środa, 28 maja 2014

Brown & Beige

Lato! Lato wszędzie!


Przyszło lato!
Na termometrze trzydzieści stopni!
Wszechobecna zimność przeminęła, waciaki i grube swetry wyniosłam do piwnicy!
Żyć, nie umierać!

No dobra, wcale nie jest tak fajnie, bo tak, jak zimą marznę, tak w mega upały wysiada mi serce i nie mam czym oddychać, ale jak tylko skądś gdzieś wiatr (przyjemny bardzo) powieje, to od razy narzekać przestaję i uśmiecham się tak do siebie, jak i do innych.

Lubię, kiedy jest ciepło, bo nie muszę targać ze sobą wszędzie kurtki i nie muszę opatulać się w miliony różnych ciałootulaczy.
Ot, zakładam buty i wychodzę z domu.

W ciągi kilku ostatnich dni odkryłam, że moja szafa skrywa sporo skarbów, z których do tej pory - nie wiedzieć czemu - skorzystać nie raczyłam.
Hm... w sumie wiedzieć, wiedzieć - po prostu nie wyglądałam dotąd tak, jak wyglądać miałam, żeby móc część z tych rzeczy założyć ;P
Tak było ze wszystkimi bluzkami i topami odsłaniającymi brzuch.

Przy okazji przeszukiwań szafy w celu pomocy koleżance, która sesję w klimacie pin-up organizuje (jak ktoś jest w Łodzi lub okolicach ósmego czerwca, to zapraszam do kontaktu mailowego, może chcecie ładne zdjęcia? Lechu foty zapewnia! ja mogę pomalować!) wygrzebałam w jej (szafy, nie koleżanki) czeluściach całe zagłębie tego, co Wy w swoich postach tagujecie jak crop - topy. Wszelkie ich odmiany, mówię Wam!

Ponieważ przed dietą i odchudzaniem miałam bebech jak morświn, to jasnym było, że te rzeczy warto odłożyć "na kiedyś".
No i wreszcie - nadeszło to upragnione "kiedyś"!


Jak tylko moje znaleziska odświeżyłam i odprasowałam, to postanowienie noszenia ich w życie wcieliłam, a w dzisiejszym poście prezentuję Wam zdjęcia popełnione w czasie mojej i Lecha niedzielnej przechadzki po Parku Julianowskim, w trakcie której w jedną z "odkopanych" bluzek przyodzianą byłam. 
"Stylizacja" (Jezu! jak mnie to słowo śmieszy! naprawdę! nadal! po tylu miesiącach w blogosferze!) wcale nie czarna (wiem, spodziewaliście się tego :>), tym razem - w odcieniach brązu i beżu.
Lubię bardzo to połączenie, niezwykle dobrze się w nim czuję.


Na wstępie zaznaczę, że tak - kopertówkę i tregginsy znacie już dobrze, prezentowałam je (także razem) w lutowej stylizacji BOHO Style.
Nadal się z nimi bardzo lubię i cieszę się, że zdecydowałam się na ich zakup.
Tregginsy jednak mogłam wziąć mniejsze - te spadają mi (na dzień dzisiejszy) z zadu :(


Bluzkę, a właściwie koszulę kupiłam dwa lata temu, w Bershce - pracowałam tam wówczas w czasie wakacji.
Dziś żałuję, że nie zakupiłam tego modelu w jeszcze jakichś kolorach.
Co prawda łatwo się gniecie, ale też szybko prasuje - to zawsze jakiś plus ;P
Jest bawełniana i przewiewna.
Można ją nosić także niezawiązaną - ale wtedy traci cały swój urok.
Można też poodpinać jej jeszcze więcej guzików i zawiązać ją na wysokości biustu - wypróbuję kiedyś ten patent ;)


Dzisiejszy post jest też pierwszym, w którym mogę pochwalić się Wam dwoma moimi zeszłotygodniowymi nabytkami - okularami, które zwykło się nazywać "aviatorkami" i krótkim, czarnym "stanikowym" topem. Obie rzeczy kupiłam całkowitym przypadkiem w C&A.


Polazłam tam szukając kostiumu kąpielowego, ale że ichnie 34 przypomina raczej rozmiar 40, to szybko z działu z kostiumami się wyniosłam i już, już, miałam wychodzić ze sklepu... ale znowu mi - prawie tak, jak sławnemu już dziś Antkowi - nie wyszło.
Za dwa takie topy zapłaciłam dziesięć złotych, a za okulary - 17, co w porównaniu z podobnymi modelami sprzedawanymi choćby w H&M'ie stanowi sporą przebitkę ;)


"Tak, tak!" - powiecie - "Ale w H&M'ie, to mają te takie modne, kolorowe aviatorki, co to na niebiesko lub różowo połyskują sobie i na zdjęciach bajecznie wychodzą, a te Twoje, Mar, to takie zwykłe!"

Po pierwsze, to wcale nie takie zwykłe, bo też połyskują, ale na zielonkawo (chociaż - jak widać - na zdjęciach to nie wychodzi zbyt spektakularnie), a po drugie - w tych niebieskich wyglądałam jak pajac.


Myślałam, że to kwestia modelu (całe życie wybierałam okulary - muchy) ale okazało się, że jednak nie - w takich okularach jest mi, moim zdaniem przynajmniej, bardzo ładnie!

Więc - to chyba jednak była kwestia koloru szkieł ;)


Jako że lubię zakładać lekkie buty, to w taką pogodę, jaką teraz mamy cieszę się wielce, że wreszcie mogę to robić bez przeszkód (przeszkód, rzecz jasna, w postaci rozklejających mi je opadów atmosferycznych).
Lubię sandałki, ale najlepiej czuję się w balerinach.
Baleriny z tego posta to takie zamszowe (powiedzmy, bo koło zamszu to one chyba nie leżały...) wycieruchy, uwielbiam je wielce!
Identyczny model wypatrzyłam już rok temu, w H&M'ie.
Przeżyły sezon, więc kiedy w tym roku znowu zobaczyłam je na ha-i-em'owej półce, to z radości podskoczyłam.
No i znowu jesteśmy razem - ja i moje baleriny <3



Koszula - Bershka
Top - C&A
Tregginsy - Vero Moda (outlet)
Okulary - C&A
Bransoletki - H&M
Kopertówka - Allegro
Baleriny - H&M


Zostawiam Was z postem i uciekam do nauki, bo na mojej Alma Mater sezon zaliczeń i egzaminów rozpoczął się na dobre, a że nie wszystkie przedmioty darzę taką szczerą sympatią, jak zajęcia z afazji, to pozakuwać nieco muszę.


Boże, im jestem starsza, tym częściej łapię się na tym, że nauka mnie męczy ;P

Ściskam Was bardzo,

Wasza Mar!


P.S. W poniedziałek mam urodziny, możecie mi życzyć tego, żebym wreszcie zmądrzała! I żeby mi się jeszcze uczyć chciało, bo po tych studiach czeka mnie jeszcze jedna podyplomówka, więc muszę - muszę mieć umysł wiedzę chłonący ;P

wtorek, 20 maja 2014

A ja noszę kalosze! (a do kaloszy - ponczo)

Deszczu, to tegorocznym majem mam już po dziurki w nosie.


Szczególnie po minionej sobocie, kiedy to zanim doszłam do pracy dwa razy zmuszona byłam wylewać wodę z butów.
Zatem - pogoda wcale nie przedletnia, a jeszcze typowo wiosenna, bo kapryśna jak panna na wydaniu.
A jak pogoda kapryśna, to i na jej kaprysy trzeba być przygotowaną.
Chociażby w taki sposób, że warto mieć zawsze pod ręką kalosze.

Ja kalosze noszę z wielkim upodobaniem.
Mój ulubiony model - taki wysoki, wysoki, że hej - nabyłam... uwaga... jeszcze raz - uwaga!... w sklepie ogrodniczym. 

Zapłaciłam za niego całe trzydzieści złotych ;P
Biorąc pod uwagę to, że takie cuda w normalnych sklepach obuwniczych kosztują około ośmiu dych, to do dziś dumna jestem z milionów monet, jakie zaoszczędziłam na tym zakupie ;)

Kalosze przeszły już wiele.
Nawet zdążyła zrobić mi się w nich wielka dziura, którą załatałam... w zakładzie wulkanizacyjnym ;P
Nie miałam pojęcia co począć z dziurą w kaloszowej podeszwie, a że dziurawy kalosz to nie kalosz, więc któregoś dnia, niewiele myśląc, zaniosłam mojego gumiaka do pobliskiego wulkanizatora.
Nie sądziłam, że będzie gotów mi pomóc, ale podeszłam do sprawy w pełni poważnie: zrobiłam słodką minę, zamrugałam oczami i powiedziałam, że skoro opony się łata, to może i z kaloszem też da radę?
Facet, którego zastałam w zakładzie wcale mnie nie wyśmiał, przełożył peta w drugi kącik ust, zabrał ode mnie buta, wrócił za pięć minut i zażyczył sobie pięciu złotych ;P

Tak więc - pamiętajcie: z dziurą w kaloszu idzie się tam, gdzie z dziurą w oponie ;P


W dniu, w którym wybraliśmy się z Lechem (tak, to ten sam, którego nazywam MOF'em ;P) na zdjęcia od rana padało i padało.
Sądziłam, że ze zdjęć nic nie wyjdzie, bo gdzie właściwie mielibyśmy je robić, skoro na dworze ulewa?
Postanowiłam jednak być dobrej myśli. Choć z domu wychodziłam dość wcześnie, to na zdjęcia umówiliśmy się po lechowej pracy, czyli w okolicach siedemnastej - pogoda miała czas na poprawę ;P
I - o dziwo - poprawiła się! Wyszło słońce, po porannej ulewie nie było śladu, a ja myślałam, że ugotuję się w tych moich pięknych gumiakach.

Właśnie tak jest z wiosenną pogodą u mnie - jak się nie przygotuję (tak, jak w sobotę, kiedy do tej nieszczęsnej pracy człapałam), to zaskoczą mnie burza, zamieć i gradobicie, a jak się naszykuję na wszystkie pogodowe anomalie, to zrobi się w pięć minut lato stulecia.


Do moich kaloszy zakładam różne rzeczy - zdarzało mi się nosić do nich marynarki, eleganckie koszule, spodnie w kant, raz też przywdziałam spódnicę (ale to z głębokiej konieczności, spódnicom mówię zwykle nie). Najbardziej lubię je jednak łączyć z moimi ukochanymi, luźnymi swetrami.
I z ponczami.
Poncza kocham ponad wszystko!
Stanowią niemal połowę mojej jesiennej i zimowej garderoby :)

Moim ukochanym ponczem jest od kilku lat piękny, ciepły i utrzymany w lubianych przeze mnie rudościach model nabyty kiedyś tam w Reserved (tak, tak, na wyprzedaży - gdzież indziej ;)?).
Spodobał mi się w nim przede wszystkim ten piękny, rudy kolor.

Pamiętam, że widziałam w Reserved taki sam model, tyle że czarny. Wróciłam się po niego, ale niestety - nie jestem jedyną klientką Reserved, która lubi poncza :( Wykupiiiiiili :(


Do luźnych "gór" zwykle staram się dobierać dopasowane "doły".
Stąd też spodnie nie są jakieś wymyślne ani fikuśne.
Ot, moje ukochane H&M'owe rurki.


Swoją drogą - o H&M'owych rurkach napiszę chyba kiedyś osobny post ;P
Spodnie w H&M'ie mogę kupować w ciemno ;P Wiem, że każdy ich model w moim rozmiarze będzie na mnie dobry.


A w dodatku co roku mają w ofercie Basic sztuki niemal identyczne, jak w latach poprzednich - różnią się zwykle jedynie przeszyciami, kolorem suwaka albo guzika, ale krój i długość zawsze są te same.
Uwielbiam ich za to. 


Razem z ponczem kupiłam w Reserved dużą, lakierowaną bransoletkę.
W sklepie wydawało mi się, że jej odcień jest identyczny, jak odcień poncza.
Niestety - jak się później przekonałam - kolory się różnią ;P
O tyle, o ile przy codziennym noszeniu jakoś mi to nie przeszkadza, to na zdjęciach razi mnie to okropnie. No, ale już nic z tym nie zrobię ;P

Tak, jestem takim chrzanionym szczegółowcem.
Bardzo zwracam uwagę na to, żeby dodatki które wybieram były dopasowane do ubrań w stu procentach.
Chyba, że na kontraście między nimi mi zależy - wtedy, to już zupełnie inna sprawa ;)

 Ponczo - Reserved
Kalosze - no name
Spodnie - H&M
Koszulka - Stradivarius
Torba - Stradivarius
Bransoleta - Reserved 

***
Długo się zbierałam na dodanie tej wzmianki w którymś z postów, ale zawsze zapominałam.
W każdym razie - tym razem pamiętam, więc piszę!

Chciałabym Wam bardzo serdecznie podziękować za wszystkie komentarze (jest ich coraz więcej!), odwiedziny (licznik puchnie :)) i obserwacje.
Cieszę się, że Wam się u mnie podoba, a jeszcze bardziej od słów aprobaty dla roboty mojego Lecha radują mnie te, w których chwalicie moją pisaninę :)

Bądźcie więc ze mną dalej!

Pozdrawiam!
Wasza Mar!

wtorek, 13 maja 2014

Zwiewnie

Szyfon kocham miłością szczerą - pisałam już o tym kilkukrotnie.


Najbardziej lubię go w dni ciepłe - a nawet w te bardzo gorące, bo jeśli przypadkiem wieje skądś wówczas lekki wiatr, to unosi on moje szyfonowe koszule i rozwiewa je, dając mi uczucie chłodu.
Nie lubię zimna ale upałów też nie znoszę - nie lubię tych wszystkich skwarnych dni, kiedy rozpływam się (dosłownie!) na rozgrzanej ulicy i kiedy nie mam czym oddychać.
Lubię więc w takie dni ratować się lekkim ubraniem - ono pozwala mi chociaż minimalnie ograniczyć odczuwane ciepło :)

Póki co - upałów nie mamy.

Ale zdarzają się chwile ciepłe, takie, do których organizm jeszcze się nie przyzwyczaił i nawet 20 stopni uznaje za upał, skoro przez poprzedzające je dni średnia temperatura wynosiła stopni dziesięć ;)

W takich chwilach sięgam więc po szyfon - i bardzo dobrze się w nim czuję :)

Wszystkie moje szyfonowości to koszule - czy z długim rękawem, czy bez rękawów, to kwestia drugorzędna.
Lubię je. I kropka.
Szczególnie lubię modele luźne i zwiewne.
Bardzo się sobie w nich podobam :)

Traktuję je jako rzeczy uniwersalne.

Takie, które nadają się zarówno na codzienne wyjścia czy spacery, jak i na nieco bardziej "okazyjne" sytuacje.


Zwykle wszystkie luźne, szyfonowe koszule zestawiam z wąskimi spodniami.

Lubię dodać buty na obcasie, bo wtedy całość wydaje mi się jeszcze bardziej "stylowa".

Chociaż latem (w te najbardziej gorące dni) obcasów unikam.
Masakrują mi wówczas stopy ;)


Koszulę którą możecie dzisiaj "podziwiać" przywiozłam (jak połowę mojej szafy) kilka lat temu z Krakowa.

Upolowałam ją (tak, znowu muszę się powtórzyć - więc owszem, również jak połowę mojej szafy ;)) w czasie letnich wyprzedaży.

Nie od razu się na nią skusiłam.

Pamiętam, że przez kilka dni z rzędu chodziłam sprawdzać czy jeszcze wisi i zastanawiałam się, czy aby na pewno potrzebuję kolejnego tego typu modelu.

W końcu dałam za wygraną - kupiłam. 


Kroku tego nie żałuję :)

Koszula jest jedną z tych rzeczy, bez których nie wyobrażam sobie dziś siebie.

 Noszę ją zazwyczaj spuszczoną z ramion.
Czasem dodaję do niej jakiś wyraźny, ale nie wielki i też nie ciężki naszyjnik.
W dzień w którym robiliśmy zdjęcia wybrałam ten - również jest ze mną od kilku dobrych lat, wypatrzyłam go... w Rossmannie :) w dodatku - za jakieś śmieszne pieniądze ;)

Kapelusz to taki dodatek wykombinowany bardzo pospiesznie ;)

Już mieliśmy wychodzić z domu, kiedy przypomniałam sobie, że go mam ;) 

Wydaje mi się, że nie wygląda tu źle ;)

Sandały na szpilce (choć - moim skromnym zdaniem - to chyba jeszcze nie jest szpilka ;) może gdyby dodać jej parę centymetrów, to byłaby szpilką ;)) kupiłam całkiem niedawno.

Docelowo zamierzam łączyć je z sukienką maksi, którą też kupiłam jakiś czas temu.
Do niej obcasów potrzebuję tak, jak ryba wody - bez obcasów noszenie jej skończyć się może utratą przeze mnie zębów :(

Wlecze się po ziemi jak tren sukni ślubnej i co rusz ją przydeptuję :(

Buty jednak wydają się dość uniwersalne i połączone ze spodniami też nie wyglądają źle :)

Mam więc zamiar nosić je tej wiosny dość często :)

ażurowe buty na obcasie
Marynarka to z kolei zakup, z którego nie jestem do końca zadowolona.
Pochodzi bodajże z roku 2011, kiedy to rozpoczęła się moda na takie "większe" marynarki, takie którym też docelowo wywija się rękawy (koniecznie zdobione wewnątrz jakąś "wzorzystą" podszewką).

Marzyłam wtedy o czarnej, tylko że nigdzie takiej nie mogłam znaleźć.

W końcu udało się - wypatrzyłam ją w Bershce.
Zrobiłam jednak jedną z najgłupszych rzeczy w moim zakupowym życiu i zdecydowałam się na rozmiar M.
Nie wiedzieć czemu doszłam do wniosku, że będę ją nosiła zimą (!) i na pewno będę potrzebowała założyć pod nią wówczas... sweter.
A pod S-kę sweter się przecież nie zmieści!

Kupiłam ją więc, wyszłam ze sklepu, oderwałam metkę, marynarkę zarzuciłam na grzbiet... a po dojściu do domu okazało się, że niestety - marynarka jest zdecydowanie większa, niż być powinna.
W rezultacie wybieram tę marynarkę dość rzadko, a od czasu, kiedy zgubiłam kilka kilogramów - jeszcze rzadziej.
Szkoda.
Dobrze, że czasem podbiera mi ją mama - przynajmniej się nie marnuje ;)
 

W tym roku planuję upolować taki model marynarki, ale musztardowy i już w dobrym rozmiarze ;)
Trzymajcie za mnie kciuki, może mi się uda ;)


Gdybyście chcieli zapytać, gdzie robiliśmy zdjęcia i kiedy - zdjęcia są robione na osiedlu Leszka, w czasie naszego popołudniowego spaceru :) 

Tak, tak - i na blokowisku można znaleźć ładne plenery ;)


Koszula - H&M
Marynarka - Bershka
Spodnie - no name
Torba - Cropp Town
Kapelusz - H&M
Naszyjnik - Rossmann
Buty - no name


Pamiętacie, jak w czasie weekendu majowego uczyłam się - miast wypoczywać - strasznych rzeczy związanych z oligofazją?
W piątek zdałam ostatnie kolokwium z bloku przedmiotów poświęconych właśnie oligofazji i afazji, a tym samym zaliczyłam też egzamin z nich :)

Czyli - najcięższa rzecz do nauki w tym roku akademickim już za mną :)
Cieszę się wielce!

Ten tydzień zapowiada mi się dość spokojnie, w miarę możliwości chciałabym móc jak najwięcej się w nim lenić ;)
Zobaczymy, czy się uda ;)

Pozdrawiam Was serdecznie,

Wasza Mar!

środa, 7 maja 2014

Majówka, której nie było

Albo : O skoku przez płot godnym Wałęsy, zapomnianych kluczach, ośmiu stopniach Celsjusza i kiełbaskach z "grilla"

 

Niniejszy post nie jest postem do końca na serio, możecie go potraktować jako takie blogowe interludium - coś, co umili Wam czas oczekiwania na kolejny wpis, właściwie "modowy" albo raczej szafiarski, bo bardziej w kategoriach bloga szafiarskiego, niż modowego swą radosną blogową twórczość rozpatruję ;)

No, ale do rzeczy...

Był zatem weekend majowy.
Wszyscy i wszystkie chwalili się wszem i wobec, że gdzieś wyjeżdżają, że czilałt majówkowy, że podróże, że laba, że grille - tak mówili.
Ja zostałam w domu z materiałami do nauki.
Nie jestem człekiem podróże uwielbiającym.
Raczej - domatorką.

Ale jakieś takie lekko smutkiem mnie napawające poczucie żalu i tęsknoty za czymś nie do końca uświadomionym kiełkowało we mnie i coraz mocniejszym się stawało.

Kiedy Mój Leszek zwany MOF'em powrócił więc do Łodzi w sobotni wieczór (był w Rabce, do której pojechać musiał, bo zawoził tam swojego tatę) i zaproponował, że następnego dnia pojedziemy do domu jego rodziców zrobić grilla, to myślałam, że z radości podskoczę pod sufit.

Rodzice Leszka mieszkają niedaleko mojego miasteczka, w wielkim domu w środku lasu.
Dookoła oprócz drzew jest kilka pięknych polan i rzeka.
Okolica jak z bajki.
Bardzo lubię tam jeździć, zwłaszcza kiedy jest piękna pogoda, bo odpoczywam tam, jak nigdzie.
No i powietrze, kontakt z przyrodą - te sprawy.


Nie mogłam się więc doczekać kolejnego dnia.
Niedzielnego poranka poczyniłam wszystkie niezbędne do grillowania sprawunki - zadbałam o kiełbasę (całą wielką pakę w PoloMarkecie kupiłam, a co!) i poprosiłam moich rodziców o to, żeby użyczyli nam swojego grilla, którego po skończonej uczcie mieliśmy oddać.
Rodzice się zgodzili bez wahania - warunek był taki, że mieliśmy przyjechać po grilla na moją działkę, kilkanaście kilometrów od domu rodziców Leszka położoną.

Ta euforia, w której byłam od rana nie pozwoliła mi dostrzec jednej ważnej w dalszym toku opowieści kwestii - chociaż słońce świeciło, że aż miło, to termometr pokazywał osiem stopni Celsjusza.
Nie przeszkodziło mi to jednak ubrać się jak na majówkę przystało: kolorowo i dość lekko.
Bo majówka, to majówka, kto to widział waciaki w maju przywdziewać?

Leszek przyjechał więc po mnie o umówionej godzinie, wzięłam pakę z kiełbasą pod pachę i z bananem na twarzy ruszyłam do auta.
Humor dopisywał mi też dlatego, że Leszek miał wielką ochotę na zrobienie mi - cytuję - "pięknych, wiosennych zdjęć na łonie przyrody".
No, to jeszcze zdjęcia! Idzie umrzeć ze szczęścia!


Kłopoty zaczęły się, kiedy dotarliśmy pod bramę wjazdową na teren ogródków działkowych, na których znajduje się działka moich rodziców. Ktoś nam ją musiał otworzyć. Pomimo rozlicznych telefonów, które wykonywałam do moich rodziców komunikacja z nimi do skutku nie doszła.


Inni działkowicze niby to spozierali na nas ze swoich altanek, ale na krzyki Leszka (który myślał, że ktoś się nad nami zlituje i otworzy nam tę bramę nieszczęsną) pozostawali głusi.
W sumie i tak dobrze - zawsze mogli rzucić w nas grabiami...
Leszek chciał już wracać, mówił, że grilla można kupić na stacji benzynowej, ale doszliśmy do wniosku, że bez szaleństw, kryzys jeszcze trwa - nie po to żeśmy benzynę zużyli, żeby teraz wrócić i poddać się bez walki.
Jako że sama nie miałam żadnego pomysłu na obranie metody, która by nam miała umożliwić dostanie się do środka, to oddałam się sprawdzaniu maila, fejsbuka i komentarzy na blogu, a Leszek... a Leszek, niewiele myśląc, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, a właściwie - nogi.
Dwoma sprawnymi susami przesadził bramę i niczym jelonek Bambi potruchtał do moich rodziców po klucz do bramy ;)

Ale co to był za skok! Wałęsa by się go nie powstydził!

Wjechaliśmy, grilla wzięliśmy i już chcieliśmy jechać (w myślach już obracałam na grillu moje upragnione kiełbaski), ale mój ojciec koniecznie musiał pokazać nam własnoręcznie posadzone krzewy i krzewuszki, które choć nie były piękne, to swoją pokracznością - rzeczywiście - mogły wzruszyć.


Po dojechaniu do wymarzonego i wytęsknionego celu doszliśmy do wniosku, że nie należy w życiu kierować się jedynie prostymi popędami. Kiełbasa nóg nie ma, a w dodatku jest świeża - nie ucieknie.
Pierwej "sztuka"!
Zabraliśmy więc osprzęt fotograficzny i dawaj - w las, na zdjęcia.
W czasie drogi na upatrzoną przez Leszka polanę jeszcze się jako tako trzymałam - nie dałam po sobie poznać, że zamarzam. Narzekać zaczęłam kilka minut potem.
Temperatura bowiem wcale się nie podniosła - myślę nawet, że wtedy było mi bardziej zimno, niż rano.
W związku ogarniającą mnie zewsząd zimnością nie dałam sobie zrobić zbyt wielu zdjęć.
Jedynie przy robieniu siedzących nie krzywiłam się i nie darłam, że umieram.
Leszek był wyprowadzony z równowagi do tego stopnia, że zagroził mi całkowitym zaniechaniem popełniania zdjęć na bloga ;P
Wyrzucałam sobie bardzo, że jestem głupia i wizja kiełbachy uwędzonej grillowym dymem 
przyćmiła całkowicie wszelkie moje zdolności poznawcze. Bo tylko tym mogę tłumaczyć sobie fakt zbyt lekkiego ubrania się. 


 Na całe jednak szczęście - jak sami możecie zaobserwować - zdjęcia, które zrobić się udało wyszły bardzo fajne ;)

Kiedy wróciliśmy do auta i kiedy ja ruszyłam targać grilla z bagażnika czoło Leszka zmąciło się nieco i wybranek mojego serca widocznie spochmurniał.
Długo wahał się, czy zakomunikować mi tę smutną nowinę, czy nie, ale w końcu odważył się - nie mamy kluczy, grilla nie będzie (tak, tak - podpałka i węgiel były na terenie domu).
Wtedy myśleliśmy, że klucze zostały w Rabce.
Dziś wiemy, że miała je siostra Leszka.

Opis tego, co działo się kiedy usłyszałam, że nici z moich planów i marzeń lepiej jest pominąć.
Komuś, kto mógłby nas (albo raczej : mnie) wtedy słyszeć mogłoby wydawać się, że nie biżuteria, nie szafy pełne ubrań, nie dzieci, nie rodzina i nie dobry seks są sensem życia kobiety - ale grill, grill w majówkę.
Wróciliśmy więc do Łodzi (bo i tak pogoda się zepsuła), co jakiś czas czułe słowa ze sobą zamieniając ("Odstawiam Cię do domu i nie chcę Cię więcej na oczy widzieć!").
Oczywiście, że się pogodziliśmy - jakże by mogło być inaczej ;)
Ale kiełbaski... kiełbaski zrobiliśmy w piekarniku ;)

Takiej majówki, jak my, to nie miał nikt ;P


Sweter - H&M
Spodnie - H&M
Komin - H&M
Okulary - Rossmann
Chustka - I am
Torba - Cropp Town
Baleriny - no name


Co zaś się tyczy "stylizacji" majówkowej - jest ona całkowitym zaprzeczeniem opinii (którą już zapewne większość z obserwujących mnie Was zdążyła sobie wyrobić) według której niby miałabym nie lubić kolorów ;)

Ależ - Moi Mili i Moje Miłe - ja noszę kolory ;)
Tylko wyglądam w nich właśnie tak pociesznie ;)
Na pewno nie jestem w nich tak elegancka na jaką wyglądam, kiedy wybieram stonowane kolory ;)

Ale wierzcie mi - tak samo mocno, jak czerń... kocham musztardowy :)
Ten musztardowy sweter jest już ze mną dobrych kilka lat, wypatrzyłam go na wyprzedaży w H&M'ie i nie potrafię się z nim rozstać ;)
Na tej samej wyprzedaży upatrzyłam fioletowy komin - tak, to powiewające cudo, to komin!

Jeszcze kiedyś go zobaczycie w jego całej kominowej okazałości ;)


Ta nie do końca udana "sesja" majówkowa jest też pierwszą, w trakcie której udało nam się sfotografować jeden z moich najnowszych nabytków - pikowane baleriny :)
Kupiłam je za prawdziwe grosze w jednym z butików z tanim obuwiem przy łódzkiej Piotrkowskiej - gdybym znalazła takie za jakieś większe pieniądze, to zapewne bym je na nie wydała.
Problem w tym, że w żadnym z "ekskluzywnych" sklepów obuwniczych takich nie znalazłam.
A musiały być koniecznie pikowane, bo potrzebowałam ich do pikowanej sukienki ;)

 
Mam nadzieję, że i sukienkę uda mi się Wam wkrótce pokazać ;)


Pozdrawiam Was serdecznie,

Wasza Mar!


P.S. Nie, ta historia nie jest zmyślona, zapewniam ;P
P.S. (2) Tym, którzy jeszcze nie czytali przekazuję informację, że na portalu FashionWall.pl ukazał się mój felieton, zapraszam: klik!

piątek, 2 maja 2014

SAMMY DRESS Double - Breasted High Waist Jeans


Bo z nagrodami to jest tak, że jak coś człowiek wygra, to się cieszy. A potem zaczyna się zastanawiać, co z tym zrobi, jak mu nie podpasuje.


Tak miałam z tymi spodniami.
Chociaż zwykle nie biorę w takich konkursach udziału (powiedzmy, że na 20 Waszych konkursów zgłoszę się do dwóch ;P), to pamiętam, że jak przejrzałam proponowane wówczas nagrody od SammyDress zakochałam się w tych spodniach z miejsca.
Konkurs organizowała Ewelina. Co trzeba było zrobić - zrobiłam, w co kliknąć - kliknęłam... a potem o konkursie zapomniałam ;)

Jakież było moje zdziwienie, kiedy któregoś marcowego ranka dostałam miłego maila pisanego łamanym angielskim, w którym uprzejmie mi donoszono, że wygrałam to rozdanie ;)

Do tego momentu wszystko było miód - malina.
Kłopoty zaczęły się, kiedy zmuszona byłam wybrać rozmiar spodni.
Otóż, Moi Mili i Moje Miłe, pamiętajcie, jeśli jeszcze tego nie wiecie, że chińska tudzież hongkońska rozmiarówka ma się nijak do europejskiej ;) Po rozlicznych pomiarach mej skromnej osoby doszłyśmy wraz z moją matką do wniosku, że żadne S czy tam XS, z ichniej tabeli wynika, że M. 

Także, jeśli macie w planach zamawianie czegoś z któregoś tego typu sklepu - dobrze się zmierzcie, bo w innym wypadku możecie się niemile rozczarować ;)

Boże, nigdy nie będziecie w stanie wyobrazić sobie, jak bardzo się bałam, że jednak ten rozmiar będzie nie taki i jak bardzo lękałam się też, że nic z tymi spodniami nie zrobię, bo nie znam nikogo, kto by zechciał odkupić taki model ode mnie (ani mój facet ani koleżanki jakoś za wysokostanowymi spodniami nie przepadają - o tyle, o ile biednego MOF'a bym w nie ubrać nie zamierzała, to gusta znajomych zdawały się wiązać mi, na wypadek kłopotów z rozmiarem, ręce i zmuszać mnie do organizowania aukcji na allegro, czego baaaardzo nie lubię...).

Paczka z tej egzotycznej "zagramanicy" szła do mnie szybciej, niż pocztówka z Zakopanego w sezonie wakacyjnym - po niecałych dwóch tygodniach miałam ją już u siebie.

Z rozmiarem trafiłam! Kamień z serca!

Ale... żeby nie było tak pięknie, to okazało się, że ktoś zapomniał o przecięciu "dziurek" na guziki ;)
Biorąc pod uwagę, że - jak na spodnie z wysokim stanem i dwurzędowym zapięciem przystało - guzików w tym modelu jest aż osiem, to możecie sobie wyobrazić jak wesoło było u mnie w mieszkaniu kiedy ja, mój brat, mój ojciec i moja matka przecinaliśmy te cholerne dziurki żyletkami i nożykami do tapet :]

Udało się.

Myślicie, że już?
Że wreszcie dane mi było założyć moje nowe spodnie na zadnią część ciała i hasać po łódzkich i zgierskich ulicach?

Ta, jasne.
Przy próbie przełożenia pierwszego guzika przez dopiero co stworzoną dziurkę okazało się... że guziki nie są zbyt dobrze zamocowane ;P
A właściwie nie guziki, a nity, bo te guziki były nitowane ;)
Poodpadały...

Bliska rozpaczy wsadziłam spodnie w torbę i poczłapałam do jedynego chyba już w moim mieście punktu, gdzie Miły Siwy Pan nitowaniem guzików się zajmuje. Wymieniłam wszystkie, dopłaciłam do mojej "nagrody" 20 złotych (to wyszłam chyba prawie na zero ;P) i doszłam do wniosku, że chyba niezbyt prędko zdecyduję się na wzięcie udziału w kolejnym tego typu konkursie ;P
A na pewno nie na współpracę jakąkolwiek z tymi chińskimi firmami ;P

W każdym razie i bez względu na wszystkie kłopoty, które mnie ze strony tych spodni spotkały - kocham ten model miłością szczerą!


Bardzo mi się podoba to, jak smukło w tych spodniach wyglądam.
Najlepiej widać to przy połączeniu ich z koszulą body.
Tę koszulę już znacie - pojawiła się we wpisie z moimi baggy z CDN Boutique.
Teraz, pod kątem właśnie tych dżinsów, szukam koszuli body już nie białej, a w kratę - doniosę Wam o efektach poszukiwań ;P O ile takowe będą ;P


Inną rzeczą, która w tym modelu spodni podoba mi się niezwykle, jest krój nogawek.
To nie są typowe, dopasowane rurki, chociaż może na zdjęciach tego nie widać. Nogawka jest prosta.
Do tego stopnia, że bez problemu mogę założyć do tych spodni sztyblety i przykryć je nogawką. Będzie to wyglądać dobrze - uwierzcie na słowo.

Inna kwestia - nogawka nie ciągnie mi się po ziemi, a to zdarza się w wypadku takich kurdupli jak ja bardzo rzadko ;)


No i wreszcie - chociaż spodnie są granatowe (czy tam niebieskie), to nie farbują mi nóg i bielizny.
A uwierzcie, że w wypadku wszystkich spodni w tym odcieniu jakie miałam do tej pory było to regułą :]



Okazja do sfotografowania mnie w nich nadarzyła się dopiero w czasie Wielkanocy, kiedy to razem z rodzicami Leszka
(częściej tu MOF'em zwanego)
wybraliśmy się na świąteczne śniadanie do Jego wujostwa.

"Sesję" popełniliśmy w bardzo urokliwym miejscu - nad rzeką Sokołówką, która płynie sobie spokojnie tuż obok łódzkich ulic Liściastej i Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus.

 Za pomoc w sesji ogromnie dziękuję Zuzi, kuzynce Leszka, która nas po tamtejszych rejonach oprowadziła i dzielnie trzymała na Lechową prośbę statyw z blendą i lampą ;)

Zuziu - moc pozdrowień dla Ciebie!



Spodnie - SammyDress.com
Koszula - Vero Moda
Szpilki - H&M
Torba - Fason



***
Jakiś czas temu Magda z bloga http://www.co-mam-w-szafie.blogspot.com/ napisała do mnie maila z prośbą o to, żebym - jesli się zgadzam - odpowiedziała Jej na kilka pytań, które pozwolą tak Jej, jak i innym blogerkom/blogerom dowiedzieć się czegoś o mnie ;)

Jako, że pomysł wydaje mi się bardzo fajny, to bez oporów się zgodziłam, a pytania i odpowiedzi zamieszczam poniżej :)

Pozdrawiam Cię, Madziu!

Jak myślisz, skąd w Tobie potrzeba prowadzenia bloga?

Odp.: O, to bardzo proste – jestem próżna, jak większość kobiet ;)

Czego najbardziej by Ci brakowało, gdyby odebrano Ci Twojego bloga?

Odp.: Nagle przestałabym wiedzieć, co robić z wolnym od pracy, studiów i spotkań z Moim Chłopakiem czasem ;P

Czy blog zmienił w jakiś sposób Twoje życie? Jak?

Odp.: Obserwując blogosferę i różne podejścia blogerek do relacji z innymi blogerkami wyrobiłam sobie opinię, że krytyka nie jest w pewnych aspektach życia potrzebna – tak, jak czasem zdarzało mi się, widząc na ulicy w jakiś tam sposób ubraną dziewczynę pomyśleć: „Ja chrzanię, co za buty -.-'”, tak teraz w ogóle nie zwracam – czy to na ulicy, czy blogach – uwagi na te elementy garderoby innych, które mi się nie podobają. Skupiam się na tym, co wpada mi w oko, na tym, co mi się podoba. I oceniam innych zupełnie inaczej, niż samą siebie – daleka jestem od patrzenia na to, czy którejś fałdka tłuszczu czasem nie wystaje albo lakier jej z dużego palca u prawej stopy nie odprysnął ;) Robię tak też dlatego, że wiem jak to działa – każdej z Was jest miło, kiedy czyta miłe komentarze. Szczere, miłe komentarze. A z mankamentów urody, czy watpliwie leżącej sukienki zdajecie sobie same sprawę. Ale wierzycie, że nikt o tym nie napisze. Ja nie napiszę, bo znam babską psychikę. Jeśli coś mi się nie podoba – nie pochwalę tego. Ale nie skrytykuję. Pozostanę więc szczerą, ale nie będę odebrana, jako ktoś, kto krytykuje samemu modową wyrocznią nie będąc. Bo nie jestem nią. Moja negatywna opinia – tak poza tym – i tak nie sprawi, że ktoś, kto źle się ubiera zmieni styl ;)
W stosunku do samej siebie, a zwłasza swojego wizerunku w „Internetach” jestem o wiele bardziej krytyczna, ale tego raczej już nigdy nie zmienię ;)

Napisz pięć pierwszych, naprawdę pierwszych i spontanicznych, skojarzeń ze słowem „moda”

Odp.: Zabawa, metamorfoza, kreacja samej siebie, osobowość, kobiecość

Co myślisz, kiedy patrzysz na polskie ulice (w sensie modowym)?

Odp.: Myślę, że jest bardzo dobrze :) Zarówno u młodszych osób, jak i u starszych. Większość osób, jakie spotykam na ulicach wygląda bardzo ładnie i mogę im tylko zazdrościć – urody, tego, jak wybrane przezeń ciuchy na nich leżą i pieniędzy – bo mnie częstokroć nie stać na takie rzeczy, jakie na ulicach widzę ;)

Czego nie może zabraknąć w Twojej szafie?

Odp.: Czarnych rurek, dużej czarnej torby i czarnych balerin. Jak mam te trzy rzeczy, to wstydu nie będzie – coś tam wykombinuję...

Gdybyś musiała podczas pożaru ratować jedną rzecz z Twojej garderoby, co by to było?

Odp.: To bym się spaliła razem z szafą, bo nie mam pojęcia i wtedy też pewnie bym go nie miała ;)

Czego nigdy, przenigdy nie włożysz?

Odp.: Kusej mini albo szortów ledwie zakrywających pośladek i założonych na gołe ciało.

Na co najczęściej narzekasz (w sensie modowym)?

Odp.: Na ceny ubrań. I na długość niektórych – naprawdę sukienka maksi albo spodnie muszą być szyte dla rozmiaru XS albo XXS na wzrost 178? Serio?

Czy jest coś, co drażni Cię w innych blogach? Co to?

Odp.: Brak serdeczności. W sensie, że jak widzę blogerkę, która jest w blogosferze dwa miesiące dłużej ode mnie, wizyt ma mniej więcej tyle samo i stałych (to dla mnie w blogu najważniejsze, tak w ogóle) czytelników garstkę, a zadziera nosa, nie nawiązuje kontaktu z nowymi czytelnikami, a do stałych ma stosunek pełen wyższości i wykazuje totalny brak luzu, to odechciewa mi się do niej zaglądać i włącza mi się ten model krytyczny, którego (o czym w odpowiedzi na pytanie 3 napisałam) staram się wyzbywać. Bo dobra, pani X może w swoim zestawie dobrze nie wygląda całkiem, ale jak pani Y, wyglądając zwykle tak a nie inaczej uważa, że może panią X z błotem mieszać, to mi ręce z majtkami opadają. Lubię sprawiedliwość. I pokorę.
Drażnią mnie też błędy ortograficzne i kłopoty ze składnią uwidaczniające się w wielu postach, ale z racji, że polonistykę skończyłam już jakiś czas temu, to nie odnoszę się do tego. Ja słabo liczę, ktoś słabo pisze. Bywa.

Gdyby ktoś podarował Ci 20.000zł na rozwój Twojego bloga, w co byś zainwestowała?

 Odp.: Zacznijmy od tego, że rozpoczęłabym pertraktacje na temat tego, co ktoś przez "rozwój bloga" pojmuje ;P bo najchętniej zainwestowałabym w zabiegi medycyny estetycznej, które pozwoliłyby mi wreszcie podobać się sobie samej na zdjęciach :D

***

Chociaż pogoda się - jak widać za oknem - zepsuła, to ja i tak chcę Wam życzyć fajnej, udanej Majówki, takiej, która pozwoli Wam wypocząć :) Ja - z racji tego, że Leszek pojechał z rodzicami i siostrzeńcem w góry, spędzić nieco czasu z rodziną - byczę się w domu i odsypiam stres, w którym żyłam do środy: uczyłam się bowiem nieszczęsnej fizyki, a że efektów nauki nie znam jeszcze, to wolę póki co o tym nie myśleć ;P
Jednak - od jutra znowu czeka mnie nauka, tym razem rzeczy związanych z oligofazją.

Pozdrawiam Was serdecznie! Ściskam!

Wasza Mar!

P.S. Na portalu FashionWall.pl ukazał się mój felieton - zachęcam do czytania:

klik!