czwartek, 31 lipca 2014

Musztarda po raz (tego lata) wtóry

Tegoroczny szał letnich wyprzedaży "przeszłam" dość lekko.

 

Prawie tak lekko, jak lekko przechorowałam w dzieciństwie ospę wietrzną.


(No dobra, ospę zniosłam gorzej - pamiętam, że darłam japę na cały blok, jak mnie te piekielne krosty swędziały. Z "sejlami" było o wiele mniej histerycznie...)


Przyczyn tego ominięcia mnie przez wyprzedażowy szał upatruję w rzeczach następujących:

a) starzeję się i nie chce mi się łazić po sklepach - zwłaszcza, że coraz bardziej przeszkadzają mi współtowarzyszki zakupowej niedoli, które dla dostania się do upatrzonego swetra gotowe są sprzedać innym klientom kilka kuksańców i kopa, byle tylko szybciej dobiec do regału ze świeżą "dostawą"
b) nie mam zbyt wiele forsy i coraz bardziej "szkoda" mi jest wydawać miliony monet na ubrania (tym bardziej, że moja szafa zawiera głównie ciuchy, które z mody szeroko pojętej wyjdą niezbyt prędko, bo zwykle wybieram kolory i fasony ponadczasowe - pewnie dlatego, że w wielu "fikuśnych" sezonowych hitach nie wyglądam dobrze)
c) nie miałam czasu oddać się wyprzedażowemu szaleństwu - od poniedziałku do piątku pracuję do godziny 19, a jak z pracy wychodzę to zakupy są ostatnią rzeczą, o jakiej myślę (jak się weźmie pod uwagę też to, że centrum Łodzi znowu jest sparaliżowane, bo tramwaje jeżdżą objazdem a komunikacja zastępcza kursuje jak chce, to nie jest trudno zrozumieć mój całkowity brak chęci do planowania zakupowych wojaży ;P)

Jednak i tak coś tam upolować mi się udało!

 Jednym z takich łupów jest musztardowe cudo, co do przynależności gatunkowej którego nadal nie mam pewności - nie wiem bowiem, czy to jest właściwie sukienka, bluzka, czy może cieńszy sweter - i którym pochwalić Wam się postanowiłam :) 


 "Cudo" dorwałam w łódzkim outlecie Vero Mody - tak, tym, który mieści się przy Piotrkowskiej.
Ponieważ miejsce mojej pracy sąsiaduje z tym outletem niemal mur w mur, to jest to jedyny sklep odzieżowy, do którego ostatnimi czasy regularnie zaglądam - patrz punk "c" wywodu na temat tego, dlaczego zbytnio się na wyprzedażach nie obkupiłam ;) (kilka linijek wyżej - ten tekst, którego nie pogrubiłam ;P).
Większość ciuchów jakie tam można kupić jest już przez przymierzające tak styrana, jak chłop pańszczyźniany po całym dniu pracy w polu - jednak od czasu do czasu (zwłaszcza w dni dostawy) można wyszperać tam coś fajnego.

"Cudo" przyszło do sklepu akurat wtedy, gdy go odwiedziłam ;)

 
To jest kolejna z moich odzieżowych miłości od pierwszego wejrzenia - po pierwsze ze względu na kolor, po drugie ze względu na krój.

No bo jak coś jest wielkie i luźne, to nie mogę tego nie pokochać <3
A jeszcze jak ma rozcięcie na plecach, to już w ogóle!

musztardowa sukienka rozcięcie na plecach

 Bardzo chciałam nosić to giezło jako sukienkę - niestety okazało się, że o tyle, o ile jego tył jest na to idealny, to przód jest na to chyba nieco zbyt krótki ;)
Po kilku próbach zakładania giezła do długich spodni doszłam do wniosku, że najlepiej będzie zestawić je z szortami. Jako cienki sweter. 

To był strzał w dziesiątkę!

  
Dobierając resztę rzeczy, jakie mogłabym założyć do mojego musztardowego cuda, postawiłam na znaną Wam już z ostatniego posta "pieprzniczkę" (też tak macie, że jak już w coś "wskoczycie", to potem macie ochotę nosić to coś ciągle i ciągle?), dużą torbę i sandały, które kupiłam za grosze i ze względu na bardzo wygodną, drewnianą podeszwę. 

 Potem dopiero się zorientowałam że to chyba coś stworzone "na wzór" modnych ostatnio i znienawidzonych przez połowę społeczeństwa "birkenstoków" ;P


Ja tam hejtów nie klapki Birkenstock nie rozumiem - może do eleganckiej kiecki fajnie nie wyglądają, ale na wiele blogów zaglądam i ponad 80% dziewczyn pokazujących te buty światu na sobie łączy je tak fajnie, że przyczepić się nie można.


W każdym razie - moim sandałom wiele do Birkenstocków brakuje, ale myślę, że są równie wygodne.

Są też od Birkenstocków nieco chyba zgrabniejsze ;>


  Zdjęcia z dzisiejszego posta popełniliśmy wraz z Lechem w Porcie Łódź - zaniosły nas tam moje służbowe obowiązki, bo Szefowa poleciła mi kupić wieszaki do sklepu ;P

A że właśnie w Porcie Łódź mieści się łódzka IKEA...


"Normalnie" nigdy do Portu nie jeżdżę, bo to daleko dość od moich rewirów.
Do Manufaktury mi o wiele bliżej.
Był to więc mój trzeci tam w życiu pobyt. 

zdjęcie flara
 Jestem zakochana w tych "sflarowanych" zdjęciach.
Leszek był na mnie zły, że wybrałam właśnie je ;P

Otóż te flary, Moi Drodzy, to nie jest żaden fotoszopowy efekt.

Kiedy robiliśmy zdjęcia, to słońce było naprawdę ostre.
Albo jest to skutek jakiegoś odbicia promieni słonecznych właśnie albo tego, że na obiektyw dostał się jakiś paproch i tak nam światło pozałamywał ;P

zdjęcie flara blog

W każdym razie - ja uważam te zdjęcia za jedne z najładniejszych jakie mam, a Leszek sądzi, że powinnam zapomnieć o nich i nie umieszczać, bo to wstyd ;P

Po cichu myślę jednak, że warto je Wam pokazać ;)

aviatorki blogerka

Sweter - Vero Moda
Szorty - H&M
Torba - Cropp Town
Wisior - biżuteria autorska
Okulary - C&A
Sandały - Buty Na Czasie

Zostawiam Was, Moi Mili i Moje Miłe, ze zdjęciami!

Uciekam do pracy i życzę Wam udanego weekendu.
My planujemy pojechać nad Jeziorsko.

aviatorki blogerka
Chociaż na kilka chwil - żeby Leszkowi udało się zrobić jakieś "jego" zdjęcia (to i może jakieś "moje" przy okazji ^^?) a ja żebym nogi mogła w jakiejś - innej, niż ta w wannie - wodzie zamoczyć ;)


Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Mar!

czwartek, 24 lipca 2014

Szarawary, "pieprzniczka", falbany

 

Z każdym wolnym od pracy dniem - a weekendem w szczególności - to jest tak, że ledwo się zaczyna, to człowiek się orientuje, że właśnie się skończył.


Z moim wolnym weekendem było tak samo.

Właściwie, to wkrótce rozpocznie się kolejny (tym razem nie wolny, acz imprezowy i obawiam się, że to się może źle skończyć ;P), a ja ciągle rozpamiętuję ten miniony.
Odpoczęłam, odpoczęłam - a jakże.

No i wyspałam się za wszystkie czasy!

Dobra, łżę - wcale się nie wyspałam, bo ja nie potrafię się wyspać na zapas.
Mogłabym spać 24 godziny na dobę i ciągle byłoby mi mało.
W każdym jednak razie - trochę podrzemać mi się udało ;)

No i wreszcie odwiedziłam (wraz z Lechem, rzecz jasna!) borysewskie ZOO Safari!
Co prawda tapiry się gdzieś przede mną schowały (kocham tapiry! najbardziej urocze zwierzaki świata ;)), ale za to kucyki i zebry dawały się głaskać ;)

Po trzyletniej prawie nieobecności zawitałam także ponownie do term w Uniejowie, gdzie poczyniłam jakieś tam kroki w kierunku przełamania mojej niechęci do podjęcia prób nauki pływania.
O tym, że to przełamywanie lęku przed wodą polegało na położeniu się w brodziku o głębokości dwudziestu centymetrów wspominać nie powinnam, ale że przyzwyczaiłam Was do dużej porcji beki w każdym niemal poście, to wspomnę, a co mi tam ;)!

Rzeczony wolny weekend udało nam się wykorzystać także na zrobienie kilku zdjęć - post ze zdjęciami z niego miał się ukazać dopiero w przyszłym tygodniu, ale że uznaliśmy wraz z Lechem zgodnie, iż te zdjęcia są lepsze od zrobionych w ubiegłym tygodniu, to i plany blogowe zmianom uległy ;)

Sesja trwała minut kilkanaście, bo wybraliśmy się na nią akurat wtedy, kiedy nad łódzkie Bałuty postanowiła nadejść burza.

Leszek schował aparat w momencie, w którym lunęło - możecie nam więc pogratulować refleksu ;)

stylizacja z szarawarami | szarawary Lokaah | stylizacja na lato | jak nosić szarawary | wrzuć na luz | blog modowy szarawary | blog o modzie
"Gwiazdą" dzisiejszego posta są moje ukochane, przewiewne jak żadne inne spodnie i idealne wprost na lato szarawary.

Gdyby ktoś zapytał mnie jeszcze dwa miesiące temu, czy kiedykolwiek zdecyduję się kupić sobie jakiś ciuch, który nie będzie dżinsami i będzie niebieski, to tego kogoś z pewnością bym wyśmiała.


Ale kiedy zobaczyłam te szarawary (idąc do pracy w pierwszy jej dzień) w jednym z punktów, które zawsze będąc przy łódzkiej Piotrkowskiej i mając czas odwiedzam - w butiku z odzieżą indyjską Lokaah - to zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia!

Po pierwsze dlatego, że wszelkie szerokie modele spodni uwielbiam do szaleństwa.

Im są szersze, tym lepiej mojej do nich sympatii wróży!


Po drugie temu, że one właściwie nie są niebieskie - to taki ni szary, ni niebieski.

Jak moje oczy.


Kiedy przyniosłam szarawary do domu i przebrałam się w nie żeby jak najszybciej pochwalić się swoim nowym zakupem Leszkowi, to Mój Luby powiedział tylko: 

"Mmmmmhhhhhmmmm....."

Wymowne ;)

Po chwili dopiero rzucił: "Chodź, chodź - coś ci pokażę!"
Pokazał mi to. Ten właśnie fragment tego (znanego zapewne wszystkim) nagrania:

https://www.youtube.com/watch?v=otCpCn0l4Wo&feature=youtu.be&t=2m


Od tego dnia słowa "szarawary" nie używamy - teraz to są... hammerki ;)


Z czym noszę moje hammerki?

Bardzo dobrze prezentują się z bluzką z tych zdjęć: klik!

Całkiem nieźle wyglądają też z wszelkimi krótkimi - i oczywiście czarnymi, bo jakże mogłoby być inaczej? - topami.

Na nieformalne, luźne wyjścia wybieram do nich zwykłe (i też najczęściej czarne) koszulki.

Jednak szykując sobie "strój" na ubiegły weekend wykombinowałam, że założę do nich moją ulubioną... tunikę.

A właściwie to chyba nawet sukienkę ;)


To falbaniaste cudo to naprawdę sukienka!

Sięga mi do kolan, jest wykonana z ładnego, niezbyt cienkiego szyfonu i ubóstwiam ją wielce.

Noszę ją do spodni, wypuszczoną na zewnątrz.

Zakładam ją jako sukienkę - ot, do sandałów lub balerin.
Ale najbardziej lubię ją w tym wydaniu, które możecie podziwiać na niniejszych zdjęciach - wpuszczoną w spodnie, lekko zbluzowaną.


Oczywiście - spodnie te muszą być luźne, żeby cały ten dół sukienki zmieścił się w nich bez trudu i żeby się na materiale spodni nie odznaczał ;)
Więc - hammerki sprawdzają się tu idealnie ;)

Worek już znacie - pokazywałam go Wam w styczniu, wtedy jednak dobrałam do niego inne karmelowe buty - botki.

Latem do worka noszę te oto sandały.

Nawet nie wiecie, ile zajęło mi znalezienie butów w identycznym jak worek odcieniu ;)

Ale - udało się.

Tak, tak - ja jestem z tej starej, niemodnej prawie tak, jak Niemodne Polki szkoły, według zasad której buty muszą być zgrane kolorem z butami.
Inaczej nie lubię i już.
Nie obchodzi mnie, że tak się już nie nosi, że w ten sposób, to tylko stare baby i ciotki ze wsi.
Trudno.
Wychowałam się w małym miasteczku, jakby co, to ten argument mam na swoje usprawiedliwienie ;P

Sandały mają dwa lata i sprawują się świetnie.
No, może tylko trochę przody podeszew im się pozdzierały - ale wychodziłam w nich naprawdę wiele kilometrów, więc miały prawo.
To jedne z najwygodniejszych butów, jakie mam.
W nich też najbardziej lubię spędzać pracujące dni.
Noga mi się w nich nie poci, nie ślizga, nie męczy.
Bardzo bym nie chciała, żeby umarły - drugich tak fajnych pewnie nie znajdę.

Ale co tam worek, co tam sandały - "pieprzniczka"!

O pieprzniczce napisać muszę Wam jeszcze!

"Pieprzniczka" to żartobliwa (przez Leszka wymyślona ;P) nazwa pięknego wisiora, który jest moją pamiątką ze spędzonych w Świnoujściu wakacji roku 2012.

Wpadła mi w oko w czasie jednego ze spacerów po tym uroczym mieście - na stoisku z biżuterią rozstawionym przy promenadzie przez pewną młodą dziewczynę w dredach.
Dziewczyna ta wyprzedawała całość zrobionej przez siebie biżuterii.
Za to cudo policzyła sobie... 5 złotych!

Tak, pewnie nie wierzycie.
Ja też nie mogłam uwierzyć, jak podała mi cenę ;P

Była jeszcze wersja z kulką w różu, na beżowych sznurkach.
Tę wzięłam dla mamy.
I na tę mówię "solniczka".

Może kiedyś też Wam ją pokażę, kto to wie ;)


szarawary - Lokaah
tunika - H&M
sandały - H&M
worek - H&M
rzemyki - Lokaah
wisior - biżuteria autorska
okulary - no name


No dobrze - to jak Wam się moje hammerki podobają ;)? 


Uciekam szykować się do pracy, a Wam życzę miłego smażenia/wygrzewania się w pięknym, lipcowym słoneczku (jeśli macie wakacje) albo wytrwałości w znoszeniu tego słoneczka i towarzyszącej mu letniej duchoty, jeśli zmuszone jak ja jesteście do tego, żeby pracować  ;)


No dobra, wiem, wiem - wredna jestem, bo dziś podobno ma przyjść załamanie pogody, więc te moje życzenia mogą nieco ironicznie zabrzmieć ;P


 Ale kryzys pogodowy ma być chwilowy ;P


Ściskam Was bardzo,
Wasza Mar!

środa, 16 lipca 2014

Kosmetyczne recenzje Mar: ALTERRA - maska nawilżająca do włosów suchych i zniszczonych 'Granat i Aloes'


Dawno, dawno temu (kiedy to jeszcze ziemia łódzka opadem śnieżnym spowitą była) recenzowałam dla Was szampon Alterry przeznaczony do pielęgnacji włosów farbowanych.



Ponieważ z szamponu zadowoloną byłam wielce, to po lekturze tak Waszych pod moim postem ówczesnym komentarzy, jak i innych blogowych recenzji, czy wreszcie też na Wizażu pozostawionych na temat tych produktów opinii postanowiłam wypróbować także maskę i odżywkę, które na Rossmannowej półce dostrzegłam już w dniu zakupu szamponu.
Dziś kilka słów o masce - kolejne moje kosmetyczne pisanie poświęcę odżywce.

Na wstępie powinnam chyba zaznaczyć jedną z ważniejszych rzeczy w tym poście - a mianowicie to, że do dnia dzisiejszego zużyłam już 6 opakowań rzeczonej maski, także sądzę, że moja "recenzja" ma solidne podstawy :>

Właśnie dlatego tak długo z nią zwlekałam - zdaję sobie bowiem sprawę z tego, że choć kobieca natura wprost stworzoną do sięgania po nowości jest, to jest też na świecie sporo kobiet takich jak ja, którym nie tylko takie kosmetyczne skakanie z kwiatka na kwiatek (dla samego nowości wypróbowania) w głowie, ale które w nowinkach przebierają po to żeby znaleźć coś, z czym na dłużej zostaną. I nie jedynie z przyzwyczajenia, a dlatego, że dana rzecz po prostu im służy ;)

Ja naprawdę taka jestem!
Jeśli znajduję kosmetyk, z którego jestem w pełni zadowolona, to ani mi się śni szukanie jego następcy ;)
Ale... przyznaję jednocześnie, że z kosmetykami bywa tak, jak i z facetami - czasem trzeba trochę poznać "materiał", zanim się będzie pewną, że to właśnie to, czego się szukało ;)

Z tej też przyczyny czasami zwlekam z wydaniem werdyktu i potrzebuję czasu, żeby upewnić się, czy na pewno swojego osądu pewną jestem.
Zwłaszcza jeśli pierwsze wrażenie które kosmetyk na mnie wywarł jest pozytywne ;)

No, ale dobrze, dobrze - przestaję ględzić i przechodzę do recenzowania!


----------------------------------------------------------------------------------------


Alterra: Haarkur Granatapfel & Aloe Vera

(Maska nawilżająca do włosów suchych i zniszczonych 'Granat i Aloes')

 

 


Pamiętam, że kiedy pochwaliłam się na swoim prywatnym fejsbuku, że halo, halo znajomi: ja, Mar, nowego posta wysmarowałam i można sobie poczytać o fajnym szamponie Alterry, to jedna z moich koleżanek - Gosia - zostawiła mi wtedy komentarz: "A maska Alterry jaka fajna! Lepsza, niż Kerastase!".

Odnotowałam ten komentarz, ale wierzyć mi się nie chciało, że taka tania rzecz może być na serio porównywalna pod względem właściwości z produktami Kerastase.
Niemniej - będąc pod ogromnym wrażeniem, jakie wywarł na mnie szampon Alterry maskę też wypróbować musiałam.

Jakie są moje wrażenia z obcowania z nią (już ze wstępu wiecie, że długiego - może niepotrzebnie spoilerowałam, ech ;P)?
Opiszę je, pokrótce, niżej, poprzedziwszy opis ten charakterystyką produktu.


Cena i dostępność: 

Produkt jest do kupienia w każdym Rossmannie. Biorąc pod uwagę to, że ostatnimi czasy Rossmanny stawia się wszędzie, gdzie się zmieszczą, to kłopotów ze znalezieniem jakiegoś w swojej okolicy każda chcąca maskę wypróbować miała nie będzie.

W regularnej cenie maska kosztuje 9 złotych z groszami.
Jednak średnio raz na półtora miesiąca wszystkie produkty Alterry przeznaczone do pielęgnacji włosów są w promocji i wtedy kosztują złotych 5. Ta, też z groszami :>


Pojemność/rodzaj opakowania/komfort korzystania z opakowania:

Maskę dostajemy w plastikowej tubie.
Takiej, którą stawiamy na klipsie.
Opakowanie jest wykonane z miękkiego plastiku.

Specjalnie zaznaczam tę miękkość, bo każdy, kto trochę kosmetyków w życiu zużył wie, że takie opakowania bywają problematyczne kiedy kosmetyk się kończy - wiesz wtedy, człeku, że jeszcze trochę preparatu zostało, naciskasz, naciskasz, a tu dupa, bo się zasysa tubka i wgniata, no i bez nalania do środka wody nic z niej nie wyleci.

Tani produkt, tanie opakowanie.

Klips trzeba mocno docisnąć.
I sprawdzić, czy się docisnął.
Zwłaszcza przed zabraniem tubki w podróż/wsadzeniem jej do kosmetyczki.
Bo można się niemile rozczarować :>

Maski jest 150 ml.

Skład jest nadrukowany na tubie, polskojęzyczna etykieta jest zwykłą białą kartką naklejoną na opakowanie.


Stosunek ceny do pojemności:

W porządku. Przynajmniej moim zdaniem.


Konsystencja i zapach:

Maska pachnie mi jak... różana marmolada :>
Pachnie mi jak pączki, które moja mama smaży w Tłusty Czwartek.
Mnie się ten zapach podoba, ale nie każdemu musi przypaść do gustu.

Z oceną konsystencji mam problem - z jednej strony maska jest dla mnie za gęsta.
Tak, za gęsta.
Nawet, kiedy wyciskam jej bardzo dużo, to mam problem z równomiernym rozprowadzeniem jej na całej długości włosów.
Ciągle mi mało i mało.

Z drugiej - czasami uważam, że jest za rzadka.
Bo jakoś tak szybko cieknie mi przez palce i spływa po wannie.

W każdym razie - jeśli chcę być obiektywną, to muszę podkreślić, że bardzo trudno jest (mając, jak ja, włosy sięgające piersi, grube i gęste) pokryć maską całość włosów przy jednorazowym wyciśnięciu maski z tuby.
Moim zdaniem - tego się, po prostu, zrobić nie da.
Chociaż w sumie - da, ale włosy nie będą wtedy pokryte nią dokładnie.


Skład:

Ja uważam, że ten skład jest fantastyczny.
Fantastyczny, jak na maskę do włosów w tej cenie i fantastyczny jak na maskę do włosów w ogóle.
Kto nie wie albo zapomniał, tego informuję i temu przypominam, że 90% dostępnych w drogeriach masek do włosów poza mnóstwem silikonów nie zawiera niemal żadnej substancji aktywnej, a roślinnej, to 97%.
Kto nie wie albo zapomniał, tego informuję i temu przypominam, że prawie wszystkie dostępne w tej półce cenowej maski (a i te z wyższych półek też) zawierają mnóstwo chemii, która zaszkodzić, to pewnie przeciętnemu człowiekowi nie zaszkodzi, ale która na pewno nie sprawi, że włosy będą lśniące, miękkie i gładkie.
Znaczy - może i będą, ale tylko do zmoknięcia albo położenia się spać :>

A maska Alterry zawiera bardzo wiele fajnych rzeczy!

Po pierwsze - bogaty w lipidy olej z pestek granatu, po drugie - olej rycynowy, który ma silne właściwości nawilżające, po trzecie - wyciąg z owocu granatu, naturalny filtr przeciwsłoneczny a w dodatku substancję o dość silnych właściwościach regenerujących, po czwarte - nabłyszczający włosy i także je nawilżający wyciąg z aloesu, po piąte - ekstrakt z kwiatu akacji (przydający włosom sprężystości i wytrzymałości na różne osłabiające je czynniki zewnętrzne), po szóste - olej ze słodkich migdałów (odżywia!), po siódme - masło Shea, które także silnie nawilża, po ósme - olej sojowy (fajny antyoksydant i równie dobry jak poprzednie składowe nawilżacz), po dziewiąte - olej z nasion krokosza barwierskiego (zapobiega utracie wody z powierzchni włosa)

Nawilżaniu, odżywieniu i wygładzeniu włosów w masce Alterry służą też takie składniki, jak: 

Lauroyl Sarcosine - z jednej strony nawilża, z drugiej oczyszcza włos.
Sodium Lactate - zmiękcza włos.
Panthenol - jego działania tłumaczyć nie trzeba ;)
Ascorbyl Palmitate - przyczynia się do ochrony przed negatywnymi skutkami promieniowania słonecznego na włosach, zapobiega szorstkości włosów (chociaż ten składnik jest wymieniony na opakowaniu pod koniec składu, także dużo, to go tam nie ma ;))
Tocopherol - można sobie wygooglować, czym jest to "coś", co tak obco i groźnie brzmi :> 
Stearamidopropyl Dimethylamine - składnik naturalny i pozyskiwany z... oleju rzepakowego, zastępuje działanie silikonu, ma właściwości antystatyczne.

Naprawdę ciężko jest się doczepić do czegokolwiek w składzie tej maski.
Okey - do alkoholu na drugim miejscu.
Ale... ale skoro ten kosmetyk nie zawiera żadnych konserwantów, to czym innym, niż alkoholem można by go zakonserwować, żeby się nie zepsuł?
No i do substancji zapachowych na końcu składu - z tym, że producent twierdzi, że substancje te pochodzą z naturalnych olejków. Chemiczką nie jestem, nie wiem, jakie to terpeny są naturalne, wiem jednak, że mogą alergizować.
Ale zdrowy rozsądek podpowiada mi, że szanse na to, aby zalergizowało coś, co jest na końcu składu samym raczej marne są.

Niemniej - kto wie, że jest na te substancje (Linalool, Limonene, Geraniol, Citral, Citronellol) uczulony, z maski zrezygnować profilaktycznie powinien. Albo nie stosować jej przy skórze głowy. 


Działanie:

Producent tak zachwala swój produkt:


Co ja sądzę o właściwościach maski i jak się do tego co producent pisze stosunkuję? 

Moje włosy to włosy farbowane od lat. Niemal codziennie katowane prostownicą. W sumie - nie mam wyboru. Jeśli ich nie wyprostuję, to nie tyle, że się falują. Nie, Moi Mili i Moje Miłe - one się wywijają na wszystkie strony. Najchętniej na końcach. I mało symetrycznie.
Logicznym jest więc to, że pozbawione nawilżania szybko się łamią, niszczą, puszą, matowieją i są sianowate.
Żeby temu zapobiegać staram się kondycjonować je najlepiej jak umiem.
Ale - bez przesady.
Nie mam natury włosomaniaczki (czasem nad tym boleję), nie wcieram w nie co i rusz nowych specyfików.
Raz w tygodniu obsmarowuję je do tłustości olejem arganowym, nakładam na łeb czepek, idę spać a rano to zmywam, po każdym myciu wcieram olejek arganowy w same końce, a po wyprostowaniu włosów lekko tylko muskam je jedwabiem w płynie.
Przed prostowaniem psikam na włosy sprayem termoochronnym.
I tak od miesięcy.

Jednak nie daje to jakichś spektakularnych efektów, jeśli po umyciu włosów szamponem nie nałożę na nie jakiejś dobrej, realnie działającej odżywki albo maski.
No i jeśli ich nie podcinam - ostatnio zrobiłam z tym porządek, więc jest dobrze ;)

Do czasu sięgnięcia po maskę Alterry nie sądziłam, że jakakolwiek maska z niższej półki może pomóc moim włosom nie straszyć nimi świata.
Myślałam, że taka już moja uroda - że chociaż szampon Alterry pomógł mi uporać się z problemem blaknięcia koloru (ja naprawdę jestem w stanie ciągle być wiśniowa, a nie ruda po kilku myciach, jeśli trzymam się wyłącznie tego cuda! uwierzcie, no!!!), to nie zanosiło się na to, że kiedykolwiek będę mogła cieszyć się miękkimi i błyszczącymi włosami.

Myliłam się. I to srogo.

Maska Alterry sprawiła, że polubiłam swoje włosy :)

Już po pierwszym użyciu zauważyłam ich miękkość. I taką niesłychaną wręcz delikatność.
Tego na moich włosach nie było.
Pamiętam, jaka zachwycona nimi byłam, kiedy po raz pierwszy użyłam tej maski.
Błyszczały się i odbijały światło.

A nie byłam od razu po farbowaniu, oj nie!

Po dłuższym stosowaniu, a kilka miesięcy z tą maską już mi stuknęło, mogę napisać że zauważyłam o wiele większą odporność moich włosów na łamanie się i rozdwajanie.

Cudów nie będzie - długi, farbowany, puszczony luźno i prostowany włos będzie się niszczył.

Pytanie tylko: w jakim tempie.
Dzięki regularnemu używaniu tej maski moje włosy niszczą się zdecydowanie wolniej, niż bez niej.

I nie zalewam - tak jak pisałam wyżej, reszty pielęgnacji nie zmieniłam.
Zachowywałam się w stosunku do moich włosów tak samo przed rozpoczęciem przygody z maską Alterry ;)

Poza tym - włosy o wiele dłużej niż przy samym tylko myciu szamponem chroniącym kolor zachowują intensywny odcień. Wnioskuję więc, że maska pomaga domykać łuski włosów, że nie wysusza mi ich.

W maju zrobiłam eksperyment - odstawiłam maskę na dwa tygodnie i patrzyłam, jak kolor się wymywa w porównaniu do wymywania w czasie jej stosowania.
No i owszem, szampon Alterry chroni kolor dobrze, ale kiedy pomagam mu w tym jednoczesnym stosowaniem maski, to jest o wiele lepiej.

Maska Alterry ułatwia mi też okiełznanie moich włosów - w przeciwieństwie do wielu innych kobiet, ja nie mam fetyszu puszystych włosów.
Lubię, kiedy wyglądają na świeże, ale wolę, gdy przylegają do głowy i kiedy leżą sobie płasko, niż kiedy są sypkie.
Przy stosowaniu rzeczonej maski Alterry efekt ten udaje mi się osiągnąć.
Bez - bywa ciężko, próby ogarnięcia tego z użyciem olejku arganowego kończą się czasem tragicznie.


Preparat nie powoduje przetłuszczania się "owłosienia".

Ja nakładam tę maskę tak, że myję włosy szamponem, potem wycieram je w ręcznik (nigdy nie nakładam maski na bardzo mokre włosy) i dopiero gdy lekko je osuszę - wcieram maskę.
Wcieram ją na całej długości - tak na końcach, jak i u nasady.
Im więcej, tym lepiej.
Bo - jak pisałam na początku - tej maski ciągle mi mało.
Jeśli nie nałożę jej bardzo dużo, to mam wrażenie, że nie nałożyłam jej wcale.

Bardzo dużo = 2, 3 porcje wielkości dużego orzecha

W każdym razie - w ogóle nie przejmuję się omijaniem skóry głowy.

Maskę trzymam długo - zwykle około dwudziestu minut, ale zdarzało mi się trzymać ją i czterdzieści.

Nigdy nie dostałam łupieżu.
Nigdy włosy nie były potem oklapnięte i bez życia.
Nigdy mi się nie przetłuściły.

Jest to więc dla mnie preparat idealny także dlatego, że całkowicie bezproblemowy - nie muszę się z nim bowiem obtykać i cackać.
Uważać i bać się, że chwila nieuwagi i zafunduję sobie włosogłowny armagedon.

A zdarzały mi się takie armagedony - chociażby wtedy, gdy używałam masek Kallosa i BioVax'u.
Ile to razy nabawiłam się z nimi łupieżu albo po prostu zafundowałam sobie łeb a'la pajda ze smalcem wiejskim - nie zliczę.

Bardzo więc cieszę się, że zaryzykowałam i spróbowałam maski Alterry - obecnie nie wyobrażam sobie nie móc jej stosować.
W łazience mam już ustawione w szafce i zakupione na zapas trzy następne jej opakowania.

Producent (czy tam właściwie dystrybutor) umieszcza na opakowaniu obietnicę zgodnie z którą po używaniu tej maski nasze włosy mają zyskać "nową energię".

Jeśli jako nową energię rozumieć zdrowe i ładne po prostu wyglądanie włosa to uważam, że żadnego przekłamania ze strony osób piszących tu nie ma.
Ten produkt naprawdę pozwolił moim włosom na odżywienie się.


Słabe strony:

Wydajność - biorąc pod uwagę to, ile muszę jej nałożyć, żeby nie czuć dyskomfortu z powodu uczucia "niedomaszczenia" maska wystarcza mi przy stosowaniu co drugi, trzeci dzień (bo taka jest częstotliwosć mojego mycia włosów - czasami myję je codziennie, ale to się zdarza rzadko, poza tym nie ma potrzeby żebym robiła to codziennie) na około 3, w porywach 4 tygodnie stosowania.

Mało. 

Ale czasami zastanawiam się, czy może nie jest to i tak dużo, biorąc pod uwagę długość moich włosów i to, że maski jest jedynie 150 ml? 

Substancje zapachowe - jak wspomniałam: mnie i mojemu zdrowiu nie szkodzą. No - ale są.
A producent pisze, że niby ich nie ma.


Stosunek ceny do jakości produktu:

Nie ma powodu, żebym ukrywała przed Wami fakt mojej fascynacji tym produktem.
Nie widzę też żadnego powodu, dla którego miałabym nie napisać, że za te parę groszy które maska Alterry kosztuje, to nie znajdziecie niczego lepszego.

To znaczy - może i znajdziecie coś, co będzie Wam odpowiadać i co krzywdy Wam ani Waszym włosom nie zrobi, ale szansa na to, że będzie to coś z dobrym składem i dające Waszym włosom cokolwiek są nieduże.

Uważam, że jest to jeden z niewielu preparatów przy opisie których znajdziemy takie epitety jak "organiczny" czy "naturalny", a które naprawdę takie są.
Na rynku jest wiele marek opatrzonych mianem produkujących kosmetyki naturalne podczas gdy tak naprawdę produkty te wcale naturalne nie są.
Nie są też łagodne i pozbawione chemii - wbrew temu, jak się je reklamuje.
Ale mimo tego wiele osób po nie sięga, bo wychodzi z założenia, że lepsze mniejsze zło, niż większe.
Że lepiej wybrać kosmetyk z pięcioma składnikami chemicznymi, niż z dziesięcioma.

Myślę, że takie osoby mogłyby spróbować tej maski - jeśli Wam się nie spodoba, to stracicie kilka złotych.
Jeśli przypadnie Wam do gustu, to zyskacie naprawdę porządnego sprzymierzeńca w walce o lepszy wygląd Waszych włosów.


Dla kogo może być dobra, a komu nie odpowiadać:

Myślę, że posiadaczki grubych i gęstych włosów (takich jak moje) będą z niej zadowolone.
Zwłaszcza włosów farbowanych, chociaż nie do takich maska jest docelowo przeznaczona.


Co zaś się tyczy włosów cienkich i delikatnych, to spodziewam się tego, że maska Alterry może je obciążać (chociaż, z drugiej strony, nie wiem co w tym składzie miałoby włos obciążać, ale już tam - w sumie ta maska rzeczywiście jakaś taka ciężkawa jest).


Moja ocena:

Jak dla mnie - zasłużone 5+


---------------------------------------------------------------------------------------------


Udało mi się wreszcie uzyskać obietnicę wolnej soboty!

Nie myślę więc obecnie o niczym innym jak o weekendzie i nie mogę się go doczekać.

Planujemy z Lechem wybrać się do Uniejowa - termy, plaża <3

Jak tu się nie niecierpliwić, no?

Ciągle szukam na wyprzedażowych wieszakach kombinezonu dla siebie, ale póki co nie zanosi się na to żebym mogła dostać gdziekolwiek taki model, który będzie na mnie pasował i w którym będę się czuła dobrze.

Trudno.

Więcej pieniędzy w portfelu - więcej radości i mniej smutków :>

Uciekam, Moi Drodzy, mając jednak nadzieję, że chociaż parę osób przekonam swoją recenzją do wypróbowania maski Alterry - uwierzcie, naprawdę warto spróbować.

Pozdrawiam Was bardzo, bardzo ciepło - Wasza Mar!

piątek, 11 lipca 2014

Moja "pierwsza" maksi



Już w dzieciństwie lubiłam długie sukienki. I spódnice.



Czułam się w nich zawsze jak jakaś księżniczka z bajki Disney'a.
Godnie.
I elegancko.

Z wiekiem sympatia ta wcale mi nie minęła. Jednak od czasu, kiedy skończyłam lat naście i pożegnałam się ze stylem miejskiego menela (bo mniej więcej tak wyglądałam w okresie nastoletniego buntu ;P) zaczęłam patrzeć na siebie w długie spódnice i sukienki odzianą okiem nieco bardziej krytycznym.
Zanim to nastąpiło znosiłam do domu całe naręcza długich spódnic (kraciastych, najlepiej kraciastych! albo takich w kwiaty!), do tego zakładałam glany albo sandały i byłam najbardziej zadowoloną z własnego wyglądu mieszkanką powiatu zgierskiego.

Kiedy postanowiłam nieco wydorośleć i doszłam do wniosku, że no dobra, Mar, czas iść na studia, więc czas też przestać ludzi swoim wyglądem straszyć, to zaczęłam też coraz poważniej podchodzić do tu i ówdzie wysłyszanych tekstów - tych głoszących, że niskie kobiety w długich kieckach nie powinny paradować.
Bo to śmiesznie wygląda.
Bo skraca.
No i że co jak co, ale eleganckie to to nie jest na pewno.

Jakoś szczególnie niska nie jestem (całe 165 centymetrów), ale co prawda to prawda - nóżki mam króciutkie.

Bardzo sobie tę opinię wzięłam do serca.
Tak bardzo, że wyniosłam na śmietnik wszystkie moje długie nabytki :>

No cóż...

Nigdy nie twierdziłam, że wszystkie podejmowane przeze mnie w moim dwudziestosześcioletnim życiu decyzje były sensowne.
Ba!
Skłonna jestem wręcz stwierdzić, że przeważająca większość z nich (łącznie z wyborem pierwszych studiów) była durna i mało przemyślana.

Tak, ta też.

Oto bowiem mniej więcej w połowie zeszłego roku doszłam do wniosku, że nie, nie i nie!
Skoro wszystkie chodzą w tych długaśnych kiecach (a, no tak, bo w międzyczasie moda na długość maksi wróciła - to, co jeszcze dziesięć lat temu było przymiotem nastoletnich "hipisek" zaczęło być noszone na wybiegach i salonach ;)), to ja też znowu chcę!

A że jak ja sobie coś postanowię, to żadna siła mnie od tego nie odwiedzie, no to stało się.

Kupiłam.

Tytuł posta w zasadzie nie oddaje w pełni prawdy, bo kto przeczytał to, co napisałam powyżej ten szybko wyłapie, że wcale ta maksi nie taka pierwsza a enta, ale to taka moja pierwsza "dorosła" maksi - więc nie jest to żadne przekłamanie, nie ;)

Zanim przytargałam tę moją "dorosłą" maksi do domu i zawiesiłam ją z dumą w swojej szafie minął rok.
Tak, tak długo zajęło mi znalezienie takiej maksi, która nie jest maksi w wersji hiper - czyli nie ciągnie się pół metra za mną.
Oczywiście, mogłabym kupić nawet tę długą i oddać do skrócenia, albo skrócić ją samodzielnie.

Tyle, że: a) jestem leniwa, b) większość tych, jakie mi się podobały była zrobiona z materiałów, które sama bym moim nieudolnym, graślatym "maszynieniem" zniszczyła i z którymi wszystkie znane mi krawcowe też zapewne by się z należytą ostrożnością nie obchodziły.

Całe więc szczęście, że jakoś w okolicach tegorocznego marca zamiast w mury mojej Alma Mater, wprost na zajęcia, licho poniosło mnie do H&M'u. Tam też odkryłam (na dziale Basic) zwykłe, proste i bawełniane (wreszcie normalny materiał!) sukienki maksi.
Pomierzyłam, pokombinowałam i wybrałam - właśnie tę, którą możecie "podziwiać" w dzisiejszym poście :)

Ponieważ tegoroczne lato jest dość kapryśne i dopiero niedawno rozkręciło się na dobre, to zbyt wielu jeszcze okazji do lansowania się w moim długim cudzie nie miałam, ale kilka patentów (całkiem intuicyjnych, z ręką na sercu!) odnośnie łączenia go z resztą garderoby już opracować zdążyłam.

Po pierwsze - zauważyłam, że mój model sukienki fajnie wygląda z wszelkimi mało konwencjonalnymi, luźnymi marynarkami, koszulami albo narzutkami.
Na przykład z takimi, jak moja oliwkowa (to chyba najlepsze słowo na określenie jej koloru ;P) "marynarka" z Reserved - tak, tak, przypomniałam sobie o jej obecności w mojej szafie właśnie przy okazji kombinowania, co by tu do tej kiecki dobrać.
I bardzo dobrze, bo ukrywając ją (marynarkę, nie szafę) pod jakimiś starymi bluzami albo porozciąganymi spodniami wiele bym straciła - przecież jest taka fajna!
Przeleżała sobie kilka lat, bo chyba w 2010 roku przywiozłam ją z którejś z letnich podróży do Krakowa, po czym doszłam do wniosku że mi się nie podoba i ciep - oddałam ją molom na pożarcie ;)


Całe szczęście, że się w niej nie rozsmakowały, bo jest idealnym ciuchem na lato - bawełniana, więc przewiewna. Zielonkawa, to pasuje mi do koloru włosów.
A w dodatku - o fajnym kroju!

Czego chcieć więcej od marynarki na lato, no pytam?


Dobra, macie rację - żeby była czarna ;P
Widzicie, jak mnie znacie ;P?

Po drugie - tak, tak, już pewnie go dostrzegliście na pierwszym zdjęciu ;)


W rzeczy samej - kapelusz.
Kapelusz z wielkim rondem.

Kiedy kupowałam sukienkę, to w posiadaniu takiego nie byłam, ale marzyłam o takim.


Całe szczęście, że Lechu mi go sprezentował - no mówię, trafił mi się ten mój Luby, oj, trafił ;)


Po trzecie - długie wisiory i naszyjniki!

Ja bardzo długo nie mogłam znaleźć takiego, jaki sobie do mojej maksi wymarzyłam.

Aż któregoś razu na blogu Pacynki (http://jestesupani.blogspot.com/) zobaczyłam zaczątek wisiorka, który zaczęła Ona wówczas tworzyć.


Wiedziałam, że będzie fajnie wyglądał ;)
No i się nie pomyliłam ;)
Jak tylko Pacynka podesłała mi zdjęcia skończonego, to zaklepałam i zakupiłam :)

W tym miejscu zachęcam Was bardzo do przejrzenia reszty biżuterii Jej autorstwa - dostępna jest ona tu: klik!

Po czwarte - sandały!
Z racji mojego niewielkiego wzrostu i tego, że sukienka choć nie ciągnie się za mną jak tren sukni ślubnej to jednak jest dość długa - koniecznie na słupku.


Sandały z posta podobnie jak marynarkę i połowę mojej szafy również przywiozłam z Krakowa.
Tak, zwykłe noł nejmy kupione w budzie koło Galerii Krakowskiej.
Ale mam je już tyle lat i nadal mi służą, także - trafiony zakup ;)

Co do zdjęć - dzisiaj owszem, znowu Piotrkowska, ale przy okazji kilka wzmianek o tym, gdzie w Łodzi można pójść, żeby zjeść coś fajnego, napić się czegoś dobrego albo zobaczyć coś ładnego.
Część zdjęć została wykonana w ogródkach kawiarni Fresco Cafe oraz piekarni - kawiarni Montag. W czasie robienia zdjęć wpadliśmy bowiem do nich, żeby się pożywić i napoić ;)
Jeśli będziecie kiedyś w Łodzi, to koniecznie odwiedźcie te miejsca - w Montagu można kupić bardzo dobry, na miejscu i własnoręcznie przez właścicieli wypiekany chleb (i to nie byle jaki! jedliście kiedyś ciastochleb? nie? to musicie spróbować ;)), a we Fresco napić się najlepszego w Łodzi cappuccino. Ichnie cappuccino wygrało Festiwal Kawy 2014, także warto go spróbować, żeby wiedzieć jak modelowe capuccino smakować powinno ;)

Miało być jeszcze o miejscu, w którym można zobaczyć coś ładnego - otóż, Moi Mili, Łódź ma woonerf!
Woonerf to taki pasaż, tylko nazwa obco brzmi ;)
Nie będę się rozpisywać o woonerfie, powiem tylko tyle, że teraz przy łódzkiej ulicy 6 Sierpnia jest sporo drzewek, jest ładna kostka, można sobie spacerować, okoliczne kamienice popodziwiać i nie bać się, że nas samochody rozjadą.
Ot, taki podwórzec miejski ;)

Na powyższym zdjęciu pozuję właśnie na tle naszego woonerfu, o :)


Kończę tego posta i lecę szykować się do pracy.
Marzę o urlopie, chociaż o kilku dniach.
I to nad morzem.
Ale póki co - mogę sobie o urlopie jedynie pomarzyć :/


Sukienka - H&M
Kapelusz - H&M
Marynarka - Reserved
Torba - Cropp Town
Buty - no name
Okulary - C&A


A jak tam Wasze wakacje?
Że część już urlopuje, to wiem.
Niech reszta mi się pochwali.
No niech mnie w depresję powpędza, no ;P

Nawet jeśli, jak ja, nigdzie nie wyjeżdżacie i kwitniecie w pracy, to życzę Wam, żebyście cieszyli się każdym ciepłym dniem. I słońcem!

Pozdrawiam Was serdecznie, Wasza Mar!

P.S. Miałam próbować walczyć z własnymi słabościami i być skromną Mar, ale że z dumy pękam, to się pochwalę, a co!

Otóż zostałam najpopularniejszą (w czerwcu) użytkowniczką portalu FashionWall!


Dziękuję wszystkim tym, którzy głosowali na moje stylizacje :)
Zarówno blogerkom, jak i tym ze znajomych, którzy mnie w mojej szafiarskiej fanaberii "wspierają" i o których wiem, że czasem tam na moje zdjęcia głosują !

:)

Kochani jesteście!

A teraz naprawdę uciekam, bo jak się spóźnię, to mi Szefowa głowę urwie, że ją samą z dostawą zostawiłam ;P

Ściskam!