozwoli Wam i Waszym najbliższym czuć się piękniejszymi :)


Ze świątecznym pozdrowieniem, życząc Wam ciepłych, radosnych, pełnych uśmiechu Świąt przeżytych w taki sposób, w jaki sobie tego życzycie - Mar :) 


czwartek, 19 grudnia 2013

Warkoczowa rudość

Przedświąteczna bieganina dopadła i mnie.


Efektem tejże była moja nieobecność na blogu (ale tylko postowa - bywałam tu częściej, niż się może wydawać). Trochę przyczynił się też do mej tu niebytności fakt, że Mój Osobisty Fotograf realizował ostatnio sporo swoich projektów zawodowych, więc nie miał zbyt wiele czasu na towarzyszenie mi i pstrykanie zdjęć. 
Jednak w związku z tym, że w ubiegłym tygodniu otrzymałam od Mamy spóźniony prezent mikołajkowy w postaci rudego i jakże pięknego swetra, to nie umiałam się powstrzymać od zdjęć i udało mi się namówić MOF na sesję ;)

Sweter jest piękny! Przede wszystkim - ciepły. 
Trochę nietoperzowy a trochę a'la ponczo, dwurzędowy - co znacznie zwiększa w moich oczach jego walory estetyczne (uwielbiam to! zwłaszcza w swetrach, choć i w płaszczach nie pogardzam!).
Gdyby był gładki, a nie zdobiony warkoczowymi splotami, to z pewnością nie podobałby mi się tak bardzo.
Wreszcie też - po prostu jest rudy, a ja wszelkie rudości kocham i dobrze się w nich czuję.

Sweter pochodzi ze zgierskiego second handu, co to mu reklamy robić nie będę, bo zostanę posądzona o rzekomą z kierownictwem współpracę ;)
Ma wyciętą większość metek, jednak po sposobie zapisywania rozmiarówki i stylu czcionki na jedynej pozostałej metce wnioskuję, że jest z Zary albo z Mango, ale mogę się mylić.
Niestety - jest w nim akryl.
Ale (póki co) jeszcze się nie zmechacił... Bądźmy dobrej myśli, wierzmy, że i w przyszłości mu się to nie zdarzy.



 Jak już pewnie dało się zauważyć - sweter jest typowo "mój".
Uwielbiam wszystkie rzeczy luźne, spływające z ramion, w których mogę się ukryć i schować, a które wyglądają trochę mniej typowo niż to, co spotykam na ulicach.
Najładniej sweter prezentuje się w połączeniu z rurkami i wysokimi butami - wysmukla to sylwetkę i nie odbiera jej lekkości. Założenie tego typu góry do spodni o innym kroju może sprawić, że całość będzie wyglądała nieco niezgrabnie, ale - jak udowodniłam w poście, w którym prezentowałam fioletowy żakiet-grzybek - wcale nie musi. Wszystko zależy chyba (tak myślę) od rodzaju materiału i doboru kolorów :)

m
m






m
Zamiast kopertówki do takiego zestawienia równie dobrze mogłaby sprawdzić się torba typu shopper albo jakaś mniejsza, przewieszona przez ramię na długim pasku - ja postawiłam na wygodę, nie chcąc, żeby torba plątała mi się w połach swetra ;)




m sweter - second hand
koszulka - H&M
rurki - H&M
oficerki - Lasocki (dla CCC)
kopertówka - no name (Allegro)
rękawiczki - Nashe
okulary - Rossmann

P.S. Obiecuję, że następna sesja będzie prezentowała moją sinsayową kurtkę - musicie się uzbroić w cierpliwość, bo MOF ma do sfotografowania jeszcze kilka kosmetyków, które poleciłam mu uwiecznić ;)
P.S. (2) Mam pierwszego hejtera! I to nie dość, że dobrze mi znanego (chociaż myślał, a raczej myślała, że się nie zorientuję, kim jest :>), to takiego, który za sprawą swojego komentarza zostawionego na pewnym popularnym (doceniam poczucie humoru i kreatywność jego autorów, dużo beki jest, pośmiać się można, kawą zachłysnąć, dużo atrakcji - Mar lubi!), acz "niemodnym" blogu (zapewne nieświadomie) wyśrubował mi statystyki! Wiecie, jaka się czuję ważna? Teraz to już prosta droga do tego, żeby stać się tak sławną, jak Kasia Tusk! Ta wizja przyprawia mnie o zawrót głowy, dlatego na tym zakończę PS-y ;) :>
(A tak poważnie, to bardzo się cieszę, że ktoś odpowiedział mojemu hejterowi, iż nie moją jest winą, że mam taką facjatę, jaką mam. Pośrednio ułatwił życie i mnie - do tej pory myślałam, że to Bozia pokarała mnie w ten sposób za to, że w czwartej klasie podstawówki nie poszłam na wszystkie roraty. Wreszcie mogę przestać się zadręczać!
Ot, taka karma, co mogłam zrobić?)

Z przedświątecznym pozdrowieniem, z przymrużeniem oka (bo życie okazuje się znośniejsze, gdy nie traktuje się go na serio) - Mar.


czwartek, 12 grudnia 2013

Kosmetyczne recenzje Mar: Sensilis - Pure Perfection, Balancing & Refirming Antiaging Cream


Dzień roboczy, a jak dzień roboczy, to kolejna recenzja


Jakoś tak przyzwyczaiłam się do tego, że w weekendy wrzucam posty ubraniowe, a w tygodniu kosmetyczne.
Długo zastanawiałam się nad wyborem kolejnego produktu z listy moich KWC o którego istnieniu chciałabym Was poinformować, aż z pomocą przyszła mi proza życia - skończył mi się krem, musiałam zakupić nowe opakowanie, a że pełne pudełka/słoiki/tubki wyglądają najładniej (więc można im zrobić ładne zdjęcie), to problem się rozwiązał.

Idealnego kremu do twarzy szukałam latami.
Miewałam różne, na początku drogeryjne, potem - kiedy rozpoczęłam pracę dermokonsultantki - apteczne.
W różnym czasie oczekiwałam od nich różnych rzeczy, kiedyś niemożliwych, potem zaczęłam podchodzić do tej kwestii bardziej życiowo.

Kiedyś miałam skórę zdecydowanie tłustą, teraz - po blisko 8 latach kuracji hormonalnej - raczej mieszaną, ze skłonnością do przesuszania się policzków.
Trądzik jako taki odszedł w zapomnienie, jednak od czasu do czasu jeszcze coś mi wyskakuje.
Przestałam więc oczekiwać od kremu tego, że będzie zapobiegał tym drobnym już niedoskonałościom (tę misję powierzam żelom, tonikom i płynom bakteriostatycznym), obecnie stawiam na kilka innych rzeczy:

-od kremu oczekuję tego, żeby dobrze współpracował z moim podkładem (Revlon Colorstay) i nie zapychał porów
-dobrze by było, żebym mogła stosować go i na dzień i na noc
-powinien nawilżać mi skórę, ale bez przetłuszczania
-efekt matujący nie jest konieczny (z tym radzi sobie mój Revlon), ale kontrola wydzielania sebum - zdecydowanie pożądana
-25 lat skończone, to i pielęgnacja przeciwzmarszczkowa by się przydała

Pure Perfection się tu sprawdził, bez dwóch zdań.

Recenzowany krem wpadł mi w ręce właśnie w czasie mojej wspomnianej kariery dermokonsultantki - pracowałam wówczas jako konsultantka tej marki ;)
Do dyspozycji miałam testery i próbki, sporo o tych kosmetykach wiedziałam i czytałam. Klientki, z którymi rozmawiałam i które kupowały te kosmetyki nie mogły się nachwalić działania produktów, ja początkowo byłam dosyć sceptyczna.
W międzyczasie (pracowałam dla Sensilisu 3 lata) testowałam Normaderm Vichy (niezły - chwalę sobie całą serię), Effaclar (nie dla mnie), Pharmaceris T (tylko wycofany już krem intensywnie nawilżający okazał się produktem wartym uwagi) i Iwostin (zbyt delikatny). Jakoś tam dramatu nie było, twarz mi nie odpadła, ludzi nie straszyłam. Ale to nie było to, zawsze coś mi nie odpowiadało. Albo konsystencja, albo działanie (Pharmaceris potrafił mi niewiarygodnie przetłuszczać twarz, Effaclar ją albo wysuszał albo powodował wyrzut pryszczy, które normalnie nie wyskoczyłyby mi na twarzy nawet dziesięć lat temu!), czasem ogólny stosunek ceny do jakości i komfortu stosowania produktu.
Szukałam dalej...

Znałam zapach i konsystencję kremu Pure Perfection, jednak z racji tego, że dysponowałam niewielką ilością próbek, a świnią nigdy nie byłam i tego, co przeznaczone dla klientek nie tykałam, to działania wypróbować okazji nie miałam.
Okazja przyszła do mnie sama - około zeszłego Bożego Narodzenia dostałam od dystrybutora jedno pełne opakowanie kremu jako premię za dobrą sprzedaż.
Początkowo bardzo się ucieszyłam, potem przypomniałam sobie, że nie wiem, z czego się cieszę, skoro skład jest taki sobie (alkohol, silikony, konserwanty, składniki aktywne na końcu...). Ale zaryzykowałam.
W zasadzie, to sama nie wierzę, że ten krem jest aż tak dobry, skład zdaje się krzyczeć, że to jest niemożliwe.
Byłam naprawdę zdziwiona, kiedy okazało się, że produkt sprawdza się doskonale.

Ale... do rzeczy.
Kosmetyk jest produkcji hiszpańskiej (Dermofarm Barcelona).
Krem zamknięty jest w szklanym słoiczku z podwyższanym dnem, pojemność standardowa - 50 ml.
Kolor kremu jest lekko seledynowy, konsystencja - bardzo delikatna. Nie jest to typowy krem, nie jest to żel. Ja bym określiła go jako coś zbliżonego do musu.
Kosmetyk pięknie pachnie! Z czymś podobnym spotkałam się przed jego odkryciem tylko w wypadku produktów
Sanoflore.  Zapach nie jest ciężki, ulatnia się po aplikacji na skórę. Zdecydowanie zachęca do korzystania z kremu :)





Skład: Aqua, Diethylhexyl Carbonate, Butylene Glycol, Stearic Acid, Arachidyl Alcohol, Methyl Glucose Sesquistearate, Silica, Dimethicone, Disodium EDTA, Sclerotium Gum, Xanthan Gum, Ethylhexylglycerin, Tocopherol, Caprylyl Glycol, Triethanolamine, Arachidyl Glucoside, Polyacrylate 13, Polyisobutene, Polysorbate 20, Sorbitan Isostearate, PCA, Carageenan, Sorbic Acid, Hydrolyzed Hazelnut Protein, Glycerin, Linum Usitatissinum Extract, Fomes Officinalis Extract, PEG-40, Hydrogenated Castor Oil, Parfum, Dipropylene Glycol, CI 42090.




Producent i dystrybutor nie określają, czy jest to krem na dzień, czy na noc - ja aplikowałam go i tak, i tak.
Według zapewnień na etykiecie i w ulotce kosmetyk ma na celu kontrolę wydzielania sebum, zmniejszenie wielkości porów oraz pielęgnację przeciwzmarszczkową (w tym ma mu pomagać opatentowana substancja aktywna - Nuteline).
Krem wchłania się dosyć szybko, cudowny zapach sprawia, że mamy ochotę nakładać go i nakładać.
Ja przed tym przestrzegam, należy robić to z umiarem, ponieważ produkt lubi się rolować.

Tak, krem się roluje - narzekają na to dziewczyny z Wizażu, narzekały na to inne klientki (to jest podobno ogólna właściwość kosmetyków Sensilisu, niestety). Dla mnie jednak nie jest to jakaś duża wada produktu - kiedy aplikuję go na noc, to mam to gdzieś, kiedy na dzień - zrolowany krem przecieram chusteczką higieniczną albo ręką i już. Kłopot z głowy.

Rolowanie nie występuje po kontakcie z podkładem. Nigdy - ale to nigdy!
Używałam w ciągu mojej przygody z Pure Perfection zarówno Revlonu, jak i Dermablendu od Vichy, czy podkładów Pharmaceris. Nigdy nie było z tym kłopotów.
Rolowanie ma miejsce tylko po aplikacji, zaraz po posmarowaniu. Dodam też, że nie występuje zawsze. Zwykle właśnie wtedy, kiedy nałożę go za dużo albo mam przesuszoną skórę (załatwia mi ją w ten sposób zwykle żel Iwostinu, ale o tym innym razem).

Krem po wchłonięciu się zostawia buzię gładką i delikatną.
Po dłuższym używaniu (tak jak mówię, u mnie to jest rok) widzę, że cera nabrała zdrowego kolorytu - z ziemistej zrobiła się zaróżowiona.
Jest jędrna (pomimo tego, że palę), bardzo nawilżona, pory są niewidoczne (chociaż ja z tym w sumie nigdy nie miałam problemu, więc mogę nie być obiektywna). Skóra rzeczywiście nie przetłuszcza się nadmiernie, zapewnienie producenta według którego krem ma normalizować pracę gruczołów łojowych okazało się więc realne. Nie wysusza się - chociaż można by się tego spodziewać, bo (jak wspomniałam) krem ma w składzie alkohol. Ale nie - nic takiego się nie dzieje.
Krem nie powoduje owarzania się podkładu po nałożeniu go na niego, nie obciąża skóry.
Używałam go w lato, w czasie kiedy temperaturze zdarzało się niejednokrotnie przekraczać 35 stopni.
Podkład się nie przemieszczał, nie odczuwałam żadnej ciężkości tego, co miałam na twarzy.
Przez rok używania Pure Perfection nie zauważyłam powstania nowych zmarszczek (chociaż z tym też raczej nie mam kłopotów, jedyną prawdziwą zmarszczkę mam na czole, wszystko inne co mogę pod termin zmarszczki podciągnąć mam od dziecka i jest to chyba mimiczne, ale żadnych nowych też szybko mieć nie chcę).
Wypryski występują bardzo rzadko, co utożsamiam z faktem, że krem widocznie nie zapycha porów - producent informuje nas, że produkt jest niekomodenny. O.K., niech będzie, tyle, że w składzie jest silikon. Ten, jak wiadomo, zapychać może.

Mnie jednak nie zapchał, a zdarzało się to innym kosmetykom, które silikonu nie miały.

Produkt jest bardzo wydajny, mnie wystarcza spokojnie na 4 - 5 miesięcy codziennego stosowania.

Może wynika to z faktu, że czasem zapomnę go nałożyć, a czasem (zwłaszcza, kiedy nocuję u chłopaka - tam mam pharmacerisowy Octopirox, który skądś się w jego mieszkaniu wziął, a skoro już jest, to postanowiłam go zużyć) używam czegoś innego. Myślę jednak, że wiąże się to z tym, że aby posmarować nim twarz nie trzeba nabierać go nie wiadomo ile - niewielka porcja wystarcza. 

Komu poleciłabym Pure Perfection?

Na pewno nie osobom, które borykają się z silnym trądzikiem.
To nie jest cudowny lek na wypryski (chociaż na pewno nie zaszkodzi), w wypadku trądziku polecane są inne składniki aktywne.
Krem Pure Perfection jest moim zdaniem idealnym wyborem dla Pań, które po pierwsze skończyły 25 lat (magiczna, umowna granica wieku, po której powinno zaczynać się pielęgnację przeciwzmarszczkową), po drugie problemy trądzikowe mają już za sobą, ale nadal skóra ich twarzy ma tendencje do przetłuszczania się.
Produkt jest hipoalergiczny, testowany dermatologicznie - nie uczula, w trakcie mojej trzyletniej pracy dla Sensilisu nigdy nie spotkałam się z klientką, która skarżyłaby się na to, że Pure Perfection ją uczuliło.

(jednak serum z tej samej serii ma w składzie kwas salicylowy - jeśli któraś z Was ma alergię na salicylany, to nigdy, ale to nigdy nie sięgajcie po nie!)

Dużym minusem kremu może być cena - niestety ceny produktów Sensilisu w połączeniu z ich małą dostępnością są przyczyną tego, że kosmetyki te mają kłopoty z "przebiciem" się.
Winę za ten stan rzeczy ponoszą apteki - ceny producenta nie są wcale wygórowane. 
Regularna cena kremu to plus minus 120 złotych.
Na allegro jednak można kupić krem już od 80 złotych.
Sensilis ciągle organizuje dermokonsultacje - najwięcej w Warszawie. Konsultacje odbywają się zwykle raz w miesiącu w każdej z aptek partnerskich. O ile od czasu kiedy zakończyłam z nimi współpracę nic się nie zmieniło, to nadal w czasie akcji apteki dają rabaty na zakup kosmetyków, a dermokonsultantki rozdają gratisy.

Jeśli w którejś z aptek w swojej okolicy widziałaś kosmetyki Sensilis, to proś farmaceutkę o próbkę - one je mają, tylko nie chcą dawać.
Proś, a jak nie dostaniesz, to przyjdź na dermokonsultacje - dermokonsultantka da je z wielką radością.

Obecnie jest okres przedświąteczny - w sprzedaży jest zestaw, w którym znajdziecie pełne opakowanie kremu i 15ml serum.
Takie opakowanie sprawiłam sobie ja - tydzień temu.





Działania serum jeszcze nie miałam okazji sprawdzić, używanie kosmetyku przez tydzień nie jest moim zdaniem wystarczające do tego, aby ocenić jego wpływ na stan skóry.
Wszystko przede mną.

"Eksperci" radzą używać serum zawsze przed kremem, tak też robię.
Serum trzymam w lodówce - wyjmuję je z niej na około 10 minut przed aplikacją.
Po aplikacji wraca do lodówki.
Kiedyś wyczytałam, że tak trzeba, no to się tego trzymam.




Mało kto zna kosmetyki Sensilisu, w internecie mało jest recenzji tych produktów.
Przypuszczam, że gdyby nie problem dostępności produkty te byłyby o wiele bardziej popularne, bo wysoka cena nie jest chyba żadną przeszkodą - kosmetyki Vichy bywają w tych samych cenach, Galenic jest nawet droższy, a kobiety je kupują i chwalą.
W każdym razie zachęcam do próby zapoznania się z Pure Perfection - jeśli nie wierzycie mi na słowo, to pędźcie do aptek po próbki.

Ja krem Pure Perfection oceniam na 4+/5.

Ocena byłaby wyższa, gdyby produkt się nie rolował, bo chociaż nie jest to dla mnie spory kłopot, to kiedy się spieszę nie mam czasu na wycieranie twarzy z tego, co zrolowane.
Do innych działań kosmetyku nie mam żadnych zastrzeżeń.
Cena rzeczywiście mogłaby być niższa, ale to są już tylko moje pobożne życzenia - nie żałuję pieniędzy, które nań wydaję. 
A, Sensilis mnie w żaden sposób nie sponsoruje, spokojna głowa.
Nie pracuję już dla nich od jakiegoś czasu, moja opinia jest jak najbardziej niezależna, obiektywna i szczera.

Jeśli nadal szukacie idealnego kremu do twarzy - spróbujcie Pure Perfection, nie powinnyście się zawieść.


P.S. Wszystkie zdjęcia są autorstwa mojego chłopaka.


sobota, 7 grudnia 2013

Pożegnanie jesieni


Dobrze, żeśmy się z Moim Osobistym Fotografem wybrali na tę sesję w poniedziałek, bo już by się teraz takich zdjęć zrobić nie dało ;)


W Łodzi biało! Komunikacja nawala! Ludzie się ślizgają! Dzieciaki piszczą na sankach!
Moim rodzicom wiatr połamał antenę satelitarną!
A mnie... zamarzają stopy i dłonie. Jak co roku.
Bardzo bym chciała, żeby ten śnieg sobie poszedł - ewentualnie niech poleży do Wigilii, a po niech idzie precz.

W każdym razie... tak, dzisiejszy wpis - sesja zrobiona w ostatniej jesiennej chwili.
Udało się zdążyć z ładnymi zdjęciami przed atakiem wichury, śnieżycy i takimi temperaturami, kiedy to człowiekowi nie jako tako modny i estetyczny wygląd w głowie, a to, z czego zrobić onuce domowej roboty i z jakim przyspieszeniem należy biec na przystanek, aby zdołać znaleźć (jakimś cudem) ostatnie wolne miejsce przy koksowniku.

Powiem szczerze, że w trakcie robienia zdjęć nieco zmarzłam, więc możecie (jeśli chcecie) oburzać się do woli, że mało praktycznie, że raczej na złotą jesień albo wiosnę nawet, i że z czym do ludzi.
Zatem, racja - przyjmijmy, że możecie potraktować tę stylizację jako inspirację na marcowe spacery. Zgoda ;)?


Jak widać - udało mi się wreszcie znaleźć czapkę, w której nie wyglądam komicznie.
Myślałam, że ten dzień nigdy nie nastąpi - a jednak.
Czapkę upolowałam w C&A.
Kosztowała nieprzyzwoicie dużo jak na trochę znienawidzonego przeze mnie akrylu (efekty akrylowego pochodzenia już są widoczne - czapkę trzeba golić po każdym założeniu...) ale wydawałam się w niej samej sobie tak urocza, że nawet nie patrzyłam na cenę.



Właściwie - to taki zestaw "w moim stylu".
Jest ciepły, wełniany sweter (czysta wełna! znaleziony przypadkiem, w jednym ze zgierskich outletów) z Vili, w którym bez problemów można podwinąć rękawy i który można zsunąć z ramion a pod spód którego można założyć szyfonową koszulę, jest duża torba do noszenia na ramieniu i na długim pasku, wreszcie też są moje ukochane bryczesy - tym razem musztardowe (choć na zdjęciach wydają się bardziej żółte).
A jak bryczesy, to i oficerki.
Wszystko wygodne, niekrępujące ruchów.
Nacisk położony głównie na kolory i dobre jakościowo materiały.


O torbie wspominałam Wam już kiedyś - pamiętacie, jak opowiadałam o egzemplarzu, który jest moim ukochanym od blisko trzech lat?
To właśnie ona, kochana, wysłużona staruszka.
Udało mi się wreszcie naprawić w niej zamek, ale niestety - tu i ówdzie materiał syntetyczny z którego została wykonana zaczyna wykazywać cechy zużycia.
Jestem więc na etapie szukania jej następczyni, ale nie jest to łatwe - takie modele nie są ostatnio modne, więc póki co idzie mi to mozolnie ;)

Oficerki upolowałam we wrześniu w CCC, kiedy to wybór obuwia zimowego był naprawdę duży i nie trzeba było się martwić, że zostaną same szpice, koturny albo modele w odcieniach bieli ;)
To były najdroższe buty, jakie do tej pory kupiłam.
Co prawda miałam w związku z ich zakupem nieco rozterek, bo o butach Lasockiego znalazłam w internecie sporo niezbyt dobrych opinii, ale okazało się, że nie dość, że pięknie wyglądają, to wykonane są z bardzo solidnej skóry - obecnie panująca pogoda utwierdziła mnie tylko w tym przekonaniu. Na butach nie widać śladów soli ani zacieków (fakt, że bardzo o nie dbam - traktuję je tłuszczem do skór i dobrą pastą), stopa w nich oddycha i wcale, ale to wcale się nie poci!
Oficerki są ocieplane grubą futrówką, futrówka się nie przeciera.
Skóra jest miękka, nie pęka, robią się na niej tylko typowe dla skór cielęcych załamania.











Sweter - Vila
Bryczesy - Nashe
Koszula - H&M
Oficerki - Lasocki (CCC)
Torba - no name (Borsetta)
Czapka - Clockhouse (C&A)

P.S. Dziękuję za wszystkie odwiedziny i obserwacje - jednocześnie nadmieniam, że jeśli sama kogoś obserwuję, to absolutnie nie oczekuję tego, że zrobicie to samo. Obserwowanie służy mi zawsze temu, abym bez trudu mogła wracać do blogów, w których coś mi się spodobało - najczęściej Wasz styl albo zdjęcia. 

Pozdrawiam serdecznie, Mar.