czwartek, 28 sierpnia 2014

Urlopowa Mar i TORBA BORBA od MOMO FASHION

Wróciłam!

Jak poznać można po fakcie, że nowego posta wysmarowałam - Lechu nie utopił mnie w Bałtyku.


Ba - jakby tego było mało, to w trakcie naszego urlopu ani razu nie pokłóciliśmy się o zdjęcia! (inne powody się znalazły, ale o tym mówić nie trzeba ;P)


Nie wiem, czy to zasługa łagodzącego obyczaje klimatu nadmorskiego, czy raczej faktu, że tak zaaferowana nowym dla mnie całkiem (do tej pory w czasie wakacji odwiedzałam "kurorty" położone na Pomorzu Zachodnim - ten i zeszłoroczny wyjazd wakacyjny były pierwszymi dla mnie wypadami w rejony Pomorza Gdańskiego) terenem skupiona byłam na podziwianiu go bardziej, niż na marudzeniu.


W każdym razie: urlop miałam wspaniały!


W tym miejscu powinnam Wam (tak myślę) bardzo, ale to bardzo podziękować - dzięki Waszemu trzymaniu kciuków (którego wyrazy dane mi było czytać w komentarzach pod poprzednim postem) zarówno moje zdrowie wróciło do normy, jak i pogoda była mi wielce sprzyjającą :)!


Podczas kiedy w Łodzi (ponoć) padało, wiało i było bardziej jesiennie w niej niż letnio, to we Władysławowie i jego okolicach aura była jeszcze całkiem, całkiem wakacyjna!
Od piątku do poniedziałku słońca było pod dostatkiem i chociaż fakt, wietrznie bywało, to gdybyśmy mieli nieco więcej czasu z pewnością moglibyśmy bez problemów walnąć się na plaży i próbować się opalać.
Niestety - z racji tego, że byliśmy ograniczeni czasem, a naszym priorytetem było pozwiedzanie okolicy, to plażowanie poszło nam średnio.
Kilka razy udało mi się wejść do wody - raz zanurzyłam się aż po uda ;P
Kiedy  uwzględni się to, że wody w zbiorniku innym niż wanna boję się prawie tak panicznie jak muchomorów, to trzeba uznać to za prawdziwy wyczyn ;P
Pozanurzałabym się pewnie i głębiej - gdybym miała jeszcze na urlopowanie choć jeden dzień!


Ponieważ bardzo szybko przyzwyczajam się do miejsc w których jest mi dobrze, to w chwili gdy piszę tego posta nadal tęsknię za Władysławowem.
I za Helem!
Bo to Hel jest moim tegorocznym odkryciem!

Pojechaliśmy na Mierzeję Helską w celu odwiedzenia kultowego już Fokarium.
No i wejścia na tamtejszą latarnię morską, bo ja - o czym Wam jeszcze nie wspominałam - jestem latarni miłośniczką!
Jeszcze nie na wszystkich spośród tych udostępnionych do zwiedzania dla turystów byłam, ale mam nadzieję, że do końca mojego marowego życia uda mi się zdobyć je wszystkie ;)
(tak, tak - ja też jestem jednym z tych wariatów, którzy włażąc na latarnię żebrzą w kasie biletowej o pieczątkę z nazwą i pamiątkowym wizerunkiem latarni ;P).
Niestety - ponieważ zaparkowaliśmy auto nieco dalej, niż powinniśmy byli to zrobić chcąc wejść na latarnię i zdążyć na karmienie fok (bo odwiedzać Fokarium w Helu w godzinach innych, niż pora karmienia fok sensu nie ma - najedzone foki chowają się w zakamarkach placówki albo siedzą w basenach zanurzone głęboko w wodzie i tyle się je widzi ;)), to helskiej latarni nie zdobyliśmy :(

Ale za to dotarliśmy na piękną promenadę, którą niedawno całkiem na samym końcu cypla helskiego stworzono i turystom do użytku oddano.
Takiego morza, jakie tam zobaczyłam, to nigdy nad Bałtykiem nie widziałam - woda była krystalicznie czysta, nie było jednej fali.
Gładka tafla.
Jak w misce, no.
Zero wiatru. Szeroka, ładna, jasna i czysta plaża. Turystów niemal zero - w końcu to właściwie koniec sezonu.
Ciepło bardzo, trochę duszno.
Wspaniałe wydmy - prawie jak te na dzikich plażach.

No i widok na Trójmiasto - niezapomniany, bo akurat przechodziła nad nim jakaś ulewa.
Wiecie, jak to fajnie wygląda?
Czyste, błękitnie niebo, a w oddali prostokąt czarnych prawie chmur. Majaczący na horyzoncie. Równy jak spod linijki.
Dech w piersiach to zapierało.
No i ta duma, że jest się na końcu (czy tam początku, jak kto woli) Polski!
Że jest się tam na tym cieniutkim przesmyku ziemi, na tym wyrostku który na mapie wygląda, jakby ktoś go dorysował przez pomyłkę.
Nie umiem tego opisać.

Hel mnie w sobie rozkochał.
Moim marzeniem jest powrócić tam - albo w przyszłe wakacje albo tegoroczną zimą.
Mam nadzieję, że uda mi się to marzenie zrealizować.

(na otarcie moich łez kolejnego dnia urlopu pojechaliśmy do Rozewia - na tamtejszą latarnię udało już nam się wejść :D
wchodziłam na nią ze szczęściem na twarzy - za to bez szczęścia i tarasując innym drogę schodziłam z latarni ;P
fobie zobowiązują - wszak nie tylko muchomorów i wody się boję, ale jeszcze i wysokości :>
jednakże dla moich ukochanych latarni jestem w stanie się przemóc, zagryźć zęby i potuptać do góry :>)


 Przy kompletowaniu garderoby na wyjazd spodziewałam się tego, że upały raczej mnie nad morzem nie zastaną.
Dlatego też postawiłam może nie tyle na rzeczy ciepłe, a takie w których wiedziałam że się nie zgrzeję ani nie zmarznę.
Nie wyobrażałam sobie tego, że mogłabym nie schować do walizki kilku z moich oversize'owych swetrów - wcale nie grubych!
Raczej dość cienkich, ale idealnie nadających się na "przejściową" pogodę.
I wygodnych o tyle, że można pod nie założyć kostium i bluzkę bez ramiączek - tak, aby w momencie wyjścia słońca zza chmur sweter móc z siebie ściągnąć i pozwolić muskać się słonecznym promieniom.

Jednym z takich swetrów był niebieski "nietoperz", którego możecie podziwiać na zdjęciach.
To właśnie w niego przyodziana odkrywałam w sobotę urocze zakamarki Władysławowa.


"Nietoperz" jest ze mną od kilku lat - mam jeszcze jego brata bliźniaka, musztardowego. Tak, identyczny model - tyle, że w innym kolorze ;)
Wersję błękitną kupiłam w moim rodzinnym Zgierzu, musztardową przywiozłam z Krakowa.
Sweterek nie ma w sobie nawet nitki akrylu - to wiskoza, bawełna i elastan.
Dzięki brakowi akrylu nie mechaci się, bardzo dobrze się pierze i ciągle wygląda jak nowy.


Najładniej mój "nietoperz" wygląda, kiedy zsuwam go z ramion.
W ogóle jestem zdania, że tego typu swetry najlepiej wyglądają noszone właśnie w taki sposób :)
Także - jest to model idealny dla tych z pań, które mają szczupłe ramiona i chętnie je pokazują.


Jeśli mam być szczerą, to niewiele brakowało, żebym o moim "nietoperzu" zapomniała.
Pomogła mi przypomnieć sobie o nim Rasz (klik: http://rasz-rush.blogspot.com/) kiedy to w jednym z ostatnich swoich postów umieściła zdjęcia na których ubraną była w prześliczną koszulę z odsłoniętymi ramionami.
Pomyślałam sobie wtedy: "Weź, Mar! Masz przecież wiele takich koszul! I swetrów! Wygrzeb je z szafy, bo grzech je tam kisić! A poza tym one będą idealnie pasować do Twojego nowego nabytku - melonika!"

Magda - dziękuję :*

Mam nadzieję, że jakoś niebawem uda nam się zrobić sesję z musztardowym "nietoperzem" w roli głównej - nie mogę się jej doczekać! Po części dlatego, że z Władysławowa przywiozłam sobie identyczne niemal jak posiadane przeze mnie dotychczas i występujące także na tych zdjęciach aviatorki - tyle, że bardziej jeszcze lustrzane.
I lekko w musztardę właśnie wpadające (chociaż Lechu twierdzi, że one mają raczej kolor... ropy naftowej ;P).
Oczyma duszy mojej widzę już, jak one będą się ładnie z tym musztardowym swetrem komponować - ach i och ;P

Do takiego modelu swetra aż prosi się, żeby dobrać jakiś długi wisior.
Tyle, że te które mam jakoś mi się słabo kolorystycznie komponowały z błękitem swetra.
Postanowiłam więc założyć do niego jedynie sznur bransolet - jedną grubszą i kilka cienkich.
Uważam, że pomysł był strzałem w dziesiątkę. 

 Botki i tregginsy znacie już dobrze - botki bywały już tu w sezonie wiosennym i ubiegłej jesieni.
Cieszę się, że kupiłam je w zeszłym roku, bo po pierwsze dobrze na mojej nodze wyglądają, a po drugie są idealne na taką przejściową pogodę - kiedy jeszcze zimno nie jest, ale na baleriny, to już zdecydowanie temperatura jest za niska.
Zwłaszcza, jeśli wybieramy się na spacer po południu albo w godzinach porannych.

W tym roku planuję kupić podobny model, ale skórzany.
Mam jeden na oku, z utęsknieniem wypatruję więc dnia wypłaty ;P


Melonik pewnie już też udało Wam się rozpoznać ;)
Tak, tak - ciężko mi się z nim ostatnio rozstać ;P
Ale - moim zdaniem - pasuje do tego swetra idealnie, więc jakże mogłabym go do niego nie założyć, no?


No i tego tam - na koniec posta pozwoliłam sobie zostawić największy (dosłownie!) "smaczek".
Chociaż zapewne rzucił on się Wam w oczy już w czasie przeglądania poprzednich zdjęć  posta (biorąc pod uwagę rozmiary tego cuda, to nawet niemożliwym jest, żebyście go nie dostrzegli ;P).
Tak, tak - to ona.
Tytułowa posta bohaterka: wielka, naprawdę wielka Torba Borba.
Tak nazwała ją projektantka od której torbę nabyłam - przemiła Pani Ania, której marka nazywa się MOMO FASHION.


Torbę wypatrzyłam już w czerwcu.
Znalazłam ją bodajże na Pakamerze.
Od razu się w niej zakochałam.
Prosta i ogromna - ponieważ mam słabość do wielkich toreb i cenię sobie prostotę wszelkich torebek jakie wybieram, to obok tej przejść nie mogłam obojętnie.
Z zakupem nosiłam się dwa miesiące.
W końcu zdecydowałam się zamiar kupna zrealizować - trochę pomogła mi promocja cenowa, jaką DaWanda.pl (bo w końcu tam, a nie na Pakamerze torbę zakupiłam) zorganizowała w początkach sierpnia na oferowane na stronach portalu torebki.
Okazało się, że korzystając z promocji zaoszczędziłam około 50 złotych (biorąc też pod uwagę koszty wysyłki torby do miejsca mojego zamieszkania).


Czyż nie jest piękna?

Torba była na moje życzenie zmniejszana - oryginalnie byłaby wyższa i szersza jeszcze o pięć centymetrów.
Uznałam jednak, że takie rozmiary to już na moje drobne ciałko trochę za wiele ;P


Torba wewnątrz jest workiem.
Nie jest zamykana na żaden suwak ani zatrzask - jest wiązana jak worek.
I to bardzo mocno wiązana.
Ma aż cztery służące do tego troczki.
Wiążąc ją słabiej, mocniej albo wcale regulujemy nieco kształt torebki.
Możemy "zrobić" z niej dzięki temu worek albo klasycznego shoppera.
Na wewnętrznej podszewce są trzy kieszonki - dwie są prawie tak wysokie, jak torba.
Bardzo mi ta ich wysokość odpowiada, bo dzięki temu mogę zmieścić tam e-papierosa (który wreszcie mi się w torbie nie przewraca!) i paletkę cieni do powiek, którą we wszystkich moich innych torbach zmuszona byłam wrzucać luzem na dno torebki i szukać jej potem gdzieś na tym dnie. Przy towarzyszącej temu szukaniu mojej irytacji.
Trzecia jest mniejsza i idealna na komórkę.

Torba pomieści wszystko - w dniu, w którym robiliśmy zdjęcia zmieściły się tam bez bólu: wielki koc plażowy, portfel, prawie tak wielka jak portfel kosmetyczka, parasol, zakupy spożywcze, a w czasie gdy zażywałam kąpieli w morzu także kapelusz, spodnie i sweter.

Jedynym minusem posiadania takiej wielkiej torby jest fakt, że ma bardzo nisko "zawieszone" dno ;P
W związku z tym kiedy chcę wyjąć z niej to, czego w danej chwili potrzebuję, to muszę wkładać do niej rękę aż po samo ramię ;P
Ale ma to swój plus - nie sądzę, żeby znalazł w niej cokolwiek jakiś potencjalnie chcący mnie ograbić w komunikacji miejskiej złodziej ;P


Sweter - no name
Tregginsy - H&M
Melonik - H&M
Sztyblety - ZARA
Torba - MOMO FASHION
Bransoletki - H&M/no name
Okulary - C&A


Prawie bym zapomniała!
Pamiętacie, jak w poprzednim poście wspominałam, że na czas mojego pobytu we Władysławowie planowany jest w mieście koncert plenerowy chłopaków z KAMP!?
Otóż koncert się odbył. Półtorej godziny świetnej muzyki.
I to całkiem za darmo - wszystko w ramach cyklu nadmorskich koncertów SeaTunes.
Byliśmy na nim z Lechem i nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszymy, że być na nim mogliśmy.
Byłam w swoim życiu na wielu koncertach - w tym także na plenerowych, z okazji różnych imprez i festiwalów się odbywających.
Ale na tak dobrze nagłośnionym jak ten, to chyba byłam po raz pierwszy.
Chłopcy upewnili mnie poza tym, że moja miłość do nich zasługuje na to, aby ją kontynuować - jako drugie nagranie zagrali moje ukochane "Cairo", wzbudzając tym moją ogromną radość ;P
Poza tym dane mi było usłyszeć te nagrania, które do tej pory jakoś tam pomijałam, bo wydawały mi się nie w moim guście całkiem.
Całe szczęście, że w końcu je usłyszałam - okazały się świetne.
Wróżę zespołowi wielu sukcesów - tak w Polsce, jak i na świecie.
Uważam, że zasługują na to, by zachodzić wciąż wyżej i wyżej.

 Trochę żałuję, że nie zrobiliśmy więcej zdjęć na plaży - ale wiecie, jak się jest nad morzem cztery dni i otaczają człowieka przeróżne fajne miejsca, to ma się ochotę skupić na odpoczynku i korzystaniu z urlopu, a nie na robieniu zdjęć.
Poza tym piach i wiatr nie są dla aparatu najlepszym środowiskiem.
Dla obiektywów także.
Mam więc nadzieję, że wybaczycie nam fakt, iż spośród zdjęć typowo plażowych pochwalę się Wam tylko tymi dwoma.
Tak, tak - takich w bikini też mam kilka, ale wolałabym, żeby zostały w moim prywatnym archiwum ;P

Uciekam.
Czeka mnie teraz walka o zdrowie mojego ucha, także wiecie - nerwów trochę, strachu jeszcze więcej.

Wiem, że się powtarzam co post, ale i tym razem trzymanie kciuków jest wskazane, także - trzymajcie, trzymajcie!

Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Mar!


P.S. Już miałam poniechać tego, ale doszłam do wniosku, że beki jest z tą historią tak wiele, że nie wspomnieć o niej jest grzechem - i to ciężkim. Otóż w dzień naszego wyjazdu otrzymałam od mojego ojca (który wyjechał z Władysławowa tydzień przed nami) zadanie bojowe - miałam wyszukać mu na którymś ze straganów z nadmorską tandetą... żabę portfelową.
Taką z grosikiem pod łapkami.
Co to się ją wkłada do portfela.
Na szczęście.
Na moją uwagę, że przecież przywiózł sobie już znad morza taką żabę do Zgierza - bo sama widziałam - ojciec odparł, że mam nie dyskutować i kupić.
Oczywiście - o zadaniu zleconym mi przez ojca na śmierć zapomniałam.
Nie omieszkał mi on jednak o nim przypomnieć - o godzinie 20, w dniu przed naszym powrotem w łódzkie strony.
Luuuuudzie - co myśmy się tej żaby naszukali!
Jak byłam w 2012 w Świnoujściu, to te żaby były na każdym straganie. W tym roku widocznie wypadły już z trendów i sprzedaż takiej żaby wiązała się chyba dla straganiarzy z jakimś poczuciem obciachu.
Początkowo obchodziłam wszystkie te budki i wypatrywałam żab, ale kiedy liczba straganów do obejścia zaczęła się zmniejszać a żaby nadal nie było (były za to nieodebrane połączenia od ojca - osiem) musiałam się przemóc - musiałam zacząć pytać handlarzy, czy taką żabę mają ;P
Wiecie, ile wstydu się przez to najadłam?
Wszyscy sprzedawcy patrzyli się na mnie jak na idiotkę ;P
Dobrze, że dodawałam za każdym razem po zadaniu pytania: "Bo to dla taty, wie Pan/-i..."
Wreszcie jedna z kobiet odesłała mnie do swojej koleżanki, która na drugim końcu miasta żaby takie miała mieć - ponoć "prosto z hurtowni" (cokolwiek to oznacza ;P). I miała.
2 godziny szukania zakończone sukcesem!
Kiedy przywiozłam ojcu moją zdobycz do domu, to wyjawił mi tajemnicę "swojej" żaby - okazało się, że ta kupiona przez niego nie miała pierwotnie grosika.
Ojciec dokleił jej grosik (ponoć bardziej szczęśliwy, bo znaleziony na posadzce w Biedronce).
Ale chyba pieniędzy przynosić nie chciała, skoro z jakiegoś powodu musiałam przywieźć drugą, "prawdziwą". Do dzisiaj nie wiem, po co ojcu dwie szczęśliwe żaby.
Widocznie przeczytał w Internecie, że tylko te "oryginalne" grosiki się liczą.

Jak tylko moi rodzice trafią szóstkę w lotku albo ojciec dostanie jakiś niespodziewany spadek, to nie omieszkam Was o tym poinformować - w końcu będę mogła wtedy powiedzieć, że to wszystko dzięki mojej fatydze ;P

czwartek, 21 sierpnia 2014

Melonik

Bo to było tak:

Poszłam do centrum handlowego TYLKO po żel do mycia twarzy.

I liquid do e - papierosa. 

Zanim weszłam do środka przysięgłam sobie, że nie, Mar - dzisiaj żadnych ciuchowych zakupów. Niech Cię ręka boska broni!

Muszę przyznać - trzymanie się przysięgi szło mi nieźle. Dopóty, dopóki nie przeszłam koło H&M'u...


Bo w H&M'ie, to teraz same pułapki na mnie pozastawiali!
Jak nie musztarda z każdego kąta i z manekina każdego wyziera - pod postacią pięknych, grubych swetrów w najbardziej lubianym przeze mnie musztardowości odcieniu, takim intensywnym, "słonecznym" nawet bym powiedziała! - to kapelusze kuszą:

 "Przymierz nas, przymierz, fajne z nas całkiem kapelusze!
Idealneśmy dla Ciebie, w nas będziesz wyglądać mniej kijowo, niż bez nas - serio!"

Musztardzie się oparłam.
Kapeluszom - nie.

Spośród kilku - różnych, z półki mrugających ku mnie porozumiewawczo i nęcąco - modeli najbardziej spodobał mi się ten jeden.
Najbliżej, to chyba mu do melonika.
Chociaż nie jestem pewna, czy melonik nie powinien być nieco mniejszym, żeby melonikiem móc go nazwać ;)

Zanim powiedziałam, że: trudno, no, w obiecywaniu czegokolwiek komukolwiek - nawet samej sobie - dobra nie jestem, trzeba więc kupić, skoro aż tak się podoba... to minut nieco minęło.
Przed oczami przeleciała mi kilka razy cała szafy mej zawartość (no dobra, nie cała, wszak tego co się na jej dnie znajduje nigdy świadoma nie jestem ;P) - dlaczego?
Bo głównym mym zmartwieniem od zakupu "melonika" mnie powstrzymującym było nie to, czy będę miała co zjeść na kolację jeśli sobie ten kapelusz kupię (kosztował 39,90), a do czego ja go właściwie założę.


W końcu - olśniło mnie!
Przecież on się idealnie nadaje do wszelkich zabaw stylem boho!


Jak tylko sobie to uświadomiłam, to pędem do kasy poleciałam. 


Po powrocie do domu z miejsca zabrałam się za przymierzanie naprędce wymyślonych zestawów pod kątem ich potencjalnego światu pokazania w towarzystwie mego nowego nabytku.
Jednym z tych wykombinowanych wtedy "stylizacji" jest ta, którą możecie oglądać na załączonych do dzisiejszego posta zdjęciach.

Jak mam być szczera, to jest to jedno z takich ubraniowych połączeń, które wydają mi się wprost dla mnie stworzone!

(Też tak macie?
No wiecie, że jak na siebie w lustrze patrzycie, to przecież jasnym Wam się wydaje, że nikt inny fajniej od Was w danych ciuchach wyglądać nie może ;))

Może to zasługa tej ni to narzutki, ni to kamizelki - kolejnego po niedawno prezentowanym Wam musztardowym gieźle wyprzedażowego łupu dorwanego w łódzkim outlecie Vero Mody.

Może luźnych spodni - haremek.

Jak wiecie - haremki i wszelkie ich odmiany (w tym tę najbardziej kontrowersyjną - szarawary) kocham całym sercem.


Może szyfonowej, czarnej koszuli z fajnym rozcięciem z tyłu (upatrzona swego czasu w New Yorkerze - kolejnym po Cropp Town'ie sklepie, który zdawał się być absolutnie nie dla mnie sklepem - a jednak udało mi się coś tam dorwać ;)).

Nie wiem - ale to nie jest ważne.
Ważne, że mogę sobie powiedzieć: jesteś sobą, Mar.
Nikogo nie udajesz ani pod nikogo się, tak ubrana, nie podszywasz.


(Swoją drogą - dzięki dogrzebaniu się do tej bluzki i poszukiwaniu ładnie wyglądającego z nią biustonosza przypomniałam sobie, że jestem w posiadaniu tego cuda, które też dziś na zdjęciach możecie podziwiać: nie jest to ani typowy biustonosz ani typowy bralet, bardziej przypomina to krótką, koronką ozdobioną bluzeczkę!
Cudo bardzo ładnie wygląda, kiedy wyziera spod rozcięcia na plecach bluzki - najładniej ze wszystkich moich "biustonoszy" - dlatego to je wybrałam :))


Waszą uwagę przyciągnął pewnie wisior - wisior kupiłam pod te spodnie ;)
Dorwałam go w jednym z takich "umierających" już łódzkich butików - w Klipsie, przy łódzkiej Zachodniej (tuż przy skrzyżowaniu Ogrodowej i Zachodniej, nieopodal Manufaktury). Jeszcze kilka lat temu można było dostać tam fajne ubrania, dziś właścicielki przerzuciły się chyba na sprzedawanie jedynie garsonek dla pań po pięćdziesiątce, ale biżuterię nadal mają bardzo fajną.


To cudo to ponoć robota jakiejś młodej plastyczki - namiarów nie dostałam, a szkoda.
Wisior jest szklany, umocowany na grubym rzemyku i wtopionym w szkło kółku, co sprawia że ryzyko "odpadnięcia" jest niewielkie, bo kółko trzyma się bardzo mocno.
Martwię się jedynie, czy rzemyk nie jest za cienki i nie przetrze się wkrótce, ale nic to - najwyżej poszukam gdzieś jakiegoś grubszego.


 Zapewne dziwi Was, dlaczego mój "melonik" noszę zsunięty nieco na tył głowy, a nie na czubku - odpowiedź jest prosta: tak wygląda na mnie najlepiej ;P
I tyle ;P


 Kapelusz - H&M
Koszula - AMISU (New Yorker)
Sweter - Only (Vero Moda)
Spodnie - CDN Boutique
Torba - Cropp Town
Wisior - rękodzieło no name (butik KLIPS, Łódź - ul. Zachodnia)
Baleriny - no name 

Jutro wyjeżdżamy nad morze.
Radość z oczekiwania na wyjazd psuje mi stan mojego zdrowia.
Korzystając z tego, że mam gdzie wystosuję do Was, Moi Drodzy i Moje Drogie, apel - uważajcie nad morzem na jedzenie ryby maślanej (różnie się te gatunki nazywają, ale pod taką właśnie nazwą się je sprzedaje).
Ja się połakomiłam - mnóstwo wędzonej przywieźli z wakacji moi rodzice.
Była najpyszniejszą rybą, jaką jadłam.
Niestety - po dwóch dniach (tak!) okazało się, że jestem w tym niewielkim, ale i też niemałym procencie populacji, który nie toleruje zawartych w niej wosków.
Od wtorku choruję - nie bardzo dokuczliwie, ale i tak jestem zła.

Na moją chorobę nie ma odtrutki, co jeszcze bardziej mnie złości - mam tylko nadzieję, że to cholerstwo nie rozwaliło mi trzustki na trwałe :/

Także - jeśli jesteście wątłymi istotami, które żywią się twarogiem i chrupkim chlebem albo po prostu mają słaby układ pokarmowy, to lepiej przywieźcie sobie znad morza dwa kilo makreli, a nie rybę maślaną :/

Trochę podnosi mnie na duchu fakt, że w sobotę przed władysławowskim Urzędem Miasta ma być plenerowy koncert KAMP! - tak głosi przynajmniej witryna internetowa miasta.


Ponieważ miłośniczką niektórych kapel grających taką muzykę elektroniczną jestem od niedawna (a to wszystko dzięki mojej kochanej Joli i lecącemu non stop w pracy radiu Chilli Zet - pewnie też i dzięki mojemu sentymentowi do muzyki elektronicznej lat '80, bo wiele z tych współczesnych nagrań electro czerpie z tego lubianego przeze mnie stylu garściami), to będzie to mój pierwszy koncert KAMP!.
Nie mogę się więc doczekać.

Ściskam Was bardzo!
Chociaż nie po to, aby się opalać - nie lubię, lubię być jasnocerą Mar - ani by się w wodzie pluskać jeżdżę zwykle nad morze, to i tak poproszę Was, żebyście trzymali kciuki za "moją" pogodę.


No bo wiecie, kufajki mam jeszcze w tapczanie i w piwnicy pochowane - nie chcę musieć paradować na wywczasie w polarach.
Wolałabym zaznać tam chociaż troszkę ciepła ;)

Wasza Mar!

czwartek, 14 sierpnia 2014

MONOPOLKA i czerń

Bez czerni nie ma Mar.

 

Mar i czerń, to jak Flip i Flap, jak Pat i Kot i jak Bolek i Lolek.

 

Niemożliwy do rozerwania duet.

 

Zatem - nie powinno Was dziwić, że raczę Was znowu czarną "kreacją" ;)

Ta z dzisiejszego posta jest prosta jak konstrukcja emocjonalna Edka z mrożkowskiego "Tanga".

Ale nie byłabym sobą, gdybym w prostym niby połączeniu nie poprzemycała jakichś moich "udziwnień".

Widać je przy pierwszym rzucie okiem, prawda ;)?

biżuteria Monopolka | biżuteria artystyczna | polska biżuteria | czarna sukienka | czarna sukienka na lato | czarna sukienka jak nosić | blog modowy | blog o modzie | blogerka z Łodzi | blog szafiarski sukienka

Sukienka jest ze mną od wielu, wielu lat (jak tak liczę, to wychodzi mi... że chyba od pięciu).

Niby wygląda na zwykłą, bawełnianą sukienkę.

Ale wcale taka nie jest.

Składa się tak naprawdę z dwóch warstw.
Pierwsza, to spodnia część - coś a'la bluzka. Na to naszyta jest część zewnętrzna, która z przodu tworzy szalowy dekolt. Luźno powiewający.
To właśnie on nadaje sukience oversize'owy krój.

czarna-sukienka-na-lato

Tak, tak - przeżywacie teraz zapewne konsternację.

No bo jak to, Mar?

W ostatnim poście narzekałaś, że wyglądasz jak w trzecim ciąży miesiącu, chociaż sukienka dopasowana, a Ty szczupła (przyp. Mar: wcale nie taka szczupła! rozlazłość letnia mi weszła w krew ostatnio i ja jej efekty dobrze widzę :/), a tutaj to dopiero ciążowe niemal wdzianko pokazujesz!

silikonowy-naszyjnik-monopolka

Otóż, Moi Mili - nie, nie.
 
Ja uwielbiam wszystkie luźne, wielkie, potencjalnie sylwetkę masakrujące kroje - tyle, że jak wybieram jakimś cudem, w drodze wyjątku, coś dopasowanego, to wtedy naprawdę włącza mi się ta pierońska karma szczegółowca (z której słynę).
 
I wtedy, to już wszystko musi mi wyglądać idealnie ;)

czarna-sukienka-na-lato-stylizacja

Jak coś jest natomiast oversize'owe i luźne, to choćbym w tym jak w worze na kartofle wyglądała i tak w tym wyjdę do ludzi - do tego stopnia luźności kocham i dobrze się w nich czuję, że żadnymi podejrzeniami o ciążę się wtedy nie przejmuję ;)


Sukienka jest z tyłu wiązana - wiążąc ją mocniej lub luźniej można nieco pomodelować jej wygląd z przodu.

Ja zwykle wiążę ją luźno, bo wtedy moim zdaniem się lepiej układa.

Nieco problematyczne jest w tej sukience to, że jej tył jest krótszy od przodu.

Żeby nie straszyć współobywateli miasta moim przypadkiem w czasie chodu odsłoniętym pośladkiem zawsze zakładam pod nią szorty.
Których i tak nie widać, jak człowiek nie wie, że tam są ;)

zdjęcie-sesja-manufaktura-kobieta
 Do sukienki przywykłam zakładać albo sandały albo buty na niewysokim obcasie - chociażby te, które po raz pierwszy pokazywałam Wam w poprzednim poście.

Miałam je na sobie także i w czasie, kiedy robiliśmy te zdjęcia.
Uważam, że pasują tu idealnie.

manufaktura-sesja-kobieta-portret

Zawsze wybierałam do niej duże torby - bo uważam, że wtedy całość wygląda najlepiej.

Manufaktura-sesja-portret-kobiecy-blog

Tak zrobiłam i w dniu "sesji".

sesja-manufaktura

No dobra, ale ja tu tak gadu, gadu o sukience, a tu jeszcze jedno cudo jest do opisania!

Naszyjnik - wspaniały naszyjnik od MONOPOLKI!

Weszłam w jego posiadanie już kilka miesięcy temu.
Przyjechał do mnie z redakcji FashionWall.pl.
Wymieniłam na niego zebrane tam wallety - punkty przyznawane użytkownikom za aktywność w serwisie.
Od razu, kiedy go tylko zobaczyłam pomyślałam sobie: nie ma zmiłuj - musi być mój!
Ja, miłośniczka dużych, dziwnych wisiorów i naszyjników mam nie mieć takiego?
No nie, tak być nie może!

naszyjnik-Monopolka-2014

Noszę go bardzo często.
Oglądacie go tak późno tylko dlatego, że zawsze gdy miałam go na sobie to czas albo okoliczności nie sprzyjały nam do tego stopnia, żeby możliwe było zrobienie jakichś zdjęć na bloga ;)

Naszyjnik jest wykonany chyba z silikonu.
Nie wiem, tak zawsze wyobrażam sobie silikon ;P
Chociaż prędzej uwierzę, że jest to po prostu jakaś guma ;)

(A wygląda na twardy i sztywny, prawda ;)?)

Poszczególne jego "składowe" połączone są ze sobą metalowymi oczkami (takimi, jak te od wszelkich łańcuszków).

To mój trzeci naszyjnik od firmy MONOPOLKA.
Jeden już widzieliście przy okazji tego wpisu.
Jeden jeszcze ciągle czeka na sfotografowanie ;)
Mam nadzieję, że niebawem uda się to zrobić ;)


Sukienka - no name (butik Nashe)
Naszyjnik - MONOPOLKA
Torba - Fason
Czółenka - Bonne Forme (Deichmann)


Lecę do pracy - bez jakiegoś szczególnego marudzenia.
W końcu - jutro wolne!
Dzisiejszy dzień jakoś przeżyję.
Jutro wreszcie się wyśpię ;P


A wiecie, że za tydzień jedziemy nad morze?
Tak, tak - do Władysławowa.
Leszek też się cieszy - może wreszcie uda mu się mnie utopić i będzie miał spokój: nie będzie musiał robić mi zdjęć na bloga ;P

sesja-pod-Manufakturą-blog

Raduję się na ten wyjazd bardzo, bo mam nadzieję, że uda mi się dzięki niemu zregenerować siły witalne.

A przyda mi się ich trochę - chociażby do walki z tym moim nieszczęsnym uchem :/


Pozdrawiam Was i ściskam,

Wasza Mar!

czwartek, 7 sierpnia 2014

Stara, ale jara - sukienka z mitycznego "dna szafy"


Nic tak ponoć nie wpienia tych, którzy z szafiarek się naśmiewają, jak sformułowanie:

"Wygrzebałam daną rzecz z dna szafy - jak dobrze, że wreszcie szafę moją wysprzątałam!"



Cóż mogę powiedzieć - nie wiem zbytnio, dlaczego określenie "dno szafy" wzbudza aż takie kontrowersje ;P.
Wydaje mi się, że każdy, kto jakiekolwiek ubrania na siebie zakłada i jakąkolwiek szafę posiada choć raz w życiu doznał przy układaniu w niej rzeczy olśnienia, że nie, wcale nie musi biec na gwałt do Pepco po bieliznę - ma bowiem więcej, niż trzy pary majtek i posiada też spory całkiem zapas skarpetek (całych, nie tylko pocerowanych ;P).

Po prostu te "całe" skarpetki przygniecione zostały rzuconymi na nie w pośpiechu lub nieuwadze nowymi ubraniami. Albo i starymi - po praniu lub nieudolnej próbie ułożenia zapasów garderoby.

I ja od czasu do czasu na dno swojej szafy zaglądam.
Zwykle z zapobiegliwości - bo ciuchów mam tak wiele, że zdarza im się atakować mnie znienacka, kiedy tylko drzwi szafy otwieram. Nauczona jestem więc już tego, że wypada od czasu do czasu poukładać je od nowa (tak, aby stworzone na szafowych półkach "kupki" trzymały się dość stabilnie).
Czasami jednak też wtedy, kiedy szukam pilnie jakiejś rzeczy o której przekonana jestem, że na pewno ją na którejś półce widziałam, tylko - niestety - nie pamiętam na której.
Takie szukanie kończy się zwykle wyrzuceniem wszystkich ubrań na podłogę, furią, tupaniem i krzykami.
Ale - ciuch się zwykle znajduje.
A wraz z nim inne - te, o istnieniu których całkowicie zapomniałam.


W trakcie takiego nerwowego szukania czegoś (czego - nie pamiętam... naprawdę!) odkryłam, że jestem szczęśliwą posiadaczką tej oto sukienki.
Zapomniałam o niej na śmierć.

Nie to, żebym nie pamiętała, gdzie i kiedy ją kupiłam - kupiłam ją w Bershce, w 2012 roku.
Wtedy, kiedy tam pracowałam.
Dałam za nią złotych czterdzieści, bo właśnie trwały wyprzedaże.


Ale potem... potem jakoś o niej zapomniałam.
Owszem, kilka razy ją założyłam.
Ale jeszcze potem ogarnęła mnie w jej kwestii totalna skleroza.


Nie wiem, jak mogłam o niej zapomnieć - przecież to całkowicie "mój" fason!
Kiedy decyduje się zakładać na siebie sukienki które w jakiś sposób mają być eleganckie, to muszą to być albo jakieś dziwne, asymetryczne cuda albo sukienki - tuby.
Bez ramiączek.
Dopasowane.
I sięgające mi połowy uda.
Albo i przed kolano - bo w takich sukienkach i spódnicach wyglądam właśnie najszczuplej.


Do tej sukienki, pamiętam, zwykle nosiłam szpilki.
Ale że tego lata jakoś niespecjalnie mam ochotę na noszenie wysokich butów, to i w sobotnie popołudnie - kiedy to na zdjęcia się wraz z Lechem żeśmy wybrali, a oprócz zdjęć na poprzedzający je spacer - postawiłam na moje czółenka Bonne Forme.

Czółenka te są "równolatkami" sukienki.
Kupiłam je w tym samym czasie - a nawet nie jestem pewna, czy nie tego samego dnia.
Dorwałam je w Deichmannie.

Spodobało mi się w nich nie tylko to, że mają dość zgrabny nosek i niewielki obcas.
Przede wszystkim przyciągnęło mnie do nich to, czego "z wierzchu" nie widać - cudowna, ortopedyczna wyściółka.
Środek buta wyłożony jest takim mięciutkim, gąbczastym czymś.
To "coś" przepuszcza powietrze - można więc w tych butach przechodzić cały dzień, a noga się nie poci.
I nie męczy - dzięki temu "wyłożeniu" mogę w tych butach chodzić non stop, a nogi mnie wcale a wcale nie bolą.

Uwielbiam te buty - jak mi się rozpadną, to chyba popełnię samobójstwo.


Ponieważ sukienka z dzisiejszego posta po odkopaniu jej z "dna szafy" stała się kolejnym tego lata ciuchem, który mogę nosić każdego dnia i jakoś mi się nie nudzi, to musiałam opracować na jej codzienne zakładanie kilka patentów - no bo wiecie: w sumie, to ona jest dość odważna.
Odkryte ramiona, te sprawy.


Szybko więc wykombinowałam, że będę do niej nosić marynarkę - tego mojego second hand'owego wycierucha, tę z Orsay'a, co to już ją dobrze znacie.
Sukienka prezentuje się z marynarką równie dobrze, co bez niej.


Kiedy zakładam ją do pracy, to wybieram do niej którąś z moich dużych toreb.
Ale na niezobowiązujące, weekendowe albo większe wyjścia wybieram kopertówkę.
Wcale od innych moich toreb nie mniejszą ;P


Jak patrzyłam na te zdjęcia po raz pierwszy, to dość długo zastanawiałam się nad tym, czy to aby na pewno dobrze wygląda - ta kiecka i ta akurat torebka.
Czy ta kopertówka nie jest jednak za duża.
Ale doszłam do wniosku, że mniejszy model (który też już znacie) wygląda z tą sukienką... zbyt weselnie.
I jakoś tak jeszcze... "kościółkowo". 


Okulary to... "prezent" od Leszka.
Mój Lechu postanowił wyrobić sobie okulary - no bo lata lecą, wzrok się psuje... ;P
Przy zakupie swoich okularów dostał bon na jedną parę okularów przeciwsłonecznych.
Można było sobie wybrać dowolny model, byle nie kosztował więcej niż 99 złotych.


Zakomunikował mi więc Lechu, że chodź, Mar, idziemy po okulary dla Ciebie.
Ucieszyłam się wielce!
Tyle, że gdy dotarliśmy na miejsce okazało się...
Okazało się, że najbardziej podobają mi się te, które kosztują 499 ;P

Wybrać cokolwiek fajnego było ciężko, w końcu zdecydowałam się na ten model.

Powiem Wam, że bardziej podobały mi się w sklepie, niż kiedy wróciłam z nimi do domu.
Ale już tam - przynajmniej mam wreszcie różowe okulary ;P
Świat zza ich szkieł wygląda... nieco dziwnie ;P
Ma się wrażenie, że ciągle trwa zachód słońca ;P


No dobrze, i na tym mogłabym właściwie zakończyć tego posta, tradycyjnie już zostawiając Was ze zdjęciami i miłego dnia życząc, ale nie... nie... muszę ponarzekać.

Na co?

 Otóż ta sukienka, piękna jak nie wiem i ewidentnie w "moich" kolorach (bo choć pastele się ze mną mogą nie kojarzyć, to wyjątkowo korzystnie w niektórych z nich wyglądam) na zdjęciach... nie wychodzi zbyt ładnie (albo raczej ja w niej zbyt ładnie nie wychodzę).
A jest to zasługa jej kroju - uszyta jest z udrapowanych kawałków materiału, poziomo na siebie zachodzących i marszczonych.
I chociaż na żywo to w zupełnie niczym nie przeszkadza, wyglądam w niej szczupło, zgrabnie i w ogóle ach i och, to na zdjęciach... tak, na zdjęciach te poszczególne jej warstwy układają się na brzuchu w taki sposób, że sprawiają wrażenie, jakbym była w trzecim miesiącu ciąży ;(
A na dodatek jak się tak na nią chwilę tylko spojrzy, to wydawać się może, że ona taka "pomarszczona", bo się zsuwa ze mnie :( 


Na tych, które Wam prezentuję widać to słabo, ale to tylko dlatego, że dokonałam ostrej selekcji materiału zdjęciowego ;P

Nie wiem, może jest to spowodowane jakimś tam efektem optycznym, a może i na żywo ja też w niej tak wyglądam, tylko z perspektywy moich 165 centymetrów jakoś to się w oczy nie rzuca ;P

Całe jednak szczęście, że ostatnio nie rozstaję się przy zakładaniu jej z marynarką ;P
Marynarka efekt ten całkowicie niweluje ;P


Sukienka - Bershka
Marynarka - Orsay (second hand)
Kopertówka - no name (Allegro)
Okulary - Vision Express
Buty - Bonne Forme (Deichmann)


Na koniec posta zostawiłam "smaczek" - marketing małoojczyźniany.
Tuż pod blokiem Leszka, na łódzkich Bałutach, "wyrosła" fantastyczna kawiarnia!
Jeśli jesteście z Łodzi i czasami bywacie w okolicach ulicy Łagiewnickiej, to koniecznie odwiedźcie Caffe przy Ulicy!
Takich pysznych (i tanich!) sałatek, kanapek, lodów włoskich i takiego świetnego wystroju, to nawet w knajpach na Off Piotrkowska nie znajdziecie!
Zdjęć z wnętrza nie zamieszczam, żeby mnie nikt o współpracę z właścicielami knajpy nie posądził, ale kogo mi się zainteresować udało, to niech sobie w google wpisze nazwę lokalu, poogląda zdjęcia, polustruje menu - i niech wpada!
Może się kiedyś tam spotkamy ;)

Uciekam - dzisiaj nie do pracy, a na badania.
Zastrajkowało mi ucho, zmuszona jestem odwiedzić laryngologa.
Ale nie, nie - wcale nie jest tak, że mam dziś wolne ;P
Do pracy też idę - ale po spotkaniu z lekarzem :>
Trzymajcie za mnie kciuki, bo boję się bardzo, że znajdzie mi coś poważnego :(

Ściskam Was bardzo,
Wasza Mar!