wtorek, 28 października 2014

Behemot na kwasie i czarna kamizelka

Tak jak początek tytułu tego posta - tak właśnie brzmiały słowa, które wypowiedziałam gdy po raz pierwszy zobaczyłam tę bluzę.


(Swoją drogą - czy oprócz mnie jest tu jeszcze ktoś, kto ze wszystkich bohaterów "Mistrza i Małgorzaty" najbardziej polubił Behemota?)


Nie, że na własne oczy - kiedy przyszło mi widzieć ją na żywo, to to co powiedziałam było nieco mniej cenzuralne ;)


Taki prawdziwie pierwszy raz bluzę tę ujrzałam na FashionWall'u - w ich zakładce "nagrody".

Jak już pewnie sami/same wiecie (z autopsji lub ode mnie, bo kilka razy o tym pisałam) na portalu FashionWall za wszelką w serwisie aktywność użytkownik dostaje punkty - wallety.
Jak już się ich trochę uzbiera, to można je na jakiegoś fajnego ciucha albo ciekawą biżuterię wymienić.

No więc (tak, nie powinno się zdania od "no więc" rozpoczynać, ale ja już polonistykę jakiś czas temu skończyłam - już mogę się tłumaczyć, że o regułach wszelkich zapomniałam ;P) uzbierałam ich ostatnio trochę.
Natury kolekcjonera nie mam - dalej zbierać mi się nie chciało.
Usiadłam zatem do komputera i postanowiłam na coś je tam wymienić.

Długo zastanawiałam się nad białą, szyfonową koszulą.
Ale kolejny szyfon?
I to w bieli?
Z ryzykiem, że zaraz po założeniu uplamię go i nigdy już potem biel ta bielą prawdziwą nie będzie (tak, od urodzenia niemal przejawiam szczególne w aspekcie plamienia jasnych rzeczy zdolności ^^)?

Nie, dziękuję.
Ale skoro nie koszula... to co?


Wbrew pozorom - nie mam zbyt wielu ubrań na sezon jesień/zima.
No dobra - na jesień, to mam pół szafy.
Ale są to głównie poncza, narzuty i bardzo, ale to bardzo przewiewne sweterki.
Ubrań zimowych - albo takich, które by miały mnie w jakikolwiek sensowny sposób przed chłodem izolować - mam niewiele.
I zwykle nie są zbyt eleganckie.
Poza tym - szybko je niszczę, bo jak już w jakiś ciepły ciuch w zimne dni wskoczę, to potrafię nosić go przez dwa tygodnie na okrągło (z przerwami na pranie, ale zwykle przez noc wszystko co upiorę schnie, więc na jedno wychodzi ;P).

Z tego też względu porzuciłam myśli o koszuli na rzecz oswajania się z bluzą.

Nadruk spodobał mi się bardzo - uwielbiam koty (w dodatku jeden z moich kotów też jest czarny ;) nie, nie - swojego nie nazwałam tak, jak Bułhakow bohatera mojej ulubionej jego autorstwa powieści, ale przyznaję: były takie plany ;) rodzice odrzucili tę propozycję, bo takie imię dla kota wydawało im się zbyt długie ;P)!

A ten tak się paaaaatrzył...

No dosłownie - jakby przesadził z używkami ;P

I taaaaaką elegancką kokardę miał....


Pomyślałam - niech stracę, bierę.


Kiedy odebrałam bluzę z poczty, to zamarłam.
Okazało się... że jakaś taka połyskliwa jest (stąd te wspomniane słowa mało cenzuralne po pierwszym na żywo jej zobaczeniu ;P) ;(!

Jak dresy, w które mama ubierała mnie w czasach początków mojego edukowania się w szkole podstawowej ;P

I wcale nie taka ciepła jak sądziłam (chociaż skłamałabym, gdybym napisała że nie jest ciepła wcale - jest, bo dodano do niej watowaną podszewkę)...


Rodzice - gdy przez ramię zajrzeli mi do paczki - uśmiechnęli się na widok kota pod nosem, a brat powiedział, że od "tego całego blogowania" cofnęłam się w rozwoju.
I że jak ja zamierzam tak ubrana z domu wyjść, to on mi fanpejdża odlajkowuje, bo wstydu na osiedlu nie zniesie.


W sumie - nie zamierzałam wcale.
Planowałam nosić tę bluzę jako ocieplacz - pod jakiś sweter, gdy temperatury osiągną niemal niemożliwy do zniesienia przeze mnie wymiar kilkunastu stopni poniżej zera.


Ale nagle przypomniałam sobie, że kilka dni wcześniej kupiłam pewną fajną rzecz...


Kamizelkę!

[ UWAGA - BĘDZIE DYGRESJA!!! ]


Tak: wreszcie (w dwudziestym siódmym prawie roku życia) sprawiłam sobie kamizelkę.
Przypadkiem całkowitym - gdy truptałam sobie do miejsca mojej pracy po miesięcznym prawie zwolnieniu lekarskim.
Już, już miałam drzwi "mojego" butiku otwierać, gdy ze zdziwieniem odkryłam, że naprzeciw niemal wyrosło (jak dorodny maślak po jesiennej ulewie) inne odzież oferujące miejsce:


Praca nie zając - nie ucieknie ;P
Wlazłam!


Akurat trafiłam na otwarcie, więc zanim odzyskałam mowę (bo ze zdziwienia mi ją odebrało - nie ma człowieka raptem miesiąc gdzieś, a tu takie rzeczy!), to przesympatyczne Panie Właścicielki zdążyły już uraczyć mnie owocami, kanapkami i kawałkiem ciasta.


Jak tylko przełknęłam, to rzuciłam się między wieszaki - szperać, szukać, obczajać!

Jak wiecie - lubię bardzo wszelkie lumpeksy/ciucholandy/vintage store'y.
Oczywiście - mam w stosunku do nich zawsze pewne wymagania: sprzedawane tam ciuchy nie mogą być zniszczone.
Cukier Puder to jeden z niewielu tego typu sklepów w Łodzi, gdzie na wieszakach nie wiszą zmechacone łachy, a naprawdę fajne ubrania.

No właśnie - w takich to okolicznościach i w takim to miejscu upolowałam kamizelkę ;)


Jak już sobie o obecności kamizelki w mojej szafie przypomniałam, to zmieniłam diametralnie plany odnośnie przeznaczenia "kociej" bluzy.
Odkrzyknęłam bratu, że jak chce, to niech odlajkowuje (nie odlajkował jednak :>) - ja w tym kocie chodzić "do ludzi" zamierzam!
I to najlepiej zaraz, już!


Nie wiem skąd mi się uwidziało, żeby jedno z drugim zestawić - musiałam gdzieś takie połączenie widzieć zapewne (stawiam na Chictopię - to tam ostatnio znajduję wiele inspiracji).
A może tak po prostu mnie olśniło.

Nie wiem ;P


Nad resztą rzeczy jakie mogłabym do bluzy i kamizelki dobrać długo nie myślałam.

Melonik był oczywistą oczywistością - przecież ostatnio wcale się z nim nie rozstaję!

Podobnie jak moje wysłużone już nieco dżinsy z Bershki - tak, jak zwykle dżinsy mi do wielu połączeń nie pasują, tak tu wydały się być najbardziej na miejscu (tak, musicie wybaczyć mi to, że nieco się ze mnie zsuwają - jak pisałam w poprzednim poście: ostatnio znowu sporo schudłam, tym razem wskutek choroby, a że jestem przed wypłatą to odświeżenie garderoby jest jeszcze bardziej kwestią planów niż czynów ;P).


Torba ze Stradivariusa nie była pierwszym wyborem - początkowo myślałam, że fajnie prezentowałaby się tu TORBA - BORBA.
Doszłam jednak do wniosku, że ostatnio nieco mi się już znudziła - postanowiłam pozwolić jej trochę "odpocząć" ode mnie.

Została jeszcze kwestia butów - już chciałam szukać w moim pudle na buty (jak będę duża i dorobię się już swojego mieszkania, to obiecuję - sprawię sobie wreszcie wielką szafkę na buty!) jazzówek, których obecności gdzieś na pudła dnie pewna (no dobra - prawie pewna) jestem, kiedy mama zasugerowała mi, że to chyba nie na takie lekkie obuwie pora.
I przypomniała też, że niedawno sprawiłam sobie nowe sztyblety (po to, żeby oszczędzić nieco te, które już znacie - te z ZARY). 

Tak - czasami uwagi mojej mamy mają rację bytu :>

Zatem - sztyblety.

Kupione za grosze, bo choć miałam ambitne plany kupienia porządnych, skórzanych sztybletów, to plany te spaliły na panewce:
wszystkie modele które mi się podobały miały albo bardzo niską, raczej nie dla sztybletów typową cholewkę albo... cholewkę tak wyprofilowaną że wyglądałam w nich jak w śniegowcach :(

Poza tym stwierdziłam, że to jest obuwie które noszę gdy jest sucho i dość ciepło - czyli przez relatywnie niewielką liczbę dni.
Co innego kozaki - w naszym klimacie nosi się je czasem nawet przez sześć miesięcy, w pluchę, deszcze i śniegi.
W ich wypadku trwałość materiału z którego są wykonane jest istotna - od kilku lat nie kupuję więc kozaków wykonanych z czegokolwiek innego poza skórą naturalną, bo wiem już że tylko ona jako tako się w moim codziennym stawianiu czoła łódzkiej aurze zimowej sprawdza.

Postanowiłam więc kupić takie sztyblety, jakie mi się podobają, bez fiksowania się na punkcie skóry.

Wreszcie - znalazłam!
W jakimś no name'owym sklepie w centrum Łodzi ;)

Chyba Buty Na Czasie ;)

Ale nie mam już teraz pewności ;P

To i tak nie jest jeszcze model idealnie ten, jakiego szukałam - te też mogłyby być nieco bardziej zgrabne ;P

Ale z szukaniem idealnych butów jest jak z szukaniem idealnego faceta - zanim się znajdzie, to "sezon" się skończy :>


Wolałam nie ryzykować ;P


Kamizelka - Top Shop, kupiona w: Cukier Puder Vintage Store
Dżinsy - Bershka
Melonik - H&M
Torba - Stradivarius
Sztyblety - no name


Tak "wystrojona" wybrałam się następnego po odebraniu bluzy dnia do pracy.
A potem - na spacer wraz z Lechem.
I to spacer przez centrum Łodzi - łódzką Piotrkowską ;P (właśnie z tego spaceru pochodzą pokazywane Wam w tym poście zdjęcia).
Nikt we mnie pomidorem/jajkiem nie rzucił - to chyba aż tak źle nie wyglądałam ;P

No dobra - to dosyć już tego mojego gadania, mówcie i Wy, jak Wam się ta bluza (albo raczej: Mar w niej ;P) podoba ;)

Ja tymczasem uciekam do pracy - jak zwykle się spóźniając.


Ściskam Was bardzo, bardzo mocno - tak, żeby Was rozgrzać trochę, bo temperatury nie są już nawet jesienne.
Bardziej zimowe są teraz, niestety :(


Pozdrawiam serdecznie,

Wasza Mar!

P.S. Bardzo długo próbowałam w czasie zdjęć zrobić minę choć trochę podobną do miny tego kota - nie do końca mi się to udało.

Najbardziej zbliżona wygląda tak:


P.S. (2) W kolejnym (albo jeszcze kolejnym, bo następny planuję zrobić postem jubileuszowym - mój blog kończy ostatniego dnia października rok, chcę to uczcić!) poście pokażę Wam, w co się ubrałam idąc na Fashion Week'a :>
W kuluarach usłyszałam, że wyglądam jak plebs - ja uważam, że aż tak źle nie było, ale w sumie... mój rodzinny Zgierz bardziej wieś niż duży ośrodek miejski przypomina, bliżej mi więc do plebsu niż do damy z miasta :>

P.S. (3) W czasie robienia zdjęć zapomniałam wyjąć ich z torby - moja wina, bardzo wielka wina - ale ogólnie noszę do tego zestawu jeszcze... lenonki!
Nie bójcie się - kiedyś je jeszcze popodziwiacie ;)

P.S. (4) Tak, na zdjęciach pojawia się kurtka - nie opisywałam jej, bo to jest taki awaryjny "ocieplacz", który wozimy z Lechem w samochodzie i który zarzucam na grzbiet, gdy gdzieś jedziemy i nagle temperatura spada ;)
Ale ostatnio noszę ją też na na co dzień - zobaczycie ją jeszcze, obiecuję ;)

czwartek, 23 października 2014

Frędzle

Przez jakiś czas zastanawiałam się, czy w tym tygodniu pokazać Wam te zdjęcia, czy drugą sesję - wykonaną w ubiegłą sobotę i prezentującą ciuch potencjalnie mało do mnie pasujący (kto zagląda na fanpejdża ten wie, o którym mówię :>).

 

Jednak - po konsultacjach z Lechem - doszłam do wniosku, że nie!

 

Wszyscy i wszystkie mają na blogach piękną, złotą jesień, to i ja ją będę miała!

 

A co mi tam!


Była zatem krata - teraz pora na frędzle.

Frędzle lubię bardzo, chyba od zawsze.

Pamiętam, że już jako obuta w glany i zbuntowana wielce nastolatka darzyłam je wyjątkową sympatią.

Miałam wtedy przeróżne ofrędzlone torby (kupowane chyba na kilogramy w indyjskich sklepach), nosiłam z upodobaniem zdobione frędzlami poncza i narzutki (część z nich mam do dzisiaj).

Wreszcie też - swego czasu w oknie miałam zawieszoną zasłonę wykończoną frędzlami.

Potem miłość do frędzli mi na jakiś czas minęła, po to żeby w ciągu kilku ostatnich miesięcy dopaść mnie ponownie - ze zdwojoną siłą.

stylizacja boho na jesień

"Frędzlowe" ponczo które właściwie nie jest ponczem a typową narzutką (jednak zawsze gdy o nim myślę, to właśnie jako o ponczu ;P) kupiłam pod koniec sierpnia, po powrocie znad morza.


Podobnie jak kraciaste cudo z poprzedniego posta i podobnie jak połowa moich rzeczy pochodzi ono z butiku Nashe - tego co to w  moim rodzinnym Zgierzu, działa, pamiętacie?


Jak tylko je zobaczyłam, to od razu wiedziałam jedno: MUSI być moje.
Innej opcji nie ma.

Wahałam się, czy wybrać ten wariant kolorystyczny czy inny - do wyboru miałam jeszcze wersję z brązem i granatem.

Ale jak zwykle - czerń wygrała.

stylizacja boho ponczo

Szczerze mówiąc - bałam się trochę tych frędzli.

Najbardziej tego, że zaczną się rozplatać i będą wyglądać mało ładnie.

Jednak okazało się, że moje lęki nie były zasadne - frędzle trzymają się dzielnie.

boho stylizacja ponczo i melonik

Póki co przeżyły kilka wyjść na miasto, długie jazdy autobusem, siadanie w różnych miejscach, przydeptywanie ich przy kucaniu (na przykład wtedy, kiedy idąc przez miasto wpadam w panikę bo nie jestem pewna czy schowałam do torby portfel/telefon/parasol/klucze do pracy/dokumenty, a że niczego nie mogę znaleźć w jednej lub drugiej torbie, to zrzucam ją z ramienia, stawiam na środku chodnika, kucam i szukam, szukam, szukam...) i zakładanie na nie kurtki/płaszcza.

Pranie też przeżyły.

Co prawda ręczne, to może się to nie liczy - ale gdyby ktoś pytał, to wszystko z nimi i po nim okey.

stylizacja z ponczem i melonikiem

Jako że pogoda na takie szaleństwa ostatnio pozwalała, to  w dniu robienia tych zdjęć "pod frędzle" przywdziałam czarny top - tubę.

stylizacja kapelusz i okulary

Tego typu topy to mój ulubiony model bluzki w jakiekolwiek ciepłe dni.

A latem, to już w ogóle.

To jeden z niewielu fasonów letnich koszulek, w których dobrze wyglądam ;)

Ale ta narzutka bardzo dobrze wygląda też z golfem - z jakimkolwiek golfem.

Ja noszę do niej cienkie, dopasowane do ciała "golfowe" bluzki.

stylizacja blogerka jesień

Tregginsy - tak, do znudzenia one.

Gdybyście pytali, dlaczego nie jakieś inne czarne spodnie to już odpowiadam: 90% spodni jakie mam w szafie jest na mnie obecnie za duże.
A że uboga ze mnie Mar, to i za zbytnie odświeżanie garderoby się nie biorę ;P
Poza tym - jest ryzyko, że kiedyś wrócę do swojej wagi.
Wtedy mogłabym się w te nowe XXS-ki nie zmieścić ;P

styl boho blogerka

Najnowsze nabytki z tego zestawu to dodatki - okulary i bransoletka.

blog boho
Okulary podkradłam mamie.

Moja mama jest w stanie znosić do domu kilka par okularów na tydzień.
Nie wiem co ona z nimi robi, bo zwykle widzę ją w jej jednej ukochanej parze, faktem jest jednak to, że co i rusz jakieś nowe w mieszkaniu się pojawiają.
Te znalazłam za komodą w przedpokoju - nówki, z metką.
Mama nie była sobie w stanie przypomnieć gdzie i kiedy je kupiła. Kiedy mogły tam wpaść - też nie.
To już chyba choroba...

W każdym razie - jakoś tak mi się spodobały. Postanowiłam przygarnąć.


Bransoletka podobnie jak "frędzle" pochodzi z Nashe.

Kupiłam ją przy okazji nabywania kraciastej narzutki z poprzedniego posta - jak tylko zobaczyłam ją w gablotce z biżuterią, to już wiedziałam, że będzie idealnie pasować do tego frędzlastego cuda.
No i nie pomyliłam się - pasuje świetnie!

I - przede wszystkim - jest "inna".

Jak wiecie - wszystkie "inności" biżuteryjne przyciągają mnie do siebie jak magnes :>


Torebkę - worek mieliście i miałyście okazję podziwiać już dwukrotnie na blogu.

W wakacje.

Raz w zestawie z różową koszulą wiązaną na brzuchu (link) a raz przy okazji posta traktującego o musztardowej marynarce kupionej w lumpeksie i trochę przeze mnie ulepszonej (tu też link).

Lubię ją bardzo.

Żałuję tylko, że jest taka mała.
Ja to muszę mieć jednak wielkie torby - małe są ładne, ale zbyt dużą potrzebę noszenia ze sobą połowy dobytku odczuwam, żeby czuć się z nimi komfortowo ;P

boho blog

Botki też już były.

Wiosną, bo wtedy to dałam im "drugą szansę".

Teraz już pewnie nie pamiętacie jak pisałam, że mają trzy lata.
Kupiłam je, bo w dniu kiedy to się stało byłam obolała po pewnym bardzo nieprzyjemnym badaniu diagnostycznym (nie chcecie wiedzieć, co to za potworność była).
Blada i słaba czekałam na autobus, który miał mnie zawieźć do domu.
Ale że styczeń to był, że zimno, że śnieżyca, to postanowiłam poczekać na ten autobus w BOTI.
A tam trwała wyprzedaż...

Botki były skórzane, porządne, ocieplane.
Samo dobro, wszystko czego można od botków oczekiwać.
A że jeszcze były tanie (120 złotych! za skórzane botki!)...

Dopiero po powrocie do domu zdałam sobie sprawę z tego, że obcas taki nieco toporny i cholewka taka wąska...
Wtedy wydawało mi się, że to są dwie botków cechy, które skreślają je z listy modeli jakie mogę nosić bez wyglądania w nich śmiesznie.
Botki powędrowały na samo dno mojego pudła z butami.
O ich kupieniu postanowiłam jak najszybciej zapomnieć.
I przyrzekłam sobie, że w chwilach gorszego samopoczucia nie będę więcej robić jakichkolwiek ciuchowych/obuwniczych zakupów.
Oczywiście - słowa nie dotrzymałam i jeszcze wiele po tym razy kupiłam coś w czasie choroby - na poprawienie nastroju ;) 

Leżały w tym pudle aż do zeszłorocznej jesieni.
Wtedy to wreszcie postanowiłam je nosić, ale i tak zdarzało się to sporadycznie.
Taką prawdziwą "drugą szansę" raczyłam dać im dopiero tegoroczną wiosną.
No i okazało się, że ich zakup był jednak bardzo dobrą decyzją.

Są niezwykle eleganckie.

A przy okazji - w ciągu tych trzech lat które minęły od ich zakupu nieco zmieniła się moda - teraz zarówno takie obcasy jak i cholewki znowu są modne, więc tłumaczę sobie że nawet jeśli moje nogi nie wyglądają w nich rewelacyjnie, to może nikt tego nie zauważy ;P


Narzutka/ponczo - no name (butik NASHE - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Top - H&M
Tregginsy - H&M
Szal - H&M
Melonik - H&M
Okulary - no name
Bransoletka - no name (butik NASHE - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Torebka - no name (Allegro)
Botki - Sarah Karen (dla BOTI/CCC)


O, byłabym zapomniała!

Mam dla Was niespodziankę!

Zawsze piszecie, że najbardziej podobają Wam się te zdjęcia, na których śmieję się/uśmiecham.

No to dziś (trochę też w ramach rekompensaty za to, że post pojawia się jednak w czwartek, nie w środę - ale uwierzcie, mało w tym mojej winy było, więcej okoliczności zewnętrznych, opresyjnie mnie czasu wolnego pozbawiających!) trochę radosnych, innych zdjęć ;)

blog boho jesień

Takich w ruchu zrobionych ;)


Miejsce było takie ładne, a ja taka radosna, że sama zaproponowałam próbę popełnienia takich właśnie :)


Uciekam - dokształcać się, a potem pracować.

Życzę Wam bardzo udanego, mile spędzonego weekendu.

blogerka melonik

Niech będzie taki nawet jeśli pracujecie/uczycie się.
I nawet jeśli pogoda jaką obecnie mamy za oknem (przynajmniej w Łodzi i okolicach jest - póki co - paskudna) nie będzie zamierzała się poprawić ;)

Ściskam Was bardzo, Wasza Mar!


P.S. W dniu wczorajszym na łamach portalu FashionWall.pl ukazał się wywiad ze mną.
Można poczytać - całkiem sensownie (jak na mnie) się tam wypowiadam ;P


klik!

środa, 15 października 2014

Krata

Taką jesień, jaką przez ostatni tydzień mieliśmy (przynajmniej w Łodzi i okolicach) to ja - powiem Wam szczerze - mogę mieć cały rok.


I temperatura mi taka odpowiada (optymalna! 15 - 20 stopni to jest przedział, w jakim mogę bez kłopotu funkcjonować! kilka stopni w te lub tamte czyni mi już wielką różnicę, ale ten zakres odpowiada mi w stu procentach!), i krajobraz (lubię właśnie takie kolory tych wszystkich spadłych liści - póki jeszcze gnić nie zaczną, bo wtedy to już mi tak jakoś smutno się robi), i nasłonecznienie (słońce już nie grzeje tak wściekle i łzawienia oczu nie powoduje, a jest jeszcze na tyle wysoko na horyzoncie, że nie trzeba się spieszyć i do godziny siedemnastej z minutami można bez kłopotu zrobić jakieś fajne zdjęcia na popołudniowym spacerze :>)


Poza tym - powietrze pachnie tak rześko!
Aż chce się wychodzić z domu, a nocami zostawiać otwarte okno (rzadko to robię, bo marznę).


Sama się sobie dziwię, że tegoroczna jesień mnie tak zauroczyła - generalnie, to ja aż do tego roku za jesienią jakoś wybitnie nie przepadałam.
Owszem, lubiłam niektóre jej aspekty - jak choćby fakt, że można już zacząć nosić wszelkie ciepłe, wełniane szale/kominy/swetry (a - jak wiecie - mam do takich rzeczy słabość).
Ale zawsze działała na mnie jakoś tak... przygnębiająco.
Bo to i szkoła (a potem uczelnia - jeszcze gorzej...) się jesienią zaczyna, człowiek też uświadamia sobie, że wkrótce Boże Narodzenie i starszy już o rok będzie, a to wreszcie budzi się w nim świadomość, że skoro Boże Narodzenie, to i mrozy siarczyste... uch, okropności!
I tak szybko się ciemno robi - budzisz się, gdy ciemno, wracasz ze szkoły/pracy gdy jeszcze ciemniej.


Tym razem jest trochę inaczej - rozpiera mnie uczucie, które najtrafniej udaje mi się określić kiedy myślę o nim jako o oczekiwaniu na coś dobrego. 
Na coś o czym jestem przekonana, że musi się wydarzyć.


Nie mam pojęcia, czym to "coś dobrego" będzie, ale czuję, że najbliższe tygodnie przyniosą mi jakieś pozytywne emocje.
Całym swoim marowym jestestwem czuję.


I tak, tak - to, że pogoda się w okolicach wczorajszego popołudnia zepsuła wcale mojemu dobremu nastrojowi nie przeszkadza.
Aż siebie samej nie poznaję.

Jako więc że w ostatnich dniach aura temu bardziej sprzyjała niż nie sprzyjała, to udało nam się z Leszkiem odbyć kilka spontanicznych i przyjemnych spacerów.
A w trakcie spacerów - popełnić trochę zdjęć.

Te z dzisiejszego posta robiliśmy pierwszego dnia mojego mentalnego powrotu do "życia" - no wiecie, wtedy gdy doszłam do wniosku, że depresja wcale fajna nie jest i nie warto się w niej pogrążać. Pisałam o moim powrocie z dalekich, depresyjnych krain w poprzednim poście - powtarzać się nie ma sensu ;)

Gwiazdą dzisiejszego posta jest piękna, kraciasta narzutka.


Tak, to miała być narzutka.
Na taką wyglądała w sklepie.
I jako narzutkę to okrycie kupiłam.
Po przyniesieniu do domu doszłam jednak do wniosku, że na mnie to ona się lepiej sprawdzi noszona w charakterze płaszcza.
Albo swetropłaszcza.
Bo i na takie coś bardziej na mnie wygląda.


Pewnie Was trochę dziwi to, że Mar i krata.
No i nie czarna krata, na dodatek ;P
To prawie, jakby świat się walił ;P

Uległam trendom ;P
Długo się modnej tej jesieni kracie opierałam.
Chociaż nie jakoś zawzięcie - po prostu miałam opory przed zakupem czegoś kraciastego, bo zakodowałam sobie że to nie jest wzór dla mnie.

Ale w pewnym momencie nie wytrzymałam - chyba pozazdrościłam innym dziewczynom ich kraciastości (zwłaszcza innym blogerkom - zieleniałam wprost z tej zazdrości, gdy oglądałam Wasze zdjęcia na których swoimi kratami się chwaliłyście ;P).

Sporo jednak czasu zajęło mi znalezienie takiej kraty, w której czułabym się najlepiej. Poszukiwania spełzały na niczym. Aż idealna krata znalazła mnie sama!

Kraciasty swetropłaszcz wisiał sobie bowiem w moim ulubionym zgierskim butiku (Nashe, przy Parzęczewskiej). Na wystawie.

Dojrzałam go kątem oka gdy przycupnęłam pod wystawą, aby w oczekiwaniu na przyjazd mojego autobusu podelektować się przez chwilę e-papierosem.

Już jestem nauczona, że dla spokoju mojego stanu konta nie powinnam zbyt często przebywać w bliskiej temu butikowi okolicy, ale tego dnia nie zachowałam należytych środków ostrożności - spojrzałam na witrynę.


No i co miałam zrobić? Weszłam i przymierzyłam.
Wyszłam już ze swetropłaszczem...


Ciepły jest, skubany.

Chociaż to taki materiał bliski stosunkowo dresowemu (nie wygląda, prawda?), to jest naprawdę ciepły.


Ale nie tylko "ciepłość" jest jego zaletą - oprócz niej (i kraty, ale to rozumie się samo przez się) urzeka mnie w tym cudzie także kołnierz.

Wielki.


Taki, który można rozłożyć na ramionach.
I taki, który jest jednocześnie kapturem.

Tak, jeśli się tego chce, to można nosić kołnierz płaszcza jako kaptur.
Tu dowód.

Swetropłaszcz od razu uwidział mi się jako coś, co idealnie będzie pasować do kilku rzeczy bez których nie wyobrażam sobie tegorocznej jesieni - melonika (ostatnio naprawdę się z nim nie rozstaję! nie ma dnia, żebym go nie założyła!), skórzanych rękawiczek, sztybletów i Torby - Borby.

Same/Sami oceńcie, jak się z nimi prezentuje :)


Mam jeszcze na niego drugi patent - dobranie karmelowych dodatków: worka (pamiętacie mój karmelowy worek - ten z posta z szarawarami?), botków i szerokiego, miękkiego paska.


Jako że ta krata jest też w pewnych miejscach rudawa, to myślę, że nie będzie to zły wybór.


Narzutka/Płaszcz/Sweter/Swetropłaszcz - Manilla (butik Nashe, Zgierz, ul. Parzęczewska)
Szal - H&M
Sweter H&M
Tregginsy - H&M
Sztyblety - Zara
Rękawiczki - no name (butik Nashe, Zgierz, ul. Parzęczewska)
Torba - MOMO FASHION
Melonik - H&M


Bardzo chciałabym móc się jeszcze jakoś tu rozpisać - tym razem jednak macie szczęście: ominie Was moja paplanina.
Spieszę się bardzo, niezwykle zabiegana jestem.
Mam teraz tyle na głowie, że przez ostatnie dni spałam raptem po pięć godzin.
Gdy piszę te słowa też jestem już spóźniona :|


Jest jednak jeszcze coś, o czym chcę Wam powiedzieć - wreszcie dorobiłam się fanpejdża!
Miałam założyć go w dniu, w którym mój blog skończy rok (a to ostatni dzień października, czyli - w sumie - na dniach :)), ale doszłam do wniosku że nie ma na co czekać.
Zatem - jeśli ktoś chce, to zapraszam.
Można mnie polubić na facebooku:

https://www.facebook.com/lillymarlenne

(Jakby co, to z prawej strony bloga - boczny panel - jest też widżet ;P)

Dzięki facebookowi będziecie mieć możliwość posiadania stałego kontaktu ze mną -  jeśli ktoś za mną zatęskni, będzie chciał zapytać co u mnie, powiedzieć mi jak bardzo mnie lubi lub jak bardzo nie lubi, to teraz będzie to o wiele łatwiejsze ;)

Ściskam Was bardzo ciepło! Dziękuję Wam za wszystkie miłe słowa na temat mojej współpracy z Change Polska, jakie mogłam przeczytać pod poprzednim postem :)

Trzymajcie się i nie dajcie się jesiennej chandrze!


Pozdrawiam Was,
Wasza Mar!