czwartek, 30 stycznia 2014

Kangaroo Pocket Sweater


No to się zima zaczęła na całego...


Na dworze jest tak zimno, że jak tylko przekraczam próg klatki schodowej, to natychmiast mam ochotę wrócić do mieszkania.

Fakt, że termometr pokazuje mi minus pięć wcale mnie nie pociesza, bo ja się czuję, jakby było minus pięćdziesiąt.

Albo i więcej.

Nie należy się więc dziwić biednej Mar, że nieco się leni i z postami nie szaleje - ona po prostu jest już nieco od Was starsza (do łez mnie doprowadzacie wrzucając wpisy, w których chwalicie się zdjęciami ze studniówek - moja studniówka była tak dawno temu, że nikt nie może uwierzyć, że kiedy kupowałam na nią strój, to w sklepach były głównie szpilki na obcasie - kaczuszce i ze ściętym czubem - a były, były! moje miały do tego wszystkiego na dodatek kokardkę...
Całe szczęście, że było to w czasach, kiedy do pełni modowego szczęścia wystarczały mi glany i wyciągnięte sztruksy, bo w innym razie chyba bym się powiesiła...) i bez grubej kurtki, czapy oraz dwóch szalików wytrzymuje na mrozie tylko dwie minuty.
Starzy ludzie, jak powszechnie wiadomo, marzną zdecydowanie szybciej od młodych ;P

Uwierzcie mi - próbowałam się przemóc w poniedziałek, kiedy to razem z MOF wybraliśmy się na zdjęcia, ale na szczęście mam kochającego faceta, który dostrzegłszy łzy w moich (mętnych jak przepływająca przez me miasto rodzinne Bzura) oczach poniechał prób męczenia mnie ;)

Wypad na sesję nie zakończył się źle, bo kilka zdjęć zrobić nam się udało - co prawda, to prawda: większość robiona była we wnętrzu, ale i tych zewnętrznych kilka jest ;)

W roli głównej dzisiejszego posta - piękny morelowy sweter z kangurzą kieszenią.
Sweter jest jednym z numerów jeden w mojej szafie - wypatrzyłam go dwa lata temu w czasie wyprzedaży w Reserved.
Zapłaciłam za niego caaaałe 19,90 - ale to tylko dlatego, że śledziłam jego cenę odkąd pojawił się na wyprzedażach ;)
I tak - rzucili go na pierwszą wyprzedaż za 59,90, potem był za 49, 29.... 
Kiedy kosztował 19,90 rozszedł się jak świeże bułeczki, zatem pojechałam szukać go na drugim końcu Łodzi - w M1.
I znalazłam ;)

Co mi się w nim szczególnie spodobało?

Oversize'owy krój (wiem - jestem nudna, jak "Nad Niemnem".... ale co poradzę, że w takich krojach czuję się najlepiej?), kolor, w którym wyglądam bardzo dobrze (wszystkie pastelowe, ciepłe róże i brzoskwinie jakoś tak dobrze kontrastują mi z cerą i kolorem włosów) i wygodna kieszeń - kangurka.
Jestem w stanie zmieścić w niej portfel, papierosy, cztery zapalniczki i drugie śniadanie ;)

W taką pogodę, jak wspomniałam, bez otulacza szyi nigdzie się nie ruszam - ten tutaj jest baaaaaardzo ciepły, wełniany i w kolorze butelkowej zieleni (w jednym z moich ulubionych zielonych odcieni).
Bardzo go lubię, chociaż nieco mnie "gryzie" w szyję ;)
Ale nawet jeśli w danym momencie go nie zakładam, to i tak lubię go mieć przy sobie - zawsze mogę się do niego przytulić ;)


Torbę, buty i rękawiczki już znacie - duuuże rozmiary torby zaczynam doceniać ze strony, od której dotąd jeszcze ani razu o niej nie pomyślałam.
Jest tak wielka, że jak tylko na ulicach pojawią się koksowniki, to chyba spróbuję jeden z nich podwędzić do siebie - może wtedy skończą się moje problemy z marznięciem ;)












Sweter - Reserved
Rurki - Divided (H&M)
Komin - Reserved
Bransoletka - Reserved
Rękawiczki - Nashe
Torba - Fason
Oficerki - Lasocki (CCC)


Pozdrawiam Was zimowo i imieninowo - taaaak, dziś Mar ma imieniny, zatem z tej okazji leni się nie 20 godzin na dobę a 24 ;)

P.S. Ostatnio ilość odwiedzin na blogu przekroczyła 6,666!!! 
Dziękuję Wam pięknie :)
P.S. (2) Pomimo deficytu gotówkowego udało mi się wypatrzeć coś dla siebie na wyprzedażach - zakupiłam nań piękną, dużą torbę. I to w Cropp Townie, czyli w sklepie, w którym nigdy nie sądziłam, że uda mi się znaleźć coś dla się ;)
Mam nadzieję, że kolejna stylizacja będzie już stylizacją uwzględniającą jej bytność w mej szafie ;)
P.S. (3) Jednak nie porywam się na kradzież koksownika - MOF kupił nam do sypialni grzejnik olejowy ;P

Ściskam!!!

czwartek, 23 stycznia 2014

Kosmetyczne recenzje Mar: w poszukiwaniu zamiennika ulubionego kosmetyku, czyli Soraya ŚWIAT NATURY - peeling morelowy i AVA - Dermoprogram ACNE CONTROL, Maska Antybakteryjna


Sesja mnie pożarła.

To mam na usprawiedliwienie mojej tu nieobecności przez dni bitych dziesięć.



Sorry, taki stycznia klimat - mogłabym powiedzieć, parafrazując pewną Panią Minister.
Ale ile można jedno zdanie w internetach wałkować, a poza tym: już wróciłam.
Mam nadzieję, że się cieszycie.
Starałam się tu zaglądać w każdej wolnej chwili, ale i tak przepraszam wszystkich, których zawsze odwiedzam regularnie, a których ostatnio nieco zaniedbałam.
Proszę się nie gniewać, nadrobię :)

Tak swoją drogą - z perspektywy kogoś, kto już jedne studia i jednego magistra ma za sobą sesja nie wygląda tak strasznie.
Także, Moi Mili, nie przejmujcie się, jeśli Wasze egzaminy i zaliczenia Wam nie poszły - za dziesięć lat będzie dużo łatwiej, słowo cioci Mar.

--------------------------------------------------------------------------

W grudniu, przy okazji posta poświęconego kosmetycznym pomysłom na gwiazdkowy prezent dla siebie lub bliskiej osoby prezentowałam Wam maseczkę (i jednocześnie peeling) firmy Sensilis.
Pisałam wtedy, że jest to jeden z moich Kosmetyków Wszechczasów.

Jest.

Dlatego też kiedy jakiś czas temu odkryłam, że niestety, tubka się skończyła, to nawet chwili nie wahałam się nad zakupem kolejnego opakowania.
Pech chciał jednak, że namnożyło mi się ostatnimi czasy wydatków, w związku z czym wizja wydania 50 złotych za 75 ml kosmetyku w sytuacji, kiedy czeka mnie wydanie 500 złotych u stomatologa, a żadnego wyjątkowo dużego przelewu przychodzącego się nie spodziewam nieco się rozmyła.
W żadnej ze śledzonych przeze mnie aptek internetowych nie udało mi się wytropić produktu w promocji.
Doszłam do wniosku, że nie - nie będę taka wielkomiejska, rozrzutna i utracjuszowska. Przyoszczędzę, poszukam czegoś innego, może trafię jeszcze lepiej, może jednak...

Udałam się na poszukiwania innego produktu, który - w założeniu - miał mi zastąpiąc Sensilis, a jeśli już nie zastąpić, to godnie pełnić rolę czegoś, co będzie kontrolowało oczyszczanie mojego pyszczka.
Odwiedziłam kilka drogerii, zajrzałam też do SuperPharm'u. Miałam w planach zakup peelingu z serii Pharmaceris T, tak, żeby używać go wraz z ich płynem bakteriostatycznym, ale tam go nie zastałam.
Planując podróż do osiedlowej apteki (tam kupiłabym go bez problemu) zagapiłam się, przejechałam swój przystanek i... wylądowałam w Hebe.
Bywam tam raz na jakiś czas - do żadnego punktu Hebe nie mam wyjątkowo po drodze - w związku z czym kiedy już tam zajrzę, to bacznie obchodzę cały sklep i wypatruję promocji wartych uwagi.

Promocji takowych nie odnotowałam, ale znalazłam dwa kosmetyki, które mnie zainteresowały i mieściły się w polu moich ówczesnych poszukiwań. Jednym z nich był 

Peeling antybakteryjny do skóry tłustej i trądzikowej SORAYA Świat Natury 

a drugim

 Maska Antybakteryjna AVA Dermoprogram - ACNE CONTROL.

Peelingu Sorayi używałam już lata temu - najpierw wtedy, kiedy produkowała go firma StIves a potem kiedy pod nazwą Beauty Therapy wychodził już jako produkt Sorayi.
Szybko zerknęłam na skład - raczej to samo.
Kosztował 10 złotych.
Nie wahałam się, wrzuciłam do hebowego koszyka.
Nad maską chwilę się zastanawiałam. Gdzieś tam kołatała mi się po głowie myśl, że kosmetyki AVY wyjątkowo dobrymi opiniami wśród blogerek kosmetycznych i wizażanek się nie cieszą, więc chyba szkoda tych 8 złotych. Ale potem przyszła refleksja - nie zrażaj się, Mar, jak żeś nie próbowała.

Zaryzykowałam.

Na zakupy wydałam złotych 18 - łączna pojemność produktów to 200 ml, także wyszło mnie to trochę taniej (trochę jest tu eufemizmem) niż zakup mojego ulubieńca od Sensilisu.


Nowa wersja peelingu Sorayi ma nieco ładniejszą od starej szatę graficzną, widzę, że firma postanowiła uderzyć w to, w co celują obecnie inne marki i podkreśla rzekomy związek swojego produktu z naturą.
Nie jestem do końca pewna, czy słusznie (będzie o tym dalej), bo skład aż taki naturalny nie jest, niemniej rzeczywiście, to, co wyróżnia ten peeling z grona wielu dostępnych na rynku tego typu preparatów z tej półki cenowej to składnik roślinny na drugim miejscu składu - w tym wypadku są to drobinki łupin orzecha włoskiego. Na dalszych miejscach zobaczymy jeszcze ekstrakty z wierzby białej i moreli.
Dość wysoko w składzie znajduje się zmniejszający wielkość porów i działający przeciwzapalnie kwas salicylowy - nie jest to więc preparat dla pań cierpiących na alergię na salicylany.
Drobinki łupinek orzecha bardzo ładnie oczyszczają buzię.
Trochę jednak drapią.

Kiedy używałam tego peelingu kilka lat temu bardzo chwaliłam sobie właśnie efekt oczyszczania, tyle, że borykałam się wtedy z dość mocnym trądzikiem i niestety trudno było używać mi tego peelingu tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Teraz jest dla mnie odpowiedni.
Dobrze oczyszcza pory, domywa też makijaż.

Pachnie przyjemnie - rzeczywiście morelowo.

Peeling jest gęsty, przy czym nie trzeba wyciskać go z tuby w ilościach hurtowych - nawet niewielka ilość w kontakcie z wodą bardzo dobrze rozprowadza się po skórze.

Stosuje się go jak większość peelingów mechanicznych - zwilżamy twarz i masujemy. Jak już czujemy, że mamy dosyć masowania - spłukujemy.



Tak wygląda opakowanie peelingu z drugiej strony tuby ;)

A teraz skład:




Mam do tego składu trochę uwag.
Kupiłam ten produkt dlatego, że wiem, że mnie nie uczula ani nie powoduje u mnie jakichś twarzowych niespodzianek.
Poza tym - nie używam peelingu codziennie, więc i jego kontakt z moją cerą nie jest zbyt częsty.
Ale gdybym miała zaryzykować, to nie wiem, czy bym się skusiła.

Niech mi ktoś wytłumaczy, po co w grubej, plastikowej, nieprzepuszczającej promieni słonecznych tubie Titanium Dioxide?

Przecież te promienie słońca tam nie dotrą, a poza tym - jak mają się przebić do mojej łazienki? Światłowodem jakimś?

aaaaaa.... irytacja.

Takich cudów w składzie peelingu Sorayi jest jeszcze kilka (taaaak wieeeele alkoholu, tak duuuużo parabenów... i ten SLS, co prawda nie na początku składu, ale jednak), ale że mam słabe z natury serce, to złościć się nie będę.
Zdaję sobie sprawę, że Soraya nie jest marką ekskluzywną i nie musi się martwić o innowacyjność składów części swoich produktów, bo po jej kosmetyki do skór trądzikowych sięgają głównie nastolatki, ale chemia kosmetyczna idzie jednak do przodu i nawet półkowe Sorayi konkurencje ulepszają nieco złożenia.
Soraya jednak - nie.
Może kiedyś.
Póki co - nie jest to produkt, po który sięgną konsumentki ortodoksyjnie do pojęcia dobrego składu kosmetyku podchodzące.

Jednak jeśli ktoś szuka peelingu wydajnego (z tego co pamiętam jedno opakowanie wystarczało mi na rok stosowania - pojemność starej wersji była taka sama, konsystencja także) i takiego, który jest oczyszczającym drapakiem - warto wypróbować.
Poza tym dla kogoś, kto nie jest alergikiem i na zwyczajowo stosowane w chemii kosmetycznej konserwanty nie reaguje źle, ten peeling powinien być zadowalający.
Takiej osobie preparat przyniesie więcej pożytku, niż szkody.


Cena, jak wspomniałam - plus minus 10 złotych.
W innych drogeriach widziałam go ostatnio w podobnej cenie.

Producent zapewniał, że produkt ma nam dać:

*efekt czystej i gładkiej skóry
*mniej wągrów i zaskórników
*zmniejszone pory
*rozjaśnioną i promienną cerę

Skóra jest rzeczywiście oczyszczona i gładka.
Pory są oczyszczone, zaskórników idzie się pozbyć.
Czy pory są zmniejszone?
Moje nie są raczej rozszerzone, ale te, które jakoś tam wyglądają anormalnie wyglądać tak nie przestały.
Skóra wygląda ładnie, ale żeby promieniała.... 
No nie no, czepiam się. Ta obietnica to i tak taki standardowy chwyt marketingowy, jest chyba na każdym kosmetyku ;) nie będę się do niej odnosić ;P

Za działanie stawiam temu peelingowi 5.
Miał oczyszczać i oczyszcza.
W sumie nie mogę się do niczego przyczepić.
Skład - niestety 3.


A teraz maska:



Przyjemna dla oka, prawda?

Niewielka, bardzo poręczna tubka.
Zapakowana jeszcze dodatkowo w kartonik.
Prosta szata graficzna, kojarząca się trochę z szatą graficzną maści aptecznych.

(Też modny ostatnio chwyt wśród producentów kosmetyków, które w nazwie mają "dermo" ;))


Maseczka nie należy do tego rodzaju maseczek, które cenię najbardziej - tych glinkowych, pudrowych, zasychających na pyszczku i kredowych.
To maseczka żelowa.

Zapach jest.... zastanawiający.
Na początku pachnie trochę cytrusami, trochę drożdżami, a po chwili rozwija się... w aromat wędzonej makreli. Przynajmniej według mnie.
Mnie to nie przeszkadza, ale jak ktoś wrażliwy, to nie wiem, jak to zniesie.

Skład jest znośny, myślę, że jak na dostępne na rynku i nie typowo glinkowe maseczki z tej półki cenowej - dość dobry:


Bawi mnie trochę adnotacja, że "SLS free". Maseczka nie jest do mycia twarzy, to po co niby miałby tam być ten SLS?

Ale mamy modę na podkreślanie, że paczaj, kliencie, nie ma u nas SLSu (co się moim zdaniem i tak za rzadko jeszcze zdarza...), no to takie są skutki tej mody ;)

Mnie osobiście w tym składzie chyba najbardziej złości ten nieszczęsny PEG.
Ale naprawdę nie jest źle!
Nie ma przynajmniej parabenów i alkoholu.

Z substancji aktywnych mamy tu wyciągi z lawendy (odkaża), trawy cytrynowej (odświeża i koi, zmniejsza produkcję łoju) i drzewa herbacianego (działa przeciwzapalnie i tak jak lawenda odkaża).


(co mi tu w takim razie makrelą zajeżdżało???)


Maseczka jest dość rzadka i lepka.
Trochę się leje po palcach i komfort jej nakładania jest przez to średni.

Ale ja jestem twardy człowiek. Tak jak zapach, tak i to znieść mogę, jeśli warto.

Na kartoniku jest adnotacja, że należy maseczkę nałożyć na twarz i zostawić na 15 minut. Potem spłukać.
Nie napisali, czy na suchą twarz, czy wilgotną, ja nakładam na wilgotną.

Po nałożeniu maseczka... hm... nazwijmy tę czynność rozgrzewaniem.
Czuję, że moja twarz jest gorąca.
To nie jest pieczenie.
Ciężko to określić.
Coś takiego czułam, kiedy stosowałam jakiś czas temu maseczkę Oriflame z serii Pure Nature - tę z łopianem.
Ja nie wiem, może to ta lawenda, może coś innego.
Trochę to złości.
To nie jest uczulenie, chociaż przez jakieś pół godziny po użyciu maseczki skóra, rzeczywiście, jest zaczerwieniona - potem to mija.
Z tą maseczką od Oriflame było tak samo, a bardzo ją sobie chwaliłam.
Może się nie znam, może jak tak jest, to znaczy, że kosmetyk działa... prosty humanista ze mnie, wiecie...

tak czy siak - mało przyjemna rzecz.

Maseczka nie wysycha.
Ona się wchłania.
Powiedzmy, bo jak zwilżymy twarz żeby ją spłukać, to okaże się, że wcale się nie wchłonęła.
Ale to też typowe dla maseczek żelowych ;)

Skóra po użyciu jest gładka ale - niestety - brakuje mi tego, co dawał mi mój cud z Sensilisu: uczucia oczyszczenia twarzy! :(

Ja wiem, że to tylko złudzenie, że to normalne przy takich maseczkach, ale do czego innego już się przyzwyczaiłam...
Chociaż, z drugiej strony, mam wrażenie, że pomaga ona trochę walczyć skórze moich policzków z przesuszaniem - być może to jest to, co producent ukrył pod obietnicą zapewnienia skórze nawilżenia ;)

Buzia nie jest jednak taka mięciutka, jak po zafundowaniu sobie kuracji moją dotychczasową maską.

Oprócz nawilżenia producent obiecuje nam jeszcze w związku z używaniem tej maseczki regulację pracy gruczołów łojowych i ograniczenie wydzielania sebum, zamknięcie rozszerzonych porów, zapobieganie tworzenia wyprysków, wykwitów i zaskórników.

Moja skóra obecnie nie przetłuszcza się jakoś wyjątkowo, ciężko mi więc ocenić wpływ maski na ten fakt, pory - jak pisałam wyżej - też nie są u mnie jakieś problematyczne, drobne niedoskonałości zawsze mi będą wyskakiwać, ale tak, zaskórników nie mam, maseczka nie spowodowała też wysypu żadnych nowych spraw.

Myślę więc, że podobnie jak peeling Sorayi jest to dobry produkt dla tych z Was, które i którzy szukają jakiegoś preparatu dogłębnie oczyszczającego, od którego nie będą wymagać nie wiadomo czego.
Z tego co wiem, to żadna maska antybakteryjna (poza maską z glinki, ale takiej prawdziwej glinki) cudów nie działa, nie jest to więc preparat dla kogoś, kto cudów oczekuje.
Ale jeśli macie skórę w dość dobrym stanie, a używanie maseczki to dla Was po prostu nawyk, to polecam ten produkt.
Nie powinien zrobić krzywdy.

Pamiętajcie tylko o tym grzaniu!
Może występuje jedynie u mnie, ale wolę ostrzec, niż potem przeczytać, że nie ostrzegłam, a ktoś tu o tej maseczce przeczytał, zakupił i mu zaszkodziła :(

Oceniam kosmetyk na 4.
4 za to "rozgrzewanie".
Zapach pominę, bo na Wizażu dziewczyny piszą, że czują w tej maseczce cytrynę, to może ja mam powonienie latami nikotynizmu zaburzone, po prostu...


------------------------------------------------------------------------------------------


Podsumowując - poszukiwanie kosmetyku/kosmetyków, który/które zastąpi/zastąpią mi moją maseczkę z peelingiem 2 in 1 z serii Sensilis, Pure Perfection zakończyło się sukcesem tylko połowicznym.
Peeling Sorayi radzi sobie z peelingowaniem wcale nie w mniejszym stopniu dobrze, niż produkt Sensilisu, ale maseczka od Avy nie daje takiego uczucia miękkości i komfortu używania, jak mój poprzedni kosmetyk.
Po jej zużyciu chyba na powrót wrócę do glinek - stosowałam je jakiś czas temu i byłam bardzo zadowolona.

A Wy?
Lubicie tego typu kosmetyki?
Wasza skóra ich potrzebuje?

Pozdrawiam Was z zaśnieżonej i zalodzonej Łodzi.
Wasza Mar.

niedziela, 12 stycznia 2014

Karmelowo


Wszystko, co dobre szybko się kończy.



W Łodzi i okolicach skończyła się wiosenna pogoda.
Fakt - powinnam się w ogóle cieszyć, że dane mi było napawać się taką w grudniu i styczniu.
Ale i tak jestem rozczarowana.
Jak dżumy lękam się powtórki z zeszłego roku, kiedy to zima nadeszła w lutym i trwała do połowy kwietnia.
Nie wyobrażam sobie kolejnej Wielkanocy z temperaturą -10 i zaspami za oknem.

Póki co - odpędzam jednak od siebie te koszmarne wizje i pokazuję Wam zdjęcia ze spaceru, który razem z MOF odbyliśmy w zeszły poniedziałek (tak, tak - 6 stycznia! a światło i temperatura, jak w pierwszy dzień wiosny).
Próbowaliśmy zrobić kilka zdjęć w mojej kurtce, tej, co to sesję jej poświęconą zapowiadam Wam już chyba dwa miesiące.
 Było jednak tak ciepło, że chodzenie w niej nie było zbyt ... hmmm... przyjemne ;P
Załapała się na dwóch zdjęciach - więcej zapewne niedługo, ale nie niebawem, bo nie wiem jak u Was, ale u mnie za oknem zamieć i zawieja, a na zamiecie to ona się z pewnością niezbyt nadaje...


Bardzo lubię prezentowany tu zestaw - skompletowanie całości trwało kilka lat i odbywało się samorzutnie ;)
Najpierw kupiłam pasek, potem, przypadkiem, na wyprzedaży w jednym ze zgierskich sklepów upolowałam buty (za zawrotną kwotę 29,99 PLN), a w rok później natknęłam się w jednym z H&M'ów na torbę.
Rękawiczki to nabytek tegoroczny - wprost z Leclerc'a ;) kosztowały całe pięć złotych ;)


Sama nie wiem kiedy, ale przyjęłam zasadę, że łączę te karmelowe (albo i koniakowe? a może po prostu rude?) dodatki z ubraniami w odcieniach granatu i bieli, może dlatego, że pasek jest wiązany na kokardę, która zdobiona jest pstrokatymi plamkami w pastelowych kolorach i założenie go do czarnego ubrania jakoś tak kole mnie w oczy.

Białe, wełniane ponczo kupiłam w tym samym second-handzie, w którym nabyłam zielony sweter z jednego z pierwszych zamieszczonych tu postów.
To było lata temu, bo na pierwszym roku moich pierwszych studiów.
Pomimo upływu lat nic się z nim nie stało (nie zmieniło też odcienia na beż) - ciągle wygląda jak nowe.
Bardzo je lubię.
Czasami - kiedy zakładam je do wąskich spodni i oficerek - dobieram do niego także długie, sięgające aż za łokcie, skórzane rękawiczki.

Buty są prześliczne, bardzo dobrze się trzymają, chociaż zrobione są pewnie z papieru ( ;P ), jednak chodzenie w nich po łódzkich chodnikach i alejkach może przyprawić o popadnięcie w szaleństwo - pod palcami czuję każdy kamyk i nierówność chodnika.
Czego się, jednak, nie robi dla pięknego wyglądu ;)

Torba jest właściwie workiem - uwielbiam ją za to, że jestem w stanie zmieścić w niej wszystko.
I to nie jest żart - chociaż wszystkie moje torby są raczej duże, niż małe, to tylko w tej mogę upchnąć tak dużo rzeczy.

Ostatnio szukałam w sklepach podobnego worka - tyle, że czarnego.
Niestety - chociaż wyprzedaże trwają, to nadal niczego nie znalazłam.
Może Wy widziałyście gdzieś taki?
Proszę o cynk, jeśli tak!



Ponczo - no name (second hand)
Kurtka - Sinsay
Bluzka - no name
Spodnie - Nashe
Torba - H&M
Pasek - Tally Weijl
Buty - Vices
Rękawiczki - no name (E. Leclerc)
Okulary - Reserved


( o, a na tym zdjęciu - tak, tym ostatnim - można podziwiać mojego wspomnianego w jednym z poprzednich postów luźno wiązanego koka! to najszybsza fryzura świata, do wykonania nawet bez grzebienia ;))

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Kosmetyczne recenzje Mar: styczniowe odkrycia

Nowy Rok - inni postanawiali, że schudną, znajdą pracę życia i męża/żonę...


a ja powzięłam decyzję, że będę oszczędzać.
Skończyło się jak zwykle.
Nie muszę nawet pisać jak...

W każdym razie - dzięki temu, że rzadko kiedy dotrzymuję postanowień noworocznych udało mi się znaleźć w drogeriach i aptekach kilka rzeczy bez których w najbliższym czasie prawdopodobnie trudno mi będzie się obejść.

Wszystkie nabyłam przypadkiem, a w każdym razie wpadły mi w oko i w rękę, kiedy szukałam na sklepowych półkach czegoś zupełnie innego ;)

Pierwszą z moich styczniowych nowości z których jestem bardzo zadowolona jest taka oto paletka 12 cieni

Nude make - up kit firmy Lovely


 Wypatrzyłam ją kompletnym przypadkiem - szukałam bowiem jakiejś pomadki, która miała być jednocześnie utrzymującym się na ustach przez bite dziesięć godzin błyszczykiem i o której wspomniała mi dobra koleżanka, a która ponoć miała mieć jakość Guerlaina za cenę piętnastu złotych. Firma była koleżance bliżej nieznana, ale wiadomym było, że to któraś z tanich marek dostępnych w Rossmannie. Oczywiście - szukanego cuda nie znalazłam, ale za to dojrzałam paletkę.

Początkowo byłam w stosunku do niej sceptyczna - tak jakoś tandetnie połyskiwały sobie te cienie do mnie, dwie paletki były w dodatku zbite i połamane. Ale że cena była oszałamiająca (11 złotych!), a odcienie wybitnie moje (każdy kto mnie zna i każdy, kto choć kilka moich postów "modowych" przejrzał wie, że maluję powieki tylko takimi odcieniami), to postanowiłam zaryzykować.

Po moim powrocie do domu już wiedziałam, że bez względu na wszystko będę musiała Wam ją pokazać - pudełeczko jest urocze :)
Co z tego, że plastikowe i nie wygląda na zbyt trwałe, co z tego, że trochę przyduże (dłuuuugie jest - nie włazi mi do kosmetyczki, którą zawsze noszę ze sobą) - ale takie pastelowe i stylizowane na dosyć stylowe.

Odcieni jest 12 - 3 matowe (bazowy, prawie biały, jasny beż i ciemny beż) i 9 perłowych.

Cienie okazały się dobre i zaspokajające moje cieniowe wymagania - jak widać na załączonym zdjęciu (po śladach zużycia) przede wszystkim interesowało mnie, jak wyglądają na oku ciemne cienie: czy się nie osypują i czy w ogóle są jakkolwiek napigmentowane.
Okazało się, że nie ma dramatu - po umalowaniu się nimi połowa makijażu nie ląduje na policzku, a cienie nie zbierają się w załamaniu powieki (chociaż zaznaczam, że ja smaruję powieki moim Revlonem Colorstay - odkąd tak robię żaden cień jeszcze ani razu mi się tak paskudnie nie rozwarstwił na powiece). Pigmentacja jest niezła.
Ponieważ ja zawsze nakładam najpierw na powiekę cień bazowy, a potem delikatny, perłowy cień beżowy, to po nałożeniu na powiekę ciemnego cienia zawsze efekt mnie zadowala.
Jeśli położę od razu ciemny cień, to prawie nigdy nie podoba mi się, jak to wygląda.

Raczej nie będę korzystać z czarnego i szarego cienia, bo nie lubię, natomiast wszystkie zawarte w paletce odcienie brązu i beżu na pewno nie raz i nie dwa będą przeze mnie wykorzystane.
"Moje" cienie to numer 1, 2, 3, 5 i 11. To odcienie, których używam przy każdym, nawet najprostszym makijażu oka.

Trochę brakuje tym cieniom miękkości i tego, że nie da rady nałożyć ich na mokro (albo po prostu nie umiem tego robić, ale do tej pory z każdym cieniem jaki miałam to się udawało), ponieważ się rozmazują.

Jeszcze nie używałam załączonego do paletki pędzelka - nie chciałam go ufajdać, żeby nie straszyć Was zdjęciami z brudnym pędzelkiem.
Wydaje mi się, że przyjdzie mi to z drobną trudnością, bo pędzelek jest długi - najwygodniej korzysta mi się z krótkich pędzli.
Jednak to, że pędzelek jest dołączony do paletki jest jej niewątpliwą zaletą.
Zwykle tego mi we wszelkich paletkach brakuje.

Nie zgadzam się z opiniami innych blogerek, jakoby matowe cienie miały być beznadziejne i w ogóle nie kryć - moim zdaniem kryją ładnie, trzeba tylko nałożyć je na powiekę zagruntowaną podkładem lub bazą pod cienie. Poza tym są to moim zdaniem odcienie, które mają przygotować oko do nakładania innych kolorów, więc jako same spektakularnego efektu dawać nie muszą.
Ale nie jestem wizażystką, nie znam się na niuansach makijażu - uważam jednak, ze jakość tych cieni jest na pewno nieco wyższa, niż sugerować może to ich cena.
W każdym razie - jest to dobra paletka do trzymania jej w domowej kosmetyczce i do wykonania makijażu w domowym zaciszu.
Na zabranie jej ze sobą nie pozwalają rozmiary i mało wytrzymałe pudełko - chyba bałabym się, że włożone do torby luzem nie wytrzyma kontaktu z portfelem, kluczami, książkami i wrzucanymi na to wszystko w pośpiechu zakupami.
Wolę nie ryzykować.

To nie jest mój pierwszy "cieniowy" zakup z niższej półki, który okazał się dobrym wyborem - przez wiele lat byłam wierna cieniom od AVON (zużyłam już masę różnych cieni tej firmy), a we wrześniu zakupiłam w H&M'ie taką oto paletkę, z którą od tej pory byłam nierozłączna:

Jak widać - jestem bardzo konsekwentna w kwestii wyboru kolorów ;)
W wypadku tej paletki także wahałam się nad zakupem - odstraszał mnie brak pędzelka i (przede wszystkim) brak miejsca na tenże. Bałam się też słabego napigmentowania.
Ale kolory mnie skusiły - zakupu nie żałuję.
Makijaż jest ładny, trwały, a opakowanie okazało się być odporne na sajgon, jaki funduję mu wrzucając je z całym tabunem moich kosmetyków do kosmetyczki i nosząc je tak w torbie cały dzień ;) Widać na nim po tych kilku miesiącach ślady zużycia, ale sprawuje się nieźle.
Cienie są wydajne - nie trzeba ich nabierać dużo, żeby się umalować.
Paletka posłuży mi zapewne jeszcze przez dłuuuuugi czas....

Myślę więc, że w dłuższej perspektywie i paletka od Lovely okaże się czymś, bez czego nie będę wyobrażała sobie mojego codziennego makijażu ;)

------------------------------------------------------

Kolejne ze styczniowych odkryć kosmetycznych Mar:

Kremowa emulsja do mycia twarzy Oillan Balance

 

 Sięgnęłam po nią, kiedy używany przeze mnie ostatnio Cleanance od Avene zafundował mi na twarzy Pustynię Gobi - tak ni z tego, ni z owego z posiadaczki cery mieszanej stałam się osobą, którą zaczęła trapić łuszcząca się skóra na policzkach.
Ja to całe życie mam problem z preparatami do mycia twarzy - te, które bardzo ładnie pomagały mi ograniczać jej przetłuszczanie się i rozwój wyprysków notorycznie mnie wysuszały. Tyle, że nałożenie kremu zawsze ten problem likwidowało.
Niestety - jak widać: do czasu.


Wylądowałam u dermatologa, zostałam odprawiona z receptą na nawilżającą maść recepturową i przykazaniem kupienia Physiogelu oraz definitywnego pożegnania się z Cleanance'm.
Odwiedziłam aptekę, ale Physiogelu nie wzięłam - odstraszył mnie od niego skład: woda z parabenami.
Kątem oka dostrzegłam jednak tę emulsję, kazałam sobie ją podać, co by w spokoju zlustrować skład, a że był dobry, to skuszona niską ceną (18 złotych!) postanowiłam ją kupić.


Preparat jest zalecany do użytku  w przebiegu dysfunkcji i schorzeń dermatologicznych (takich, jak AZS, łuszczyca, trądzik, trądzik różowaty), jak również po zabiegach dermatologicznych oraz medycyny estetycznej (np. peelingi chemiczne, mikrodermabrazja, zabiegi laserowe, mezoterapia igłowa). Cała seria przeznaczona jest do stosowania u osób powyżej 3.roku życia.

Pojemność:
150 ml e / 5.1 fl. oz.
Składniki/Ingredients:
Aqua, Paraffinum Liquidum, Cocamidopropyl Betaine, Ammonium Lauryl Sulfate, Glycerin, Acrylates Copolymer, Acrylamide/Sodium Acrylate Copolymer, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Panthenol, Glycyrrhiza Glabra (Liquorice) Root Extract, Borago Officinalis Seed Oil, Arginine, Neopentyl Glycol Diheptanoate, Polyester-7, Allantoin, Methylisothiazolinone, Butylene Glycol, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Trideceth-6.
Moim zdaniem skład naprawdę jest niezły - w emulsji jest co prawda parafina, ale jeśli ktoś staje w obliczu problemu maksymalnego wysuszenia skóry twarzy, to moim zdaniem powinien się tą parafiną w ogóle nie przejmować. Ja, chociaż ciągle wykazuję skłonność do zmian trądzikowych, w ogóle nie odczułam na sobie negatywnych skutków działania parafiny. Emulsja mnie nie zapchała ani nie przetłuściła mi twarzy. Ale nie to jest w moim wypadku jej główną zaletą...

Ulga! - to pierwsze, co przyszło mi na myśl po jej użyciu.
Twarz przestała szczypać!
Była miła w dotyku, bardzo miękka i gładka.

Konsystencja emulsji jest gęsta, rzeczywiście kremowa, daleko jej do wodnistości, jaką miały używane przeze mnie do tej pory żele oczyszczające.

W dodatku okazało się, że produkt bardzo dobrze radzi sobie ze zmywaniem makijażu - pięknie zmył mi z twarzy podkład Revlonu, nawet nie musiałam katować mojej biednej skóry płynem micelarnym.
Skóra była miękka i bardzo delikatna.
Problem z suchością i łuszczeniem minął po kilku dniach, nie wiem, czy to zasługa tej emulsji, czy maści od dermatologa, wiem jednak, że nie zmienię już tego kosmetyku na żaden dla skóry mieszanej i tłustej docelowo przeznaczony.
Ponieważ naprawdę dobrze oczyszcza twarz i nie wywołuje tłuszczenia się skóry mojej twarzy pozostanę mu już wierna przez długi, długi czas.

Polecam emulsję wszystkim Paniom, które mają problemy z suchą skórą twarzy, ale także tym, które denerwuje uczucie ściągnięcia skóry po zastosowaniu dotychczas używanego preparatu oczyszczającego.

--------------------------------------------------

Trzecie i ostatnie styczniowe, kosmetyczne odkrycie Mar:

Kremowe mleczko nawilżająco-wygładzające firmy EVELINE 

 

Złapałam to mleczko w SuperPharm'ie tylko dlatego, że było tanie
(14 złotych za pół litra kosmetyku!) a używanego przeze mnie do tej pory balsamu Tołpy nie było na półce.
W ogóle nie patrzyłam na jego skład, potrzebowałam jakiegoś balsamu do pielęgnacji skóry ramion i łydek (do pielęgnacji reszty ciała mam "swój" balsam, którego nigdy nie zamienię na inny, jeśli zaś chodzi o zwykłe nawilżanie, to lubię eksperymentować).

Po przyjściu do domu okazało się, że wybór był strzałem w dziesiątkę!

Po pierwsze - pompka. Lubię kosmetyki z pompką, mogę dzięki niej wydozować odpowiednią ilość kosmetyku prosto na skórę, którą chcę posmarować.
Po drugie - zapach. Bardzo neutralny, szybko się ulatnia.
Po trzecie - nie spodziewałam się takiego nawilżenia!

Preparat bardzo dobrze radzi sobie nawet z bardzo suchą skórą łydek.
Zawiera sporą ilość silikonu  - w wypadku innych kosmetyków, na przykład tych przeznaczonych do skóry twarzy lub włosów, bardzo by mnie to raziło. Tutaj - nie przeszkadza mi to wcale.
Dzięki silikonom mleczko zostawia na skórze delikatny film - nie jest to film tłusty, raczej takie uczucie, jakie ma się po posmarowaniu twarzy bazą pod podkład.
Skóra wydaje się bardzo gładka, bardzo jędrna i przyjemna w dotyku.
To uczucie utrzymuje się przez cały dzień, do czasu następnej kąpieli, a i po kąpieli (przy regularnym stosowaniu, ja używam produktu codziennie) skóra jest bardzo miękka, nie jest sucha już wkrótce po wytarciu się ręcznikiem.
Pomimo pozostającego na skórze filmu mleczko nie brudzi ubrań i bardzo szybko się wchłania.
Preparat nie uczula, ale w historii mojej pielęgnacji ciała udało się to jedynie dwóm balsamom (jeden firmy Ziaja, drugi - z Nivelazione), więc nie wiem, jak sprawa by wyglądała w wypadku używania mleczka przez osobę z uporczywymi skłonnościami do alergii.

W przeciwieństwie bowiem do emulsji Oillan Balance produkt ten nie jest przeznaczony do skór alergicznych. Pomimo adnotacji, że jest testowany dermatologicznie.

mPowyższe zdjęcie zamieściłam po to, żeby zaprezentować Wam skład produktu.
Chociaż jest w nim znienawidzona gliceryna i dostrzec można tonę parabenów (zawsze się zastanawiam, po co im ich aż tyle w takim jednym kosmetyku...), to wysoko w składzie są soja, mocznik, olejek kokosowy i masło Shea.

Nie jest to dobry wybór, jeśli stawiacie na kosmetyki dalece naturalne!
Ale jeśli szukacie taniego, wydajnego i naprawdę poprawiającego wygląd suchej skóry nóg lub ramion preparatu, to jest coś dla Was.

Produkt jest bardzo wydajny, nawet niewielka ilość mleczka pozwala posmarować dużą powierzchnię skóry.
Opakowanie wykonane jest z miękkiego plastiku - to, czego przy końcu preparatu nie da rady wygrzebać pompką z pewnością wydobędziemy przez rozcięcie butelki nożem.

Mleczko nie jest testowane na zwierzętach!

Moim zdaniem - warto spróbować.


A czy Wy? Macie jakieś swoje styczniowe odkrycia w kwestii kosmetyków?


P.S. Dziękuję Wam bardzo za wszystkie odwiedziny, komentarze i obserwacje i jednocześnie przepraszam za to, że nie wrzucam tutaj kilku postów tygodniowo. 
Jesteście kochani i kochane, że chce Wam się mnie odwiedzać :)