wtorek, 25 lutego 2014

BOHO Style

Gdyby ktoś chciał kiedyś zapytać mnie o to, jaki jest mój styl, to nie wiedziałabym, co mu odpowiedzieć.


Nigdy nie miałam "swojego" stylu pod względem wybierania rzeczy tylko "takich", a tych "nie takich" - to już nie.

Nie ma więc w mojej szafie tylko ubrań eleganckich, butów - jedynie na płaskim obcasie, a toreb - wyłącznie dużych.
Pewną rzeczą, która mnie w jakimś tam stopniu może charakteryzować jest to, że lubię biżuterię prostą i mało krzykliwą, kolejną - to, że nie noszę t-shirtów ani innych ubrań z printami czy też rzucającymi się w oczy wzorami.
Częściej stawiam na rzeczy luźne niż obcisłe, ale też nie jest to regułą.
Mam swoje ulubione kolory, chociaż czasami - metodą prób i błędów - szukam czegoś nowego (okazuje się to czasem strzałem w dziesiątkę - tak było z pastelowymi odcieniami różu i kobaltem, w ostatnim tygodniu przekonałam się, że podobnie jest z bordowym).
Nie przepadam też za spódnicami, bo w długości, którą lubię, wszystkie modele jakie napotykam są na mnie albo zbyt małe albo za duże (powinni wprowadzić rozmiar "medium S" - dla takich jak ja, co to w niektóre xs-ki wchodzą, ale na inne są zbyt rosłe, a przeciętna s-ka wisi na nich, jak na wieszaku).

Kolejną rzeczą, która trochę mnie charakteryzuje i pozwala mi na wybieranie dla siebie rzeczy pochodzących z różnych stylów jest moje upodobanie do dziwnych fasonów - albo po prostu rzeczy nietypowych, z pozoru mało ciekawych ;)

Jedną z takich rzeczy był mój zeszłotygodniowy łup outletowy, znaleziony w mojej nowej mekce zakupowej - łódzkim Outlecie 99.
Jeśli ktoś jest z Łodzi to pewnie outlet ten wyhaczył już dawno - mieści się on w samym centrum miasta, na ulicy Piotrkowskiej 99 (stąd nazwa). 

Jeśli ktoś nigdy w nim nie był, to zachęcam do odwiedzenia sklepu i skierowania się na górne jego piętro - tam najdroższa rzecz kosztuje 49 złotych.
A za złotych 19 znajdziecie ubrań całą masę!

Tyle też kosztowała mnie ta koszula.

Zwróciłam na nią uwagę ze względu na kolor. Coś pomiędzy pomarańczem a rudością.
Lubię rudości, jest mi w nich dobrze - jak prawie każdej osobie czerwono i rudowłosej ;)

No tak, kolor - mój.

Ale rozmiar... Koszula była wielka - duże 38.

Sięgała mi prawie do kolan i wyglądała jak tunika ciążowa ;)
Chciałam zobaczyć, jak będzie wyglądała po wpuszczeniu w spodnie, najlepiej - brązowe. Dlatego też ściągnęłam z najbliżej stojącego obok mnie wieszaka pierwsze z brzegu spodnie w tym kolorze.
Efekt był - jak dla mnie - powalający.
Nie mogłam napatrzeć się na swoje odbicie w lustrze.

Przy okazji okazało się, że spodnie (będące tak naprawdę tregginsami - i to takimi prawdziwymi, z gumką w pasie) też kosztują 19 złotych, więc bez wahania zaniosłam do kasy obie rzeczy.

I tak oto zostałam posiadaczką koszuli, w której wyglądam prawie jak hipiska, a przy okazji znalazłam nowe spodnie - nie czarne i nie o kroju bryczesów albo baggy, do których ostatnimi czasy żywiłam największe upodobanie i których naliczyłam w mojej szafie pięć par ;)

Korzystając z tego, że ubiegły weekend był stosunkowo ciepły (podkreślam: stosunkowo, bo w czasie robienia zdjęć i tak zmarzłam, czego efektem jest kolejne w ciągu ostatniego roku zapalenie zatok, na które właśnie cierpię i na które cierpieć będę także wkrótce, a potem znowu i znowu, bo taka moja uroda, a poza tym jestem strachliwą Mar i boję się jak diabeł święconej wody operacji, która to ma mnie przed nawrotami tego paskudztwa uchronić całkowicie) wybraliśmy się z MOFem na"sesję", żeby uwiecznić moje nowe nabytki na zdjęciach.


Dobrze się stało, że kurierowi udało się dowieźć mi przed weekendem inny zakup:
bardzo fajną, dość dużą kopertówkę, ale nie tak dużą jak ta, którą znacie z kilku moich poprzednich stylizacji.
Okazało się bowiem, że pasuje ona do mojej nowej koszuli idealnie!

Kopertówkę znalazłam na aukcjach Allegro - jest bardzo prosta, bez udziwnień i zdobień (chociaż istnieje możliwość zamówienia modelu z okuciami - można sobie wybrać nawet wzór okuć i ich kolor), wygląda prawie, jakby była skórzana, a w dodatku jest to produkt polski (zakład znajduje się w niewielkiej miejscowości niedaleko Łodzi).
Kosztowała.... 16,99.

No sami przyznajcie - jak mogłam jej nie kupić?

Do całości dodałam botki z nieco tylko poszerzaną cholewką i na słupku, które przeleżały w mojej szafie kilka lat i całkowicie o nich zapomniałam - dobrze, że nie wyrzuciłam pudełka z nimi w ferworze przedświątecznych porządków - oraz metalowe, złotawe bransoletki z H&M'u (mam ich chyba pół kilograma - kupowałam swego czasu takie bransoletki z namiętnością złomiarza).

Tyle mojego pisania!

Zostawiam Was ze zdjęciami ;) 



Koszula - b. young (outlet)
Tregginsy - Vero Moda (outlet)
Kopertówka - Allegro
Bransoletki - H&M
Botki - Naomi (BOTI)



P.S. Dziękuję Wam za to, że jesteście - ja zaglądam do Was też w każdej wolnej chwili.
To, że usunęłam z bocznego paska listę blogów, które obserwuję nie oznacza, że nie obserwuję już nikogo ;)
Po prostu doszłam do wniosku, że wygląda ona dość mało estetycznie ;P

P.S (2) Moja stylizacja Black wool coat wygrała w cyklicznym konkursie
WOW Tygodnia
organizowanym przez portal FashionWall.pl !!!


(Tak, wiem, grafik komputerowy ze mnie żaden ;P
ale, ale - macie przynajmniej dowód na to, że nawet w obliczu ogłuchnięcia na jedno ucho poczucie humoru mnie nie opuszcza ;P)

Dziękuję tym wszystkim z Was, którzy głosowali na mnie :) 

Nagrodą, jaką otrzymałam (i która mam nadzieję niedługo do mnie dotrze) jest bon na zakupy w sklepach marki Moodo.
Najbliższy salon marki mam w Kutnie, ale nic to dla Mar - pociąg do Kutna odjeżdża spod mojego domu ;P będę twarda!

Pozdrawiam Was serdecznie - Wasza Mar!

piątek, 21 lutego 2014

Kosmetyczne recenzje Mar: o kosmetykach marki MIXA, które moją skórę po mrozach do normalności przywróciły


Wiosna przyszła, temperatury są dodatnie - wszyscy się cieszą i nikt już o mrozach nie pamięta...


Ja jednak pamiętam je bardzo dobrze - a na pewno pamięta je moja skóra.
Pamiętacie posta, w którym donosiłam: jest tak zimno, że jak myślę o konieczności opuszczenia mieszkania, to wzbiera we mnie agresja?

Właśnie w tym czasie okazało się, że bardzo podobnie reaguje na mrozy mój organizm.
W okolicach końca stycznia, wraz ze stopniowym spadkiem temperatur, okazało się, że moja skóra potrafi mi płatać takie figle, o jakie nigdy nie byłam skłonna jej podejrzewać.

Pomimo ciągłego zabezpieczania jej przed mrozem i smarowania maściami oraz kremami z mocznikiem i witaminą A z godziny na godzinę każdy kawałek mojej skóry zaczynał mnie coraz bardziej piec i szczypać. W dodatku cała się łuszczyłam!

O ile problem suchej skóry ciała byłam jeszcze w stanie przeżyć, to to co zrobiło mi się na twarzy zaczęło mnie napawać przerażeniem - na moich biednych, tłustawych do tej pory policzkach pojawił się wspaniały, swędzący rumień. Wyglądałam jak pomidor!
Zaczerwienienia pozbyłam się po posmarowaniu twarzy Vitellą podkradzioną z szafki MOFa, ale nawilżyć jej nie byłam w stanie.

W końcu - zdesperowana - powlokłam się do dermatologa.
Pani dermatolog zna mnie już jakiś czas, przywitała mnie więc z uśmiechem, obejrzała i wysłuchała z uwagą, po czym orzekła, że wszystko to zrobiło mi się od zimna. Niczego, czego nie wiedziałam wcześniej mi nie powiedziała, nie diagnozy jednak oczekiwałam, a porady co z tym zrobić.
Próżne nadzieje!
Pani doktor uśmiechnęła się do mnie uroczo i stwierdziła, że jeśli te dwie maści, które mam (mocznikowa i witaminowa) niewiele dają, to ona - znając moje dermokosmetyczne doświadczenie zawodowe - uznaje, że sama trafię na coś, co mi dobrze służyć będzie.
Kiedy - zrezygnowana - wychodziłam Pani Doktor rzuciła jeszcze, że radzi mi nie zmywać przez jakiś czas twarzy wodą, a płynem micelarnym.
"Dobra i taka rada..." - pomyślałam. Po opuszczeniu przychodni udałam się na swój przystanek tramwajowy, ale że tramwaj nie nadjeżdżał dość długo, to zaczęłam zamarzać - postanowiłam więc schować się przed zimnem w pobliskim Rossmannie.

 Chwała Bogu, że to zrobiłam!

Naprzeciw wejścia napotkałam regał z kosmetykami marki Mixa.
Widziałam je w Rossmannach już wcześniej, ale nigdy nie traktowałam ich poważnie - nawet nie studiowałam ich składów. Kosmetyki były śmiesznie tanie - od 12 złotych za sztukę.
Zdjęłam czapkę, szalik i dwie pary rękawiczek i postanowiłam postudiować składy.
Okazało się, że nie jest źle, chociaż jakiejś olbrzymiej rewelacji też nie było - niemniej nie miałam nic do stracenia, bo doszłam do wniosku, że gorzej niż jest, to już nie będzie.
Posunęłam się też do czynu wielce nagannego i kryjąc się przed spacerującym za moimi plecami panem ochroniarzem wydozowałam na dłoń balsam do ciała o nazwie "Regeneracja" - konsystencja mnie powaliła! Bardzo gęsty, bardzo bogaty krem! 
Zapakowałam go do koszyka bez wahania. Zawartość mojego koszyka wyglądała następująco:

Balsam do ciała - Regeneracja; skóra bardzo sucha i ekstremalnie sucha
(ok.12 złotych)

Płyn micelarny - Optymalna Tolerancja; bardzo wrażliwa i reaktywna skóra twarzy i powiek
(ok. 22 złotych)

Lekki krem nawilżający 24 h - przeciw błyszczeniu
(ok. 15 złotych)

Powiem tak: od czasu zakupienia przeze mnie tych kosmetyków minął miesiąc.
Obecnie moja skóra jest na powrót gładka, elastyczna, miękka i miła w dotyku.
Wrażenia ze stosowania produktów postanowiłam opisać szczegółowo, kosmetyk po kosmetyku, co następuje:

--------------------------------------------------------------------------------

Płyn micelarny - Optymalna Tolerancja.


Producent i dystrybutor zapewniają nas, że produkt zmywa makijaż "delikatnie", bez konieczności pocierania twarzy, a poza tym - odświeża i łagodzi skórę twarzy.
Płyn jest zapakowany w plastikowe, stojące opakowanie z pompką - pojemność: 200 ml

Produkt - jak i cała marka - dedykowany jest osobom borykającym się z problemem skóry suchej, a jednocześnie wrażliwej i skłonnej do alergii.
Na opakowaniu widnieje adnotacja, że skład produktu został opracowany tak, aby minimalizować ryzyko alergii i podrażnień.

Moim zdaniem jest to naciąganie faktów: widniejący na drugim miejscu składu Hexylene Glycol może - jak najbardziej - wywoływać reakcje alergiczne.
Reszta składu w moim prywatnym odczuciu nie budzi większego sprzeciwu, ale pomijanie alergenności tego nieszczęsnego glikolu uważam za duże niedopatrzenie.

Nie jestem jednak alergiczką, więc postanowiłam przymknąć nań oko.

Preparat pachnie bardzo przyjemnie, w żaden sposób mnie jego zapach nie irytuje.

Pomyłką jest jednak pompka - chcąc wydozować odpowiednią ilość płynu na wacik musimy ... odsunąć go maksymalnie daleko od pompki, inaczej zapryskamy całą łazienkę.
A na pewno siebie.
Jak żyję nie spotkałam się z tak koszmarną pompką!

Wbrew opiniom wizażanek nie zauważyłam większych trudności ze zmywaniem za pomocą płynu makijażu oczu - tusz, cienie, cień i wosk do brwi i konturówka domyły się bez problemu. I to po pierwszej próbie zrobienia tego.
Oczy nie szczypały ani nie zrobiły się czerwone - to duży plus preparatu do demakijażu, bardzo często zdarzało mi się, że po zmyciu makijażu oczu łzawiłam przez dobrych kilka minut. Tu tego nie ma.

Tragedią jest jednak próba zmycia makijażu twarzy - może to kwestia tego, że moim podkładem jest Revlon Colorstay. Gęsty i dobrze kryjący. Fakt jednak faktem, że żaden z używanych przeze mnie do tej pory kosmetyków do mycia twarzy nie zmywał go sam z siebie, zawsze trzeba było się trochę namasować.
Tutaj jednak jest zdecydowanie gorzej - gdybym próbowała zmywać twarz z podkładu "bez pocierania", tak, jak rzekomo mogę to zrobić przy użyciu tego produktu, to raczej by mi się to nie udało.
Na zmycie całej twarzy i szyi musiałam zużywać średnio 8,9 wacików nasączonych płynem.

Myślicie, że się poddałam?
Skądże!
Zmywałam tak makijaż dzień w dzień, przez dwa tygodnie - nie wiem, czy tak bardzo wzięłam sobie do serca słowa Pani Doktor, czy po prostu jestem z natury istotą wytrwałą. W każdym razie - skóra zaczęła wracać do siebie. To, czego nie udało mi się domyć domywałam moim płynem bakteriostatycznym Pharmaceris. 
Twarz po użyciu płynu nie lepiła się, nie szczypała, nie była zaczerwieniona, powoli zaczęła być bardziej nawilżona.
Ciężko jest mi stwierdzić, w jakim stopniu była to zasługa tego płynu, a w jakim tego, że rzeczywiście zrezygnowałam z mycia twarzy wodą. Dodam też, wyprzedzając trochę linijki tego posta, że po każdej aplikacji płynu smarowałam twarz nowo zakupionym kremem do twarzy, więc być może poprawa stanu mojej cery jest zasługą jego, a nie płynu micelarnego.

Niemniej - na pewno płyn mi nie zaszkodził, gdybym nie używała mojego podkładu, to być może lepiej oceniałabym też samo działanie demakijażujące płynu Mixy.
Bez wątpienia jednak stosując ten płyn dwa razy dziennie przestałam czuć towarzyszące mi do czasu jego zakupu i występujące każdorazowo po umyciu uczucie ściągnięcia skóry twarzy.

Kosmetyk oceniam na 4 - odjęłam mu trochę moich prywatnych kosmetycznych punktów za:
-słabe radzenie sobie z makijażem twarzy
-bardzo niewygodną pompkę
-nadużycie w opisie (ten glikol!)

Produktu używam nadal, ale teraz wyłącznie rano, po nocy. Tak, jeszcze mi coś zostało ;) chociaż zapewne doskonale wiecie, jak niewiele go jest, skoro na jedno zmycie makijażu potrzebowałam tylu wacików ;) wydajność tego płynu jest moim zdaniem dość dyskusyjna...
Jak tylko uporałam się ze stanem mojej cery zakupiłam do codziennego, wieczornego, demakijażującego mycia żel oczyszczający do skóry tłustej (bo raczej w stronę miejscowego przetłuszczania się zmierza moja skóra, kiedy jest w stanie normy) Fitomedu - póki co jestem nim zachwycona: nie przesusza, nie ściąga, nie piecze i nie podrażnia, a przy tym wspaniale oczyszcza. Nie muszę już więc męczyć się ze zmywaniem podkładu ;)

Podsumowując: polecam preparat tym wszystkim, którzy i które szukają preparatu do oczyszczania naprawdę suchej skóry twarzy (bez użycia wody), jednak nie namawiam Was do niego usilnie, jeśli codziennie nakładacie makijaż. Samo działanie demakijażujące może Was nie zachwycić.
Preparat nie podrażnia oczu, nie powoduje powstawania zaczerwienień na skórze twarzy.

----------------------------------------------------------------------------------

Lekki krem nawilżający 24 h - przeciw błyszczeniu; skóra normalna i mieszana.


Szczerze mówiąc - nie spodziewałam się tego, że będę nim aż tak zachwycona!!!

Stan mojej ekscytacji działaniem tego kremu osiągnął już taki poziom, że gotowa jestem zdradzić z nim na stałe używany przeze mnie do tej pory krem Pure Perfection Sensilisu.

Dlaczego?

Krem doskonale poradził sobie z nawilżeniem mojej przesuszonej, popękanej skóry twarzy.
Od razu po aplikacji cera była miękka i delikatna w dotyku - nie udało się to nawet aptecznej, recepturowej maści z witaminami A i E. Po wchłonięciu się maści skóra nadal była szorstka.

Ten krem - moim zdaniem - zdziałał cuda!
Po regularnym, dwutygodniowym używaniu moja twarz znowu wyglądała normalnie (suche, szorstkie place na kościach policzkowych zniknęły już po kilku dniach), a przy tym:

- nie przetłuszczała się
- pory nie zostały zapchane
- nie pojawiły się ŻADNE wągry i zaskórniki
- bez problemu mogłam i mogę nadal nakładać zaraz po posmarowaniu się kremem podkład, róż i puder
- krem doskonale nadaje się zarówno na dzień i na noc
- bardzo szybko się wchłania!
- pięknie pachnie: trochę mydlanie, a trochę jak krem do tortu, po części przypomina zapach kultowego w niektórych kręgach kremu Nivea (jednak zapach kremu nie ulatnia się szybko, utrzymuje się na twarzy jeszcze przez jakąś godzinę od aplikacji - dla mnie to nie problem)

Niestety - domyślam się, że część z Was nie sięgnie po niego za żadne skarby, bo skład wygląda następująco (u dołu zdjęcia jest rubryka "Ingredients"):


Wysoko w składzie są gliceryna, alkohol i silikon.
U końca - benzoesan. Krem jest też perfumowany.

Na drugim miejscu składu znajduje się gliceryna - jest kilka szkół kosmetologicznych które twierdzą, że gliceryna na skórze w duże mrozy może się nie do końca sprawdzać (bo może powodować pękanie skóry). Ja bym się jednak nie dała zwariować, biorąc pod uwagę, że duża część dorosłych kobiet i tak wykonuje makijaż twarzy (nawet zimą), więc w pewien sposób zabezpiecza cerę przed bezpośrednim działaniem mrozu i wiatru na posmarowaną kremem z gliceryną skórę.

Gliceryna ma być jednak siłą tego kosmetyku, jak i całej gamy "smarowideł" Mixy - jej działanie łagodzące i nawilżające dyskusji nie ulega.

Jak wspominałam w recenzji kremu Pure Perfection firmy Sensilis - ja nie jestem wrażliwa na chemię kosmetyczną w preparatach innych, niż te do pielęgnacji włosów, więc taki skład nie wzbudza we mnie furii.

Sądzę jednak, że skład ma kilka zalet - brak parafiny (oleju mineralnego) oraz zawartość miedzi (reguluje ona wytwarzanie sebum) i wyciąg z aloesu (łagodzi, nawilża). Nie zawiera PEGów ani parabenów.
Ja nie mam kłopotów z zapychaniem się porów skóry twarzy, nie przeraża mnie więc zawarty w tym kremie silikon.

Jeśli jednak jesteście na takie rzeczy wrażliwe - nie będę Was do tego kosmetyku namawiała, chociaż uważam, że za taką cenę - bez promocji 18 złotych - można go spokojnie wypróbować (dziewczyny na wizażu skarżą się na rzekomo powstałe po używaniu tego produktu ropne krosty - nie wierzę w to, bo po kremach Nivei albo Eveline powinny stracić skórę na twarzy, a większość z nich zapewne w tego typu kosmetykach gustuje, ja jestem zdania, że stan naszej skóry, zwłaszcza negatywny, jest w większym stopniu związany z tym, jak twarz oczyszczamy - sama miewałam różne skórne niespodzianki po niedbałym zmywaniu makijażu, więc jeśli ktoś nie domyje twarzy a potem nawali na nią pół słoika albo tubki kremu, to niech się nie dziwi, że mu syfy wyskoczyły...).

U mnie - sprawdził się naprawdę bez zarzutów.

Jedyne, co mi w nim średnio odpowiada, to wydajność.
Minął niecały miesiąc (cały minie za kilka dni) od jego zakupu, a mój krem prawie się skończył.
Może jestem sobie sama winna, bo pachnie i wchłania się tak ładnie, że często nakładam go sporo, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby tubka 50 ml skończyła się tak szybko.

Widocznie wszystkie kosmetyki Mixy mają problemy z wydajnością ;)
Kupię go jednak ponownie, bo jest fantastyczny!

Producent obiecuje na opakowaniu nawilżenie i ukojenie skóry twarzy i poprawę jej wyglądu.
W moim odczuciu te obietnice zostały całkowicie spełnione i nie mam do działania kosmetyku żadnych zastrzeżeń.

Krem nie spowodował też u mnie nadmiernego wytwarzania sebum na przetłuszczających mi się często partiach twarzy  - pomimo swojej bogatej, dość gęstej konsystencji.

Przez pierwsze dwie noce stosowałam produkt także jako maseczkę - nakładałam bardzo grubą warstwę  i szłam spać.
Nic mi się nie stało, nie wyskoczyły mi pryszcze i nadal żyję.
Jeśli kupiłyście ten krem lub będziecie planować jego zakup, a Wasza skóra aktualnie jest bardzo przesuszona - polecam tę metodę, gwarantuję, że nie zaszkodzi ;)

Oceniam produkt na 5- 
minus za wydajność, bo trochę mnie zawiodła ;)
Bardzo dawno żaden kosmetyk nie zachwycił mnie w takim stopniu, jak ten niedrogi kremik!

Myślę, że z powodzeniem mogą wypróbować go te i ci z Was, które i którzy borykają się z problemem miejscami tłustej, a miejscami suchej skóry twarzy.
U mnie sprawdził się nawet przy ekstremalnym przesuszeniu, więc sądzę, że przy mniejszych kłopotach też pomoże :)

-------------------------------------------------------------------------------------------

Balsam do ciała - Regeneracja.
Do skóry bardzo suchej i ekstremalnie suchej.
10 % nawilżającej gliceryny.


Ten balsam sprawił, że pożegnałam się z pomrozową tarką, jaką mogłam podziwiać w czasie skrajnie minusowych temperatur na swoich łydkach, pośladkach i ramionach.
Nie celowałam nim jednak jedynie w te partie - smarowałam nim wszystko od kostek po piersi ;P

Przyznam szczerze, że sprawiło mi to nie lada kłopot, bo balsam jest naprawdę bardzo gęsty.
Spróbujcie taki gęsty kosmetyk przepchnąć przez tę "uroczą" pompkę ;)
Pompka zapycha się po dwóch naciśnięciach.
Spasowałam więc i wytrząsałam balsam - odkręcając uprzednio pompkę ;)

Balsam jest średnio wydajny, żeby posmarować jedną nogę musiałam "nabierać" porcję balsamu dwa razy.

Tę niewygodę jednak w pełni zrekompensował mi fakt, że po posmarowaniu skóra była miękka, gładka i miła w dotyku przez cały dzień!
A nawet i kolejnego dnia rano, jeśli zmorzył mnie sen i nie wykąpałam się wieczorem ;)

Po kąpieli skóra też nie była sucha i ściągnięta.
Minęło łuszczenie.

A tutaj to, co pisze o produkcie producent/dystrybutor:

Hmmmm... Kleić, to ten balsam na pewno się nie klei. I bardzo szybko się wchłania.
Rzeczywiście - nie pobrudził mi żadnego ubrania.
Nawet czarnego.
Ale...

Balsam zostawia (do czasu zmycia go wodą) lekki, nieco tłustawy film na skórze.
Ponieważ ja stosowałam go w czasie okropnego wysuszenia skóry mojego ciała uczucie lekkiej tłustości było z mojej strony mile widziane ;)
Wcale mi to nie przeszkadzało.

Lojalnie ostrzegam - to wrażenie tłustości skóry po użyciu balsamu Mixy jest dość spore, jeśli tego nie lubicie nie sięgajcie po ten produkt.

Skład balsamu budzi wzbudzi pewnie najwięcej kontrowersji z Waszej strony - mamy tu zarówno parafinę (olej mineralny), jak i petrolatum, alkohol, czy silikon.
Żeby zabezpieczyć się przed potencjalnym negatywnym działaniem silikonu i parafiny na moją skórę podczas każdej kąpieli i prysznica, zmywając z siebie balsam, wykonywałam dokładny peeling całego ciała, żeby odetkać pory skóry, które mogłyby się zapchać (bo niektóre mi się pozapychały - pojawiło się kilka krostek na udach, ale te krostki były dla mnie niczym w porównaniu do suchej i łuszczącej się skóry, z którą zmagałam się przed jego używaniem).

Teraz, kiedy moja skóra wygląda już zdrowo i normalnie smaruję tym balsamem tylko ręce i łydki.
Na pewno z niego nie zrezygnuję - balsam zastąpił w moje łazience recenzowany tu w styczniu balsam od Eveline.

Jednak nie polecam go na dłuższe stosowanie na skórę całego ciała - jeśli Wasza skóra nie wymaga takiej intensywnej pielęgnacji nawilżającej i natłuszczającej może być dla niej za ciężki.

Szperając w internecie i szukając blogowych recenzji tego kosmetyku znalazłam bloga, którego autorka polecała ten kosmetyk po opalaniu.
Podobno działa cuda także na skórę podrażnioną nadmiernymi kąpielami słonecznymi ;)

Będę o tym pamiętała latem ;P

Daję kosmetykowi mocną 4.
Piątki nie postawię za średnią wydajność i okropną pomkpę

Obietnice producenta, jakoby balsam miał leczyć podrażnienia wywołane przesuszeniem okazały się w moim wypadku prawdą.
Kosmetyk zrobił, co miał zrobić, więc nie mam za co go nie lubić :)
Wart uwagi jest też stosunek ceny do ilości produktu - zapłaciłam 22 złote za 400 ml!

Ufffff, trochę się rozpisałam, pisałam tego posta prawie dwie godziny ;P
Ale udało się!
Jestem z siebie dumna ;P

Podsumowując - kosmetyki Mixy zaskoczyły mnie swoim działaniem.
Zaskoczyły pozytywnie.
Kupiłam je w ciemno i szczerze mówiąc nie spodziewałam się aż tak fajnych efektów.

A Wy? Macie jakieś doświadczenia z preparatami tej marki?


Pozdrawiam Was serdecznie i ściskam - Wasza Mar!


P.S. 10 000 wejść na bloga! Dziękuję Wam serdecznie za to, że ze mną jesteście :)

piątek, 14 lutego 2014

Wełniany płaszcz KIOMI, sweter z Terranovy i torba Cropp Town - czyli stylizacja z łupami z wyprzedaży :)


Tegoroczne wyprzedaże nieco przespałam.


Po części odpuściłam je sobie z powodu braku wolnej gotówki, jednak nie byłabym sobą, gdybym nie obłowiła się na nich choć trochę ;)

Z dwóch łupów jestem zadowolona szczególnie :
z pięknego wełnianego płaszcza marki KIOMI 
(wypatrzony na Zalando - ja upolowałam go w cenie 179,90, przed "sejlami" kosztował prawie 400! no cóż... nie jestem jeszcze bogatą Mar, 400 złotych za żaden płaszcz bym nie dała, więc muszę zadowolić się polowaniem na promocje ;])
 i z dużej, naprawdę pojemnej torby, którą znalazłam w trakcie mojego przypadkowego wejścia do
Cropp Town'a

(słowo honoru, że był to całkowity przypadek! Mój Osobisty Fotograf towarzyszył mi w trakcie tamtego wydarzenia - może potwierdzić, że to wcale nie było tak, że łaziłam po galerii i z obłędem w oczach szukałam nowej torby ;P)

Płaszcz jest przepiękny!

Jest wykonany z naprawdę dobrej jakościowo wełny, ma porządną podszewkę, dobrze umocowane guziki i jest uszyty bardzo starannie.
Wybrałam ten model dlatego, że lubię rzeczy uniwersalne i klasyczne - dwurzędowy, raczej gruby niż cienki płaszcz posłuży mi zapewne przez kilka lat (jak mój dotychczasowy), a dzięki temu, że jest czarny założę go do wszystkiego i z wszystkim go zestawię.

Oczywiście - jak zwykle miałam problem z długością rękawów. Na moje skromne 165 rękawy płaszcza w rozmiarze 36 okazały się za długie. Rozmiaru 34 wziąć nie mogłam - nie zmieściłabym weń piersi ;P 

W czasie zdjęć rękawy jeszcze wywijałam na zewnątrz - teraz zawijam je do środka ;P
Okazuje się, że wyglądają wówczas o stokroć lepiej - zdjęć jeszcze nie mam, musicie mi uwierzyć na słowo ;P

To nie jest jedyna rzecz od KIOMI, jaka ostatni
mi czasy zagościła w moim domu - moja mama zakupiła sobie inny model, w rudym odcieniu ;) to już postanowione, że będę go od niej pożyczać, więc pewnie zobaczycie mnie wkrótce i w tym płaszczu ;)




Torba jest wspaniała - jest pojemna, ma płaskie uszy (to dla mnie bardzo ważne! nie grozi ciągłymi wizytami u kaletników! wszystkie moje torby z innymi uszami bardzo szybko wymagały wszywania nowych rączek), długi pasek i wygląda, jakby była ze skóry ;)
a nie jest - to tworzywo skóropodobne.

Niemniej - torba wygląda naprawdę porządnie!


Ten model zdobył moje serce też tym, że nie jest kolejnym nudnym łódkowatym shopperem, jakich pełno na ulicach - u nikogo jeszcze nie widziałam tej torby, mam nadzieję, że swoje poczucie bycia wyjątkową zachowam na dłużej :D 




Na zdjęciach zapewne dojrzeliście pasek ze złotym łańcuszkiem - pasek jest w pełni retro, nawet nie vintage, bo pochodzi z szafy mojej babci ;)

Debiutuje tu także mój stosunkowo nowy, bo kupiony w grudniu komin z H&M'u - komin jest właściwie tubą i trochę mnie ta jego tubowość złości, bo rozwija się do góry, zamiast na boki (jeśli wiecie o czym mówię ;P), ale powoli, powoli przekonujemy się do siebie. Kilka miesięcy przeleżał w szafie, pora się z nim przeprosić ;)

Ach, byłabym zapomniała- sweter!
Piękny, czarny, (niestety) akrylowy sweter z golfem zdobyłam także na tegorocznych wyprzedażach - w Terranovie.
Był jeszcze w białej wersji!
Białą wersję pięknie nosi Basia z bloga "Szarość gwiazd"- o, tutaj są zdjęcia, tu są dowody: klik!
 Mnie biały model kusił, ale jednak nie skusił ;) Perspektywa czyszczenia swetra z podkładu ostatecznie mnie zniechęciła.

Co spodobało mi się w tym swetrze oprócz ceny (19,90)?

Krój! 

Sweterek jest lekko nietoperzowy, można go zbluzować i cieszyć się jego oversize'owością :D 
Fajnie wygląda z podwiniętymi rękawami i przepasany bardzo grubym, trochę gorsetowym paskiem - kiedyś Wam go pokażę w takim wydaniu, obiecuję ;)



Płaszcz - KIOMI
Sweter - Terranova
Spodnie - H&M
Komin - H&M
Torba - Cropp Town
Pasek - z szafy babci :)
Rękawiczki - Nashe
Oficerki - Lasocki

(Sesję zrobiliśmy wraz z Moim Osobistym Fotografem na terenie budynku Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego.
Ja jestem zachwycona zdjęciami, mam nadzieję, że i Wam się podobają :))

Z okazji dzisiejszych Walentynek ja - Wasza Mar - chcę Wam życzyć dużo miłości do bliskich Wam osób i samych siebie :)
A jeśli nie miłości, to chociaż - sympatii ;)
Bo jak sami siebie nie polubimy, to nikt nas nie polubi.

A wszystkim zakochanym życzę Walentynek spędzonych z Waszą drugą połówką :)

Pozdrawiam ciepło, ściskam!

P.S. Rośnie liczba odwiedzających mnie i obserwujących - nie wiem, co Was do mnie sprowadza, ale bardzo się cieszę, że jest Was coraz więcej, jesteście kochani!
 Gdybyście mogli widzieć moją minę na widok każdego nowego obserwatora, to mielibyście niezły ubaw ze mnie ;)
P.S. (2) No dobrze, nadszedł ten moment - miałam się nie przyznawać, ale po kolejnej komentarzowej pomyłce zmuszona jestem to wyjawić: mam na imię Martyna. Nie Marta, nie Marlena - Martyna ;)
Ale dobrze kombinowaliście, blogowy pseudonim to skrót imienia ;)
P.S. (3) Tak, ta torba jest czarna - ona po prostu tak szaro na zdjęciach wychodzi, widocznie ;P
P.S. (4) Ciągle eksperymentuję z nagłówkiem ;P Także proszę się nie dziwić, jeśli wejdziecie na bloga rano, zastaniecie jeden nagłówek, a wieczorem coś Was znów najdzie, odwiedzicie mnie - a tu bach! nagłówek inny. Proszę wybaczyć, tu się poważne rozkminy zadziewają ;P

niedziela, 9 lutego 2014

Elegancko nie znaczy "sztampowo"!


To wcale nie miała być sesja na bloga!


MOF chciał porobić mi zdjęcia portretowe - o ile dobrze pamiętam, to testując obiektyw ;)
Ale że słońce świeciło bardzo (to był naprawdę słoneczny dzień - chyba wtorek, a może i środa?), a Mar uparcie ślepia mrużyła, to szybko jasnym się stało, że z portretówek nici.

Chociaż kilka udało się zrobić (i to bardzo ciekawych), to mnie do gustu bardziej przypadły zdjęcia całej sylwetki.
Pomyślałam też, że grzechem by było nie pokazać Wam tego zestawu - ja się w nim sobie bardzo podobam :)


Z wyjątkiem butów i bransoletki nic tu nie jest pochodzi z ostatnich miesięcy ;)
To mój wypróbowany zestaw "sesyjny", jeszcze z czasów pierwszych studiów.
Tak chodziłam ubrana na egzaminy - z racji tego, że wszystkie egzaminy na moich pierwszych studiach były ustne, to trzeba było przestrzegać wymogów "formalności". 

Ja - jak już kilka razy wspominałam - elegancji w wydaniu nudnej garsonkowości i spódnicowości nie cierpię szczerze.
Opracowałam więc własną na nią metodę ;)

Marynarka - wygrzebałam ją lata temu w second - handzie. Jest jedyną rzeczą marki Orsay, jaką mam w szafie. Nie wiem dlaczego, ale ile razy zaglądam do ich butików, to nigdy, ale to nigdy nie jestem w stanie znaleźć tam niczego dla siebie. Marynarka jest więc wyjątkiem potwierdzającym regułę ;) Przypuszczam, że pochodzi sprzed wielu sezonów, bo ma jeszcze "poduszkowe" ramiona ;)

Koszula - bardzo żałowałam, że nie było na tyle ciepło, abym mogła zdjać marynarkę i zaprezentować Wam koszulę w pełnej krasie. Wiało - przepraszam Was, ja zamarzam przy zimnym wietrze!
Koszula jest przezroczysta, bardzo cienka, oversize'owa, wiązana przy dekolcie. 
Nabyłam ją też przed kilkoma laty - w łódzkim outlecie Vero Mody. Towarzyszy mi często, w różnych wariantach.

Szal - łup z bazarku, kosztował 5 złotych ;) Teraz już nawet nie ma tego stoiska, na którym go kupiłam.

Spodnie - bardzo je lubię, chociaż jak byłam szczuplejsza o półtora kilo, to wyglądałam w nich lepiej ;P
Pamiętam, że kupiłam je bodajże w 2011, w Bershce, na letniej wyprzedaży - za oszałamiającą kwotę 19 złotych i 90 groszy ;)
Lubię je ze względu na krój - to ni bryczesy, ni typowe baggy. Mają wysoki stan i protezują mi biodra - dzięki nim wyglądam, jakbym biodra w ogóle miała ;)




Marynarka - Orsay (Second - hand)
Koszula - Vero Moda
Spodnie - Bershka
Szal - no name
Kopertówka - no name
Okulary - Rossmann
Rękawiczki - Nashe
Bransoleta - Nashe
Oficerki - Lasocki (CCC)



(A to dowód na to, że portretówkę też się udało zrobić ;P)

Pozdrawiam Was ciepło,
Wasza Mar!


P.S. Wczoraj zrobiliśmy świetną sesję na terenie budynku Wydziału Prawa i Administracji UŁ - kilka zdjęć już widziałam, nie mogę się doczekać, aż będę mogła podzielić się z Wami efektami :)

środa, 5 lutego 2014

ALTERRA: Farbschutz - Shampoo, Olive & Lotusblute (albo o tym, jak za kilka złotych można kupić dobry szampon w drogerii za rogiem)


Zbyt często używam słowa "nigdy"...


Począwszy od stosowania go w zdaniach takich, jak: "nigdy w życiu już tak się nie najem", przez: "nigdy więcej nie wydam tyle pieniędzy!", a skończywszy na:
"nigdy nie kupię innego szamponu!".

Tego ostatniego zdania użyłam po raz pierwszy bodajże w listopadzie i powtarzałam jeszcze do niedawna - przyczyną mojej zapamiętałości był fakt, że w listopadzie właśnie nabyłam szampon

Organic orchid & jojoba Color Shampoo rosyjskiej firmy
Organic Shop.

Szampon recenzowałam tu, kto pamięta wpis ten wie, że prawie rozpływałam się nad produktem z zachwytu.
Byłam z niego zadowolona, niczego mu nie brakowało - wystarczył na kilka dobrych miesięcy, nie uczulał, nie przysporzył mi łupieżu, nie pozbawił włosów i nie wypalił mi dziury w wannie... no dobra, przesadziłam ;) 
Tak, wystarczył na bardzo długo, poza tym moje włosy odżyły, stały się miękkie, błyszczące i elastyczne. Co prawda w międzyczasie podcięłam jednak moje poniszczone końcówki (i to tak sporo), ale nowe zniszczenia się nie pojawiły, a włosy nie zaczęły matowieć ani przypominać suchego siana, jakim bywały poprzednimi czasy.
Szampon plątał włosy (o tym też pisałam w mojej recenzji), ale jakoś mi to nie przeszkadzało.

Kiedy buteleczka okazała się pustą zrobiło mi się bardzo smutno - stan konta nie prezentował się wówczas najlepiej, w dodatku na aukcjach, na których kupiłam swój szampon nie było nowego egzemplarza :(
Okazało się, że mogę kupić go w innym sklepie, ale tam cena dochodziła do 46 złotych!

Lubię kosmetyki naturalne (a raczej: lubię to poczucie, że robię dla siebie coś dobrego i że dzięki eliminacji chemii przynajmniej z niektórych moich kosmetyków jestem zdrowsza i piękniejsza ;P), ale że jestem też osobą pragmatyczną i zdroworozsądkową, to w sytuacji braku gotówki nie wydaję ostatnich groszy na fanaberie.
Tak, jak zrezygnowałam z zakupu ulubionego peelingu, tak i w wypadku szamponu postanowiłam poszukać jakiegoś zamiennika.

Miałam w planach odwiedzenie mydlarni, którą otworzyli mi jakiś czas temu w mym rodzinnym mieście, trochę przymierzałam się do zakupu szamponu z Fitomedu, ale że sesja, że lenistwo, to nie zabrałam się za to jakoś mocno.
Za to któregoś dnia, w czasie odwiedzania Rossmanna, wpadł mi w oko ten to szampon:

ALTERRA
Farbschutz - Shampoo, Olive & Lotusblute 

Gdyby nie blogosfera nigdy w życiu nie uznałabym, że Alterra to marka, nad którą powinnam rozmyślać nawet przez chwilę (do czasu mojego pojawienia się w kosmetycznej blogosferze sądziłam, że to takie samo nic, jak Isana - przynajmniej w kwestii żeli, szamponów, mydeł i mazideł... nic może niezbyt szkodzące, ale też niewiele do pielęgnacji wnoszące...).
Ale Wasze recenzje i uwagi sprawiły, że odnotowałam ją jako godną uwagi.
Tak więc przystanęłam przy półce z szamponami, postudiowałam chwilę jego skład, przetarłam ze zdumienia oczy, sprawdziłam cenę i wrzuciłam szampon do koszyka

Jak się później okazało - to był strzał w dziesiątkę!






Za szampon zapłaciłam 9 złotych z groszami.
Ktoś powie, że to normalna cena szamponu - jasne, takiego, którego skład nie porywa: jak najbardziej.
Tu jednak za te niecałe 10 złotych dostajemy produkt z naprawdę fajnym składem!

Skład prezentuje się zatem tak:

Jak widać, za taką śmieszną cenę dostajemy produkt z fajnymi składnikami naturalnymi.
Znajdziemy tu ekstrakt z oliwek, wyciąg z kwiatu lotosu, wyciąg z migdałowca i kwasy owocowe.
Żadnych PEG-ów, silikonów ani parabenów.

Co mi się w tym składzie nie do końca podoba?

Sodium Coco-Sulfate i alkohol wysoko w składzie.

Co do alkoholu - zdaję sobie sprawę z tego, że kosmetyk musi być czymś konserwowany. Mogę to przełknąć.
Jednak zastanawiam się, czy tego alkoholu musi być aż tak dużo?
W produkcie Organic Shopu alkohol też był, było go jednak mniej.
Sodium Coco - Sulfate to zastępca SLS-u, znacznie od niego łagodniejszy, ale jednak mogący wywoływać podobne do tych przez SLS powodowanych skutki uboczne.

Jednak z racji, że moja skóra głowy nie jest wrażliwa, a włosy mam aktualnie nawilżone i odżywione, to pomyślałam, że nie będę przesadzać, nie powinna mi stać się żadna większa krzywda.

Szampon zamknięty jest w niewielkim, dość poręcznym opakowaniu - takim, które bez problemu chwycimy w dłoń, a w razie konieczności ukryjemy je w mniejszej kieszeni torebki.
Opakowanie jest plastikowe, stojące, dość typowe dla szamponów.

Pojemność - 200 ml.

(Aczkolwiek jak się patrzy na opakowanie, to ma się wrażenie,
że szamponu jest mniej, niż 200 ml...)

Szampon bardzo ładnie pachnie!
Wystarczy chwilę poniuchać i już można odlecieć :)

Konsystencja specyfiku jest dość dziwna -  w związku z tym jeśli ktoś chciałby nałożyć szampon na włosy bez rozcieńczania, to może mu to sprawiać problem: kosmetyk przypomina bowiem galaretkę, jednak akurat dla mnie nie stanowi to kłopotu, jako że tego typu kosmetyki przed nałożeniem na włosy zawsze rozcieńczam wodą.

Szampon jest wydajny - podwójne wyciśnięcie preparatu na dłoń (porcja wielkości orzecha) i rozcieńczenie tego pozwala mi bez problemu umyć włosy sięgające za ramiona.

Pieni się nieźle - zupełnie nie wiem skąd wizażowe opinie na temat tego, że podobno piany nie ma wcale.
Moim zdaniem jest jej dość dużo.
Spłukuje się bez zarzutów.

Tym, co zdecydowanie odróżnia ten kosmetyk od poprzednio używanego przeze mnie produktu jest brak efektu splątanych włosów!
Uważam to za spory plus tego szamponu, chociaż to plątanie także mi jakoś nie przeszkadzało, ponieważ nigdy nie czeszę mokrych włosów, a najpierw aplikuję na nie porcję olejku arganowego, suszę i dopiero na koniec rozczesuję.
Problem pojawia się jednak wtedy, kiedy zechcę pójść spać z mokrymi włosami i rozczesać je rano - postąpienie tak po umyciu włosów szamponem Organic Shopu wiązało się z obudzeniem się rano z lokami i kołtunem ;)

Szampon Alterry włosów nie plącze. Wręcz przeciwnie - są bardzo mięciutkie i delikatne w dotyku już w trakcie spłukiwania szamponu.

Preparat bez trudu domywa olej arganowy, preparaty prostujące, lakier do włosów i silikonowe odżywki stosowane na włosy bez spłukiwania.

Uważam, że bardzo dobrze radzi sobie z ochroną koloru - i mówię to jako wieloletnia posiadaczka kłaków w odcieniu wiśniowej rudości, która wie, jak to tanie, badziewne szampony potrafią zmyć kolor z głowy w ciągu tygodnia.

Tutaj nawet woda nie jest podbarwiona kolorem farby - a przynajmniej nie w takich ilościach, w jakich to się zdarza...

Włosy nie płowieją, nie łamią się, po umyciu i wysuszeniu nie kruszą się i nie przypominają w dotyku siana.
Są bardzo leciutkie.
Rozczesuję je bez kłopotu, ale tak, jak wspomniałam - czeszę je dopiero, kiedy są suche.

Podobnie, jak przy korzystaniu z preparatu Organic Shopu nie odnotowałam przetłuszczania się skóry głowy. Przesuszania także. 

Sądzę, że szampon będzie mi towarzyszyć przez dłuższy czas - nie wiem, czy kiedy będę dysponowała większą ilością wolnej gotówki, nie zdradzę go z Organic Shopem, nie mam też pojęcia, czy jeśli napotkam na swojej kosmetycznej drodze jakieś inne cudo z fajnym składem, to czy również nie rzucę Alterry w kąt.
Póki co - polubiliśmy się i dobrze nam się współpracuje :)

Oceniam kosmetyk na 5.
To jest 5 w pełni szczere, zasłużone i zapracowane.

Osobiście uważam, że jak na kosmetyk drogeryjny, taki, który bez problemu można kupic "za rogiem" i nie wydawszy nań fortuny, jest to produkt naprawdę bardzo, bardzo dobry!


Polecam ten szampon wszystkim paniom mającym włosy farbowane i tym, które nie cierpią na nadwrażliwość na pochodne SLS-u.
Myślę, że niska cena preparatu jest warta tego, żeby go wypróbować :)
Jeśli Wam nie podpasuje, to przynajmniej nie będziecie żałować wydanych pieniędzy ;) 

Alterra ma w swojej ofercie jeszcze inne szampony - nadający objętości, do włosów suchych i zniszczonych, czy też do włosów ze skłonnością do wypadania.
Jeśli nie farbujecie włosów, to możecie zainteresować się którymś z nich :)

Oczywiście - nikogo na siłę nie zachęcam do zakupu, przed nim możecie zapoznać się z innymi opiniami i recenzjami.

A Wam udało się znaleźć ostatnio jakiś tani kosmetyk z dobrym składem i przyzwoicie działający?


P.S. Tak, tak - w weekend będzie kolejny post modowy :) 
P.S. (2) Rzeczywiście, blogosfera uświadomiła mi, że ponoć szampony Alterry mogą powodować wypadanie włosów - ja niczego takiego nie zaobserwowałam, chociaż fakt, moje włosy są grube, gęste i mocne i nigdy im się to nie zdarzało


Pozdrawiam Was ciepło,
Wasza Mar.