czwartek, 25 września 2014

Black & White

W życiu czasami zadziewa się tak, że wszelkie plany i ustalenia biorą w łeb - i to w momencie, w którym bardzo jest nam to nie na rękę.

 Właśnie to przytrafiło się mnie w minionym tygodniu.


Chciałabym bardzo serdecznie przeprosić za moją słabą w blogosferze ostatnimi czasy aktywność.

Przeprosić wszystkich tych i wszystkie te, którzy i które dopytywali/dopytywały się: "Co się dzieje, Mar?", "Dlaczego nie ma posta?", "Czy zrezygnowałaś z bloga?"

I - jednocześnie - podziękować. Podziękować za troskę, jaką otoczyły mnie niektóre zaprzyjaźnione blogerki - Agata (Aschaaa) i Patrycja (Kosmetyczna Wyspa).
Agata - nawet nie wiesz, jak bardzo mi pomogłaś. Jesteś cudowną osobą.

Ach... A za wspaniale spędzone w zeszłą środę popołudnie chciałabym podziękować Sylwii (Vampiv), dzięki której miałam motywację do tego, żeby przestać histeryzować i wstać z łóżka, a potem pojechać wraz z Leszkiem i jego tatą do Poznania.
Posiedziałyśmy razem raptem dwie godziny, ale radość jaką odczuwałam z tego spotkania jest dla mnie nie do opisania.
Sylwia, przepraszam Cię, jeśli byłam sztywna i drętwa.
Ja się bardzo cieszyłam, ja po prostu obecnie słabo okazuję emocje, Słonko!!!

Przyczyna mojego stanu jest stosunkowo drobna, 90% z Was śmiałaby się z niej i nie wpadałoby z jej powodu w żadne "hople".
Zachorowałam. Złapałam coś. Od dzieci, z którymi ostatnio miałam kontakt.
Albo u lekarza.
Nie raka, nie HIV, nie rzeżączkę, nie ebolę. Coś, co się dobrze, podobno, leczy. Tylko wolno.
Fakt zachorowania na to coś i związane z leczeniem się z tego i unikaniem ponownego zarażenia procedury załamały mnie psychicznie.

Naprawdę.

Możecie się śmiać, stukać w głowy, parskać - no trudno. Tak się stało.
Ja przeszłam prawdziwe załamanie psychiczne, stan przypominający początki depresji albo silny epizod nerwicowy.

Jeśli chcecie zapytać, czy obecnie jest lepiej - minimalnie. To, że usiadłam do komputera aby napisać te słowa to naprawdę cud. Nawet nie wiecie, jak bardzo musiałam się do tego zmusić.

Gdyby nie Leszek - post nigdy by nie powstał.
To Leszek opiekował się mną przez te wszystkie dni, pomagał, wspierał, przytulał, był.
Po raz kolejny już przekonałam się, że mam najwspanialszego faceta pod słońcem. Gdyby nie On i jJego troska, to nie jestem pewna, jak by się to skończyło. 
Dziękowałam Ci już tysiące razy, ale napiszę i tu - dziękuję Ci, Leszku.
Za to, że jesteś.
Jesteś facetem, jakiego mogą mi pozazdrościć wszystkie kobiety na ziemi.
Dziękuję też Twojej siostrze - Agatko, jeśli to czytasz, to mam nadzieję, że się uśmiechasz :)

Liczę na to, że będzie już ze mną lepiej - jestem pod opieką lekarzy.

Zarówno tych od duszy, jak i tych od moich "nieproszonych" wewnętrznych gości ;)

Jeśli jakoś tam mnie lubicie i zżyliście/zżyłyście się ze mną, to trzymajcie za mnie kciuki - życzcie mi samych dobrych rzeczy. I dużo uśmiechu.
Na pewno mi to pomoże, nie zaszkodzi.

A, i obiecuję - ponadrabiam zaległości!
Pozaglądam do tych z Was, którzy dopiero niedawno zaczęli mnie odwiedzać.
Słowo Mar! To prawie jak słowo harcerza ;P

***

Szczerze mówiąc - gdy robiliśmy te zdjęcia (jakieś trzy tygodnie temu), to pogoda była całkiem, całkiem letnia.


Nic nie wskazywało na to, że zbliża się ta antycypowana przeze mnie w poprzednim poście jesień.
Upał, ciepło, sama radość.
Dziś pogoda jest już nie tyle wrześniowa, co listopadowa.


Z racji tego, że ja jeszcze nie do końca ogarniam rzeczywistość, to póki co... wcale się tym nie przejmuję.
Przez ostatni tydzień ubrania to było coś, co mnie nie interesowało absolutnie.
Na dzień dzisiejszy - też słabo mi wychodzi myślenie o nich.
Więc ani nie lamentuję, że nie można nosić już rzeczy zwiewnych i lekkich ani nie zastanawiam się nad tym, co założę na grzbiet, gdy temperatury spadną jeszcze bardziej.
Jakoś... nie jest mi z takimi myślami jeszcze po drodze.
Może za tydzień, może za kilka dni...

Bardziej smuci mnie to, że nie ma słońca :(!


Ale z radością patrzę na te zdjęcia - wspominam dobry humor, jaki miałam w czasie gdy je robiliśmy :)
Szkoda mi było ich nie zamieścić.

Poza tym - prezentowany na nich zestaw jest (w sumie) całoroczny, bo cały rok człowiekowi zdarza się musieć założyć na grzbiet coś bardziej wyjściowego.
Czyż nie?


Pamiętacie? Nie tak dawno temu pisałam, że nie, nie i jeszcze raz nie - Mar i biel?
Jaka biel? 
I to z czernią?
Gdzie biel z czernią? Jak niby mam to nosić?
Ja???
Mnie z bielą nie po drodze przecież...

Mimo tego - coś mnie wzięło te parę tygodni temu na to, żeby jednak spróbować, zobaczyć.
"Może ta biel to wcale nie taki zły wybór?" - zapytałam siebie któregoś dnia, otwierając moją przepastną jak jama legendarnego smoka z miasta na literę K szafę.

Całe szczęście, że miałam jak to sprawdzić ;)
W czasie letnich wyprzedaży przemogłam się i zaryzykowałam zakup jednego białego ciucha.
No bo grosze kosztował (19,90), a fajny był... fajnie leżał... 
Szkoda było nie zabrać do domu ;P


Tym ciuchem jest ta oto bluzka.

Urzekła mnie tym, czym i urzekł mnie czarny kardigan z poprzedniego posta (też z Reserved, jeśli ktoś nie pamięta :> - bo i ta bluzka z Reserved pochodzi) - tym "wytłaczanym" wzorem.
Nie wiem, co mi się stało w tym roku, ale lecę na te tłoczenia niesamowicie.
Jak ćma do świecy.

No i krojem mnie oczarował- dlatego właśnie łyknęłam tę biel, że bluzka jest... inna.
Oczywiście - przede wszystkim jest "duża".

Taka nieco oversize'owa (chociaż fakt, na zdjęciach słabo jej oversize'owość widać).
A ja obok takich "większych" rzeczy przejść obojętnie nie potrafię :>


Ma też bardzo, ale to bardzo fajne rękawy - ja to chyba jestem fetyszystką tego rodzaju rękawów.
Zawsze miałam nieodparte wrażenie, że tak jak luźne cholewki butów podkreślają szczupłość łydek, tak i szerokie rękawy podkreślają smukłość rąk.
A że lubię swoje ręce (mogłabym mieć tak chude łydki, jak chude mam łapska ;P), to i ich smukłość bez oporów podkreślam ;)


Do bluzki dobrałam dopasowaną, krótką, czarną - oczywiście, no bo w jakim innym kolorze Mar mogła kupić taki "bazowy" ciuch :> - spódnicę.

Bandażowa? Tak się na takie modele mówi?
Chyba tak ;P

Tak -  spódnica też jest "wytłaczana" :P

Nie wiem, czy projektanci Reserved tego lata podobnie jak ja zachorowali na te tłoczenia, że na niemal każdym ciuchu je dawali, wiem tylko tyle, że... im więcej "tłoczeń" w mojej szafie, tym lepiej ;P


Do ciuchów dodałam dobrze Wam już znane czarne szpilki.

(UWAGA, Mar się będzie żaliła: ostatnio mi się te piękne butki rozpadły :( obleciałam wiele sklepów - tych tańszych, tych droższych... - i w żadnym nie udało mi się znaleźć takiej fajnej pary jak ta :(
Dlaczego, o co chodzi?
Dlaczego nikt już nie produkuje zwykłych, czarnych szpilek z migdałowym noskiem, na platformie i z normalnym, obitym jakimś wytrzymałym w miarę materiałem obcasem?
Teraz wszędzie ostre czuby, paski wokół kostek... i zamsz :( przecież ja zamszowe szpilki zniszczę po tygodniu :(
Wrrrr!!!111jedenjedenjeden...) 


I moją ukochaną kopertówkę - no wiecie, tę wielką, tę fajną. Tę, co to jak prawdziwa, ogromna koperta wygląda ^^


(No dobra, coś we mnie pękło - teraz to naprawdę zatęskniłam za ciepłymi dniami.
Przecież jak jest zimno, jak pada, jak się wszelkie czapki, chustki, szaliki i parasole nosi ze sobą, to kopertówka egzaminu nie zdaje ;(
Choćby jeszcze większa niż ta moja była.

Rany - jak ja przeżyję bez noszenia kopertówek ;P?)

A oprócz nich - taki mały drobiazg.
Pierścionek.

Biżuterię noszę rzadko.
Wiecie o tym dobrze.
Jeśli już - to dużą, dziwną i wyrazistą.
W dniu, w którym robiliśmy te zdjęcia naszła mnie ochota na założenie czegoś subtelniejszego, czegoś co będzie fajnym, odznaczającym się na tle całości akcentem, ale nie będzie rzucało się w oczy.
Wybór padł na ten pierścionek.
Pierścionek jest właściwie własnością mojej mamy, ale że mama go nie nosi, to czasami ja go podbieram ;)


Bluzka - Reserved
Spódnica - Reserved
Szpilki - H&M
Kopertówka - no name (Allegro)
Pierścionek - no name


Uciekam!
Uciekam zaszyć się w moich (a właściwie nie tyle moich, co lechowych) czterech ścianach.


I pobarować się z moimi zdrowotnymi problemami.


Przytulam Was bardzo.


Ściskam ciepło, Wasza Mar!


P.S. Gdyby ktoś pytał - zdjęcia zostały zrobione w okolicach łódzkiej ASP.

I w ogrodzie rodziców Leszka - bo w dzień robienia zdjęć właśnie wizytę u nich mieliśmy z Leszkiem w planach.

P.S. (2) Kolejny zestaw i kolejne wyróżnienie - "stylizacja" z poprzedniego posta (podobnie jak ta stworzona przed nią) także została doceniona przez użytkowników portalu FashionWall.pl.
Zostalam laureatką kolejnego WOW! Tygodnia.
Dziękuję Wam za głosy, naprawdę cieszę się, że to co robię tak Wam się podoba :)

czwartek, 11 września 2014

Antycypując jesień

Prawdę mówiąc, to do jesieni wydaje się być jeszcze całkiem, całkiem daleko.

Jest ciepło (nawet bardziej chyba, niż kiedy nad morzem bawiłam!) i słonecznie.

Na drzewach sporo wciąż pięknie zielonych liści. 

Jednak w czasie gdy robiliśmy te zdjęcia jesień sprawiała wrażenie, jakby już miała nadchodzić.

Wtedy przez myśl mi nawet nie przeszło, że będzie mi jeszcze dane cieszyć się wysokimi temperaturami, bieganiem w balerinach i możnością zakładania moich ulubionych spodni - zwiewnych haremek .

Było dość chłodno, dość buro i co jakiś czas postanawiało lać jak z cebra.

Więc - jako że pogoda się poprawiła - prezentowaną Wam dzisiaj "stylizację" możecie traktować jako inspirację na to, co jeszcze przed nami.

Mam tylko nadzieję, że wrzucenie tego posta nie wywoła wilka z lasu i nie sprawi, że pięć minut po jego publikacji zerwie się wichura, rozpęta się burza a temperatura spadnie znowu do pięciu stopni...


Gdyby nie to, że przed wyjazdem nad morze postanowiłam zajrzeć do łódzkiej Manufaktury w celu kupienia wszystkich niezbędnych do wyjazdu sprawunków, to tych zdjęć nigdy byście nie mieli szansy ujrzeć.

Dlaczego?
Otóż w czasie łażenia od Rossmanna do Reala postanowiłam ("Tylko z ciekawości! Wejdę i popatrzę, niczego nie kupię!!!") sprawdzić, czy coś wyprzedażowego zostało jeszcze na półkach Reserved.
Zostało, zostało - całkiem sporo.


Jedną z tych pozostałych rzeczy był czarny kardigan, który właściwie nie jest kardiganem a... żakietem? marynarką? narzutką?
Zapewne bardziej nimi niż kardiganem.
Doszłam jednak do wniosku, że na zdjęciach w ogóle jak marynarka nie wygląda - niech więc zostanie: kardigan.


Zanim zdecydowałam się go kupić, to przez dwadzieścia minut oglądałam go na sobie z każdej możliwej strony, przez następne dziesięć konsultowałam ideę jego zakupu z mamą, a przez kolejne dziesięć - zastanawiałam się nad tym, do czego będzie mi pasował.
Ponieważ uświadomiłam sobie że do bardzo wielu rzeczy, to dłuższe rozkminy wydały mi się bezsensowne.


Po wyjściu z Reserved na zakupy przedwyjazdowe już nie wróciłam - kupując kardigan wydałam wszystko, co miałam przeznaczyć na nadmorską wyprawkę ;P

Kardigan urzekł mnie nie tylko tym, że uznałam go za idealnego kompana dla niewiele wcześniej nabytego melonika (jak widać na zdjęciach: dobrze przewidziałam, że jedno i drugie będzie do siebie pasować ;D).
Spodobała mi się też jego faktura.

Tego lata kupiłam w Reserved kilka w podobny sposób "zdobionych" ciuchów - wiecie, o co mi chodzi?
Takie "wyciskanie", jakby wypukłości materiału ;)
Jestem włókienniczym i szyciowym laikiem, Wy pewnie mi powiecie, jak to się fachowo nazywa ;P

Poza tym - ten ciuch widzi mi się zarówno w zestawach przywodzących na myśl styl boho, jak i w tych bardziej eleganckich. A ja uwielbiam zaopatrywać się w ciuchy uniwersalne!


No i kolor - jeśli coś jest czarne, to nie może mi się nie podobać ;)


W dniu w którym robiliśmy zdjęcia na strojenie się i myślenie nad tym, co by tu do kardiganu dobrać (bo tamtego dnia wiedziałam, że jeśli nie obfotografujemy mojego nowego nabytku to ciężko na duszy zachoruję!) nie było zbyt wiele czasu - mieliśmy w planach wizytę u znajomego (to w jego mieście, Poddębicach, foty zostały popełnione - prawda, że mają uroczy Rynek?), a że i tak spóźnionymi byliśmy, to porwałam z półki coś w kolorze o którym wiecie już, że jest zazwyczaj pierwszym moim wyborem w sytuacjach gdy czas nagli: musztardowym.


Tym razem nie jest to koszula ani sweter, a cienka bluzka z golfem.
Nie uwierzycie pewnie jak napiszę, że jakiś czas temu planowałam ją wyrzucić. Ale na myśl, że miałabym pozbyć się ze swojej szafy czegoś musztardowego dostałam palpitacji serca.


Dlaczego chciałam się jej pozbyć?
Po pierwsze - źle czuję się w dopasowanych "górach".
Zawsze gdy je noszę, to czuję się jakbym była owinięta w jakiś krępujący ruchy kokon.
Po drugie - takie "góry" zwykle podkreślają biust. Do tego stopnia, że wydaje się on w nich większym, niż jest w rzeczywistości.
Większy wydaje się on i na tych zdjęciach. Ale postanowiłam, że jakoś to przeboleję - wszak tak bardzo podobam się sobie w musztardowościach, że z powodu wyeksponowanych cycków nie zamierzam rezygnować z pochwalenia się sobą w coś w tym (zacnym) kolorze odzianą ;P


Do kardiganu, melonika i bluzki dobrałam rzeczy które już znacie: mój najnowszy "torbowy" nabytek, czyli TORBĘ BORBĘ od MOMO FASHION, H&M'owe tregginsy, czarne sztyblety z ZARY i naszyjnik z poprzedniego posta.


A... no i przywiezione z Władysławowa okulary o szkłach koloru ropy naftowej ;)


Nie udało nam się zrobić zbyt wielu zdjęć fajnie je pokazujących - ale nie martwcie się, jeszcze je zobaczycie, daję słowo ;)


Kardigan/Żakiet - RESERVED
Bluzka - no name (Butik KLIPS - Łódź, ul. Zachodnia)
Tregginsy - H&M
Melonik - H&M
Sztyblety - ZARA
Torba - MOMO FASHION
Okulary - no name
Naszyjnik - no name


Uciekam!
Trzymajcie się ciepło i korzystajcie z tych pełnych słońca, wrześniowych dni - czy to robiąc zdjęcia na swoje blogi, czy spacerując, czy wreszcie kompletując ubrania na sezon jesień/zima 2014 :>

Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Mar!


P.S. Stylizacja z poprzedniego posta została uznana przez użytkowników portalu FashionWall za najlepszą ze wszystkich wrzuconych na jego łamy w ubiegłym tygodniu!
Dziękuję tym z Was, którzy/które na mnie głosowali/głosowały!

czwartek, 4 września 2014

(Jeszcze) musztarda czy (już) pomarańcz?

Czasami myślę, że z moim rozpoznawaniem i kwalifikowaniem kolorów coś jest nie do końca w porządku...


Na swoje usprawiedliwienie mam jednak to, że różne kolory w różnym świetle różnie wyglądają ;P
I tak - to, co w domowym zaciszu sprawia wrażenie szarości w świetle dziennym okazuje się być jednak beżem.
To, co w sklepie wydawało się mieć barwę grafitu po wyjściu z niego ewidentnie przybiera odcień granatowy.
A to, co i w jasnym, dziennym świetle i w czterech mieszkania ścianach było musztardowe po wyjściu na popołudniowy spacer w pochmurny dzień i uwiecznieniu tego na zdjęciach staje się... pomarańczowym.

No dobra - może nie tyle pomarańczowym, co mandarynkowym.
Albo brzoskwiniowym.


Jak zapewne się domyślacie - do takich to wniosków właśnie doszłam po obejrzeniu tych zdjęć, które w dzisiejszym poście możecie podziwiać.


Zdjęcia zrobiliśmy niemalże od razu po powrocie znad morza, na zapas, razem z innymi jeszcze - tymi, które będziecie mogli i mogły oglądać w następnym wpisie.
Dlatego na zapas, że obecnie możliwości "pozowania" mam nieco ograniczone ;)
Liczę na to, że wkrótce to się zmieni, bo pogoda jest (przynajmniej u mnie) jeszcze dość ładna, letnia.
Ciepło też jest całkiem.


Dzisiejszy zestaw to jeden z tych, które dowodzą faktu, iż nie tylko szarawary, kapelusze, wielkie torby i luźne swetry to to, w czym dobrze się czuję i w czym "po swojemu" wyglądam.
Jak już pewnie pamiętacie - lubię też elegancję.
Nie znoszę jednak elegancji nudnej.
Mdłości dostaję, gdy muszę założyć białą, prostą koszulę i nudną, czarną spódnicę.
Jeśli już koniecznie przywdziać muszę "mundurkową" biel i czerń, to staram się, żeby chociaż fasony nudnymi nie były.
Ale staram się bieli unikać.
Pewnie dlatego, że w klasycznej, śnieżnej bieli moja skóra wygląda na siną.
O wiele mi lepiej, gdy noszona przeze mnie biel ma domieszkę beżu albo kości słoniowej.
Zatem - jeśli tylko mogę, to stawiam na kolorowe "góry".
Albo czarne.
W czerni czuję się o wiele lepiej ;)


Ale jest kolor, który bardziej od czerni miłuję - to ta kultowa już w mojej szafie musztarda.
Jeśli muszę szybko wyjść z domu i nie mam pomysłu na to, co na siebie przywdziać - porywam z szafy coś, co jest musztardowe.
Z musztardą się znamy, oswoiłyśmy się nawzajem.
Dobrze nam razem i wiemy, że jedna do drugiej pasuje.


Koszula z dzisiejszego posta jest ze mną od niedawna - gdzieś na początku sierpnia znalazłam ją w dosłownie dopiero wtedy otwartym lumpeksie przy skrzyżowaniu łódzkich ulic Limanowskiego i Zachodniej.
Zbyt wcześnie, pamiętam, wybrałam się tamtego dnia do pracy.
Miałam przed sobą piętnaście minut oczekiwania na autobus, który miał mnie do niej zawieźć.
Z ciekawości wstąpiłam więc do tego ciuchów przybytku.


Koszula wisiała przy samych drzwiach.
Kosztowała 7,50.
Nawet jej nie mierzyłam.
Spojrzałam tylko na rozmiar i z miejsca zaniosłam ją do kasy.


Dopiero gdy ją - już w domu - przymierzyłam okazało się, że ma mój ukochany, nietoperzowy krój.
I wykonana jest z szyfonopodobnego - tak przeze mnie lubianego - materiału.


W chwili obecnej jest jedną z moich ulubionych koszul.


Chociaż zwykle nie zapinam koszul na wszystkie guziki (zazwyczaj dwa, trzy górne odpinam), to ta jest jedyną, która wygląda na mnie dobrze zapięta aż pod samą szyję.
Zapinam ją więc.
A pod kołnierzyk zakładam ten naszyjnik.


Naszyjnik jest specyficzny i założony do czegoś innego poza golfem (tak, tak, w kolejnym poście będzie w takim wydaniu właśnie :>) i tak zapiętą koszulą może nie wyglądać dobrze.
Ale urzeka mnie - urzeka mnie, odkąd weszłam w jego posiadanie.
To prezent urodzinowy od jednej z uczelnianych znajomych (podobnie jak cieniutka bransoletka z gwiazdką, którą w czerwcu oglądać mogliście).
Chociaż wszelkie próby obdarowywania mnie biżuterią zwykle kończą się źle, to obydwa te prezenty podbiły moje serce.


Tregginsy, szpilki i kopertówkę znacie już bardzo dobrze - nie ma sensu się więc nad nimi rozwodzić.


A, chociaż może i jest - pamiętam, że kilka razy pod różnymi postami dostawałam od niektórych z Was pytania, że obcasy, gdzie obcasy są? Dlaczego nie ma obcasów?
Tak, jak odpisywałam w komentarzach - dlatego ich nie było, że ja nie przepadam za zakładaniem obcasów do zestawów, które w moim odczuciu nie mają być bardzo eleganckimi :)
No i nigdy, ale to nigdy nie wybieram ich do połączeń, które są moimi pracowymi połączeniami.
Jestem tak graślata i tak delikutaśna, że ryzyko potknięcia się/wybicia zębów/narzekania na bolące nogi jest zdecydowanie przewyższające moją chęć ładnego wyglądania ;P


Zestaw z tego posta był jednak tym, do którego nie wyobrażałam sobie obcasów nie założyć :)
I chyba dobrze, że właśnie na nie się zdecydowałam ;)


Koszula - New Look (second hand)
Tregginsy - H&M
Szpilki - H&M
Naszyjnik - no name
Kopertówka - no name (Allegro)


Ponieważ nie miałam okazji zrobić tego wcześniej, to robię to teraz - wszystkim z Was, którzy i które wrócili od pierwszego września w szkolne mury chciałabym życzyć tak samych sukcesów w nauce, jak i tego, byście się szkołą zbytnio nie przejmowali/-ły.
Wbrew temu, co pewnie jeszcze słyszycie od rodziców i nauczycieli (chociaż mam nadzieję, że ludzka mentalność nadąża za zmianami na rynku pracy i w szkolnictwie) to nie same piątki liczą się w życiu.
Ba, nawet dobrze zdana matura i dostanie się na przyszłościowe (rzekomo, bo  to się zmienia szybciej, niż trendy obuwnicze) studia nie gwarantują spokojnej, dostatniej egzystencji.

Cieszcie się beztroską, póki możecie.
Starajcie się niepotrzebnie nie przepracowywać (naprawdę - bezsensowne zakuwanie do klasówki tydzień wcześniej po to, żeby dostać piątkę do niczego nie prowadzi, zwłaszcza jeśli materiału i tak się do końca nie rozumie ani nie jest on w żaden sposób pasjonujący... trójka też jest fajna, a zaoszczędzony na walczeniu o piątkę czas można przeznaczyć na przeczytanie ciekawej książki albo artykułów z dziedziny, która jest Wam bliższa).
Wypełniajcie swój wolny czas wieloma różnymi zajęciami, bo tylko w ten sposób dowiecie się, co Wam sprawia radość w życiu i co tak naprawdę chcecie w nim robić.
Podejmujcie różne dorywcze prace - w różnych branżach.
A nuż okaże się, że właśnie w jednej z nich zechcecie otworzyć swój własny biznes?
A nie w tej, którą polecają Wam wybrać rodzice i dziadkowie?

W każdym razie - na ostry zachrzan macie jeszcze czas.
Na bycie "dorosłymi" - także.
Szkoła to fajny okres w życiu.

Na studiach lub w pracy rodzice nie napiszą Wam zwolnienia w dniu kolokwium, egzaminu lub rozliczenia się z projektu - będziecie wtedy tęsknić do liceum, zobaczycie ;P


Pozdrawiam Was serdecznie i ściskam bardzo,
Wasza Mar!