czwartek, 20 listopada 2014

Futrzak

"Futrzane" swetry to była/jest druga - po kracie zaraz - choroba "modowa", na którą tegorocznym sezonem jesień/zima zapadłam.


Owszem, widywało się takie cuda i w zeszłym roku i wcześniej nawet, ale jakoś nie udało im się do tej pory podbić mojego serca.

Właściwie określenie "futrzane" średnio tu pasuje, bo te swetry wiele z futrem wspólnego nie mają - bardziej odpowiednimi przy próbie ich opisu wydają się być słowa "puszyste" albo "włochate".

Jednak tak blogerki, jak i projektanci, styliści, domy mody, czy wreszcie zwykli klienci sklepów odzieżowych namiętnie "futrzanością" się w języku pisanym i mówionym posługują - przyjmijmy więc, że i mój prezentowany Wam tu dziś sweter jest futrzanym ;)

stylizacja futrzany sweter | total black look | czarne skórzane oficerki | futrzak | torba worek Zara | blogerka łódzka | blog modowy | blog szafiarski | Cukier Puder Vintage Store

Sweter wypatrzyłam w Cukier Puder Vintage Store - przybytku, o którym pisałam Wam już przy okazji mojego posta z kocią bluzą w roli głównej.

Na zamieszczonych w tamtym poście zdjęciach oprócz przefajnej bluzy miałam na sobie czarną kamizelkę - pamiętacie?

Właśnie w Cukier Puder Vintage Store ją nabyłam.

futrzany sweter Cukier Puder Vintage Store

 Z racji tego, że butik ten (bo właściwie butikiem Cukier Puder wypadałoby nazywać - ci i te z Was, którzy i które po usłyszeniu słowa "vintage store" wyobrażają sobie ciasną, zatęchłą klitkę z niedbale rozstawionymi między jej ścianami wieszakami zapełnionymi mnóstwem śmierdzących i poplamionych szmat mile by się po wkroczeniu w progi Cukru Pudru rozczarowali: lokal jest przestronny, urządzony w nowoczesnym, skandynawskim stylu, ubrania są w dużym procencie nowe, a pachnie tam przepięknie!) mieści się niemal naprzeciwko tego w którym pracuję, to i okazji do zaglądania w jego pełne vintage'owych cudeniek progi mam... więcej, niż mój portfel może znieść ;P (dyplomatycznie rzecz ujmując ;)).

Zaglądam tam więc często.
Ostatnio jednak staram się robić to jak najrzadziej, bo do wypłaty jeszcze trochę czasu zostało ;P


Zatem - futrzak.

futrzany sweter Cukier Puder Vintage Store

Jak tylko został mi pokazany (tak, właścicielki Cukru Pudru potrafią zachęcić klienta do zakupów u nich, oj, potrafią... wiedzą co pokazać, żeby klient z pustymi rękami nie wyszedł ;P), to już wiedziałam jedno: bez niego się nigdzie nie ruszam.

No dobra - wiedziałam, że będę musiała się ruszyć (bo nie miałam przy sobie pieniędzy) ale pewną byłam, iż muszę prosić o swetra odłożenie ;P

To właśnie takiego swetra szukałam przez kilka tygodni, codziennie niemal zaglądając do moich ulubionych sieciówek - z nadzieją, że wreszcie taki model jaki sobie wymarzyłam znajdzie się na półkach którejś z nich.

Więc... jak mogłabym go nie kupić?


Powiem Wam, że bardzo dobrze zrobiłam - gdyby nie ta spontaniczna wizyta u "sąsiadek", to pewnie zakupu puchatego swetra tą jesienią bym się nie doczekała.

Te futrzaki, które teraz w H&M'ie czy Reserved widziałam (dobry miesiąc po zakupie mojego egzemplarza!) zdecydowanie by w mojej szafie nie wylądowały - bardzo tandetnie wyglądają :()

futrzany sweter blog modowy

Sweter jest nie tylko piękny - on jest przede wszystkim mega ciepły!

W dniu, w którym robiliśmy z Leszkiem te zdjęcia nie było co prawda jeszcze takiej na zewnątrz zimności jaka teraz panuje (okropność jakaś! chyba zawieszam bloga do marca ;( ;P), ale chłodno - owszem, było.

Mimo tego... wcalem nie zmarzła!

Ani trochę!

To Leszkowi - potrafiącemu zimą założyć płaszcz na koszulkę z krótkim rękawem, tak w ogóle - zrobiło się zimno ;)

Ja chłodu nie czułam.


Mój futrzak grzeje mnie i teraz - od kilku dni nawet na chwilę się z nim nie rozstaję.

To jest chyba najcieplejszy sweter, jaki mam w szafie.

Szczerze mówiąc - nie spodziewałam się tego po nim, bo ma taki splot, że miejscami jest "dziurawy".

Przygotowana byłam więc na to, że przez te "dziury" może się dostawać wiatr - nic bardziej mylnego.

Sweter izoluje przed późnojesiennym wiatrem jak talala ;) 


 Razem ze swetrem możecie podziwiać (chociaż to jest chyba słowo użyte na wyrost, bo średnio ją tu widać ;P) dżersejową sukienkę, którą oglądaliście już w poprzednim poście - tak, tę z H&M'u ;)

Po raz kolejny założoną w charakterze spódnicy.


No i nowości, na fanpejdżu zapowiadane, na fanpejdżu prezentowane!


Po pierwsze - torba.

Torba kupiona przypadkiem, po ponad dwa tygodnie trwających poszukiwaniach nowego torby modelu.

torba worek ZARA
 Celem moich poszukiwań miała być torba "elegancka" - cokolwiek to miało oznaczać.

A, i koniecznie z okuciami w kolorze srebra - żeby mi pasowały do okuć oficerek, które też są nowością i o których kilka słów będzie niżej.

Polowałam na kilka skórzanych, shopperowych modeli na DaWandzie oferowanych.

Jeden już nawet kupiłam.
Niestety - musiałam odesłać.

Na żywo wydał mi się...  zbyt elegancki.
Taki... "pańciowaty" ;P
I w ogóle do mnie mało pasujący.

Postanowiłam przeszukać sklepy stacjonarne - żeby kolejnej takiej akcji z odsyłką uniknąć.

Złaziłam pół Manufaktury.
Niczego nie znalazłam.
Albo inaczej - znalazłam wiele fajnych modeli, ale okucia miały złote :(

Aż wreszcie - wychodząc już niemal z tej mojej Manufaktury nieszczęsnej - przypadkiem prawie (bo sweter na wystawie wiszący mnie zainteresował) weszłam do Zary. 

Sweter okazał się mieć koszmarny skład.

Korzystając z tego, że już jestem w środku rozejrzałam się po półkach z torbami.

Bez jakiejś szczególnej na znalezienie czegoś fajnego nadziei.


I zobaczyłam ją... Torbę - worek. Z dość długim paskiem!

Z frędzlami (no dobra - z czymś na frędzli modłę ;P)!


I... takimi okuciami, jakich szukałam <3


Chwilę wahałam się nad zakupem - bo z tymi zarowymi torbami to jest tak, że jak tylko się w sklepach pojawią, to zaraz zaczynają zalewać ulice.
One i ich "podróbki" (niech będzie - modele "inspirowane" tymi zarowymi ;P).
A ja nie lubię zbyt często widzieć jakiejś mojej rzeczy na kimś innym ;P

Ale koniec z końców opuściłam sklep z torbą pod pachą ;)

skórzane oficerki Zign Zalando

Oficerki - oficerki upolowałam na Zalando.

Potrzebowałam oficerek prostych, bez zbędnych ozdób, czarnych i koniecznie skórzanych.
Nie musiały być drogie, nie musiały być jakiejś niesamowitej jakości.
Miały być w miarę choćby porządne.

Te wpadły mi w oko, gdy szukałam modelu dla mamy (podała mi tylko markę i cenę, zanim te wypatrzone przez nią odnalazłam, to pół godziny minęło -.-) - moja mama zakupy na Zalando uwielbia, więc w jej wypadku większość ubrań i butów trafia do niej właśnie poprzez ten portal.

skórzane oficerki Zign Zalando

Buty spodobały mi się niemal od razu, zamówiłam je więc bez zbędnych rozkmin i przemyśleń (acz nie bez lęku o to, czy cholewka okaże się wystarczająco luźna - nie cierpię oficerek z ciasną cholewką!).

Zakupu nie żałuję w żadnym razie - no dobrze, póki co mam z nimi jeszcze ten sam problem, który mam zawsze z nowymi, wysokimi i skórzanymi butami.

Cholewka jest sztywna i mało ułożona, w związku z czym się zagina - jak paskudnie jej to wychodzi, możecie zauważyć na niektórych zdjęciach (myśmy na to zupełnie w trakcie cykania fot uwagi nie zwrócili :/).

Na kilku wyglądam, jakbym miała dziurę w łydce ;)

O, choćby na tym:


Jakby co - "dziura" jest już mniejsza ;P

Skóra się powoli "wyrabia" ;P


Sweter - no name (Cukier Puder Vintage Store)
Sukienka - H&M
Rajstopy - Gatta
Rękawiczki - Butik Nashe (Zgierz - ulica Parzęczewska)
Torba - ZARA
Oficerki - Zign (Zalando)


Czy Wy też macie takie kłopoty ze znoszeniem tego ochłodzenia?

Powiem szczerze, że ja ledwo daję radę przemieszczać się po mieście.
Nie minie pięć minut i już jestem cała skostniała :(

I chociaż mam ostatnio jakąś dobrą passę w kwestii wymyślania fajnych połączeń ciuchowych (w jesienne i późnowiosenne dni zawsze jestem bardziej twórcza ;P), to Leszek nie jest w stanie nakłonić mnie do tego, bym zechciała pozować do zdjęć :(

Także - jeśli w najbliższym czasie zaczną się tu pojawiać posty kosmetyczne, to wiedzcie, że w łódzkiem temperatura jest bardzo, bardzo niska ;P


 Uciekam!

Mam przed sobą kolejny pracowity dzień.
Mam nadzieję, że chociaż Wy macie więcej czasu na polenienie się, niż ja ;P

Ściskam Was!

Wasza Mar!

czwartek, 13 listopada 2014

Musztarda w wersji "na jesień"

Nie byłabym sobą, gdybym - nosząc je cały rok - i jesienią nie sięgnęła po musztardowości.


Zatem sięgam - sięgam po nie z upodobaniem takim samym, jak w miesiące letnie, wiosenne i zimowe.
Albo i większym nawet - bo jesienią musztarda widzi mi się szczególnie.
W końcu w musztardowym kolorze są też leżące dookoła liście!

Przywdziewając więc coś musztardowego w jesienne dni mam wrażenie, że wpasowuję się idealnie w otaczający mnie krajobraz ;)

Ten prezentowany Wam tu zestaw był "klecony" jako typowy zestaw na niedzielny spacer/niedzielne spotkanie z Lechem.
W mojej małej, rodzinnej miejscowości (jak zapewne i w innych małych miejscowościach) przyjęte jest, że gdy człowiek opuszcza mury domu/mieszkania w niedzielny dzień, to dobrze by było aby jako tako elegancko wówczas ubranym był.
Nawet jeśli nie zamierza udać się tego dnia na nabożeństwo do pobliskiego kościoła.
I chociaż nie jestem "straszną mieszczanką" (kto nie wie o co chodzi, tego do wiersza Tuwima odsyłam - można sobie wygooglować: "Straszni mieszczanie" ;)) to zwyczaj ten w jakiejś części przejęłam - z wyjątkiem tych niedziel, w które nic mi się nie chce lubię się w te dni ubrać po prostu ładnie :)

O tym, że "jako tako elegancko" i tak oznacza u mnie dość sporą dozę luzu ubraniowego wiecie już dobrze.
Nie jesteście więc zapewne zdziwieni, że chociaż o elegancji mówię, to nie ma tu żadnej garsonki ani czółenek na szpilce ;)

(Chociaż pewnie gdybym dorwała gdzieś musztardową garsonkę, to i ją bym nosiła ;P)

Tym elementem całości od którego zaczęło się moje kompletowanie jej był ten oto komin - komin w kratę.
W kratę, której jedną ze składowych kolorystycznych jest musztarda właśnie.

Komin nabyłam w łódzkim salonie Lokaah.
Jak już Wam kiedyś wspominałam - lubię Lokaah.
Chociaż bardziej lubiłam wszelkie sklepy "indyjskie" w latach mojej licealnej młodości, to i obecnie udaje mi się tam znaleźć sporo ciekawych, "innych" rzeczy.

Komin od razu wpadł mi w oko.
W sezonie jesień - zima mają w Lokaah całą masę fajnych szali i kominów, jednak większość z nich jest gładka (ale wełniana, to zawsze jakiś plus).
A gładkich otulaczy szyi to ja już mam pół szafy.
Takich jak ten nie miałam ani pół sztuki.

Zatem nie mogłam nie zabrać go ze sobą do domu ;)
W czasie tamtej mej w Lokaah wizyty upolowałam tam także bardzo fajny plecak, który wygląda jakby był vintage ;)
Mam już na niego kilka pomysłów "stylizacyjnych" (póki co - traktuję go jako torbę w czasie robienia zakupów w dyskontach ;P) - mam więc też nadzieję, że wkrótce i nim się Wam pochwalę ;)

Kiedy już więc wpadł mi w ręce komin i pewną byłam, że chcę go założyć, to musiałam wyszperać w mojej szafie coś, do czego by pasował.


Szybko wymyśliłam, że założę do niego zwykły, prosty, bawełniany sweter z H&M'u.


Sweter ten lubię nie tylko dlatego, że jest musztardowy.
Lubię go też dlatego, że jest rozpinany i przez to wyjątkowo przydatny tak w chłodne, jak i w cieplejsze nieco dni.
W te cieplejsze zakładam go po prostu na jakąś koszulkę i w razie potrzeby rozpinam, a w chłodne mogę dzięki jego rozpięciu założyć pod niego jakieś inne, też ciepłe cudo, ale na przykład z szalowym golfem.
Celowo kupiłam go w rozmiarze o jeden numer większym, niż powinnam.
Bo nie przepadam za takimi modelami swetrów, gdy są dopasowane do ciała.
Ja to lubię, kiedy sweter jest nieco luźniejszy, kiedy mogę mu zbluzować rękawy, kiedy sobie w miarę luźno na mnie wisi.


To czarne cudo, które mam pod swetrem to nie jest spódnica.
To sukienka.
Czarna, dżersejowa sukienka.


Bardzo często noszę ją właśnie tak, jak tu - tak, by udawała, że jest spódnicą.
Robię tak głównie ze względów praktycznych - bo wtedy "ociepla" mi także górę ciała ;P
A poza tym czarną, sięgającą do połowy uda/przed kolano spódnicę mam tylko jedną.
Więc muszę ją oszczędzać - wiecie, jak jest ;P


Sukienkę także nabyłam w H&M'ie i miało to miejsce mniej więcej wtedy, kiedy kupiłam moją czarną narzutkę z poprzedniego posta.
Także - kilka lat już ze mną jest ;)

Dobrze, że ją mam - dzięki temu nie muszę się zbyt długo namyślać nad tym co mam założyć, jeśli niespodziewanie okazuje się że czeka mnie jakieś "wieczorowe" wyjście na którym wstydu nie przyniosę, jeśli się w czerń odzieję ;)
Kiedyś zaprezentuję ją Wam w jej docelowym, sukienkowym wydaniu.
Ma bardzo ładne wycięcie na plecach i równie ładny dekolt, jest dopasowana do ciała i ogólnie wygląda dość stylowo.
Także - przypomnijcie mi za jakieś dwa posty, że miałam ją zaprezentować ;P


Rękawiczki i kopertówkę już znacie, nie będę więc o nich nudzić.

Powiem tylko, że ostatnimi czasy miałam w planach sprawienie sobie innej, podobnej tej rozmiarami kopertówki.
Ale doszłam do wniosku, że mogę ten plan odłożyć w czasie.
Jesień i zima to nie są wszak pory roku, w które człowiek często gdzieś z kopertówką wychodzi (w Sylwestra czy Andrzejki to i tak trzeba dużą torbę ze sobą zabrać - w małą się flaszki nie zmieszczą przecież ;P).
Póki co - gdy "stylizacja" będzie tego dodatku wymagała, to będziecie musieli i musiały oglądać mnie albo z tą albo z tą moją drugą - nieco od tej mniejszą - kopertówką ;P


Okulary pojawiły się tu już kiedyś, przelotem - w poście zapowiadającym jesieni nadejście (klik!).
Teraz macie okazję do tego, żeby podziwiać je trochę bardziej ;)


Tak, to są te osławione okulary o szkłach koloru ropy naftowej - te, które z Władysławowa w wakacje przywiozłam.


Oczywiście - teorię o kolorze ropy szerzy Mój Osobisty Fotograf, czyli Lechu.
Ja twierdzę, że one są musztardowe ;P

Buty też już kiedyś były - raz.
W pierwszym blogowym poście, który przypomnianym został przy okazji urodzin bloga (też klik!).

Kocham je miłością szczerą.
Kupiłam je dawno, dawno temu (tak, tanie buty z czegoś, co można by ceratą nazwać zrobione też potrafią kilka sezonów przeżyć - te są na to najlepszym dowodem!).
W sklepie, którego dziś już nie ma - w Boot Squarze.
Mieliśmy w Łodzi taki przybytek butowej rozpusty, mieliśmy.
Teraz jest tam inny sklep z niedrogim dość (ale nie badziewnym - to nieco inna "klasa" sklepów, niż złą sławą owiane butiki Vices) obuwiem.
Szkoda, że nie mają w nim (ani w żadnym innym - nad czym boleję) butów na jesień z podobnie szeroką cholewką.
Ja uwielbiam botki z poszerzanymi cholewkami, bo naprawdę - tylko w nich moje łydki dobrze wyglądają.

(A, tak - z butów "wystają" rajstopy.
Takie grube, dzianinowe. I z "warkoczem".
Nie powiem Wam, gdzie je kupiłam - chyba w H&M'ie.
Grube to to, bo to 120 albo 160 DEN jest.
I ciepłe bardzo.
Muszę się i w tym roku za podobnymi rozejrzeć.
Póki co jeszcze nigdzie takich nie widziałam.
Pewnie koło świąt się pojawią ;P)


Na koniec zostawiłam Wam te zdjęcia, które prezentują zestaw w wersji pełnej ;)
Razem z odzieniem wierzchnim, które tego dnia miałam na sobie, acz przez większą dnia część dzierżyłam je pod pachą, bo dość ciepło było.
W tej "wersji" widać tu i płaszcz i beret.


Płaszcz już raz widzieliście/widziałyście.
W lutym - tu.
Łup z Zalando.
Od KIOMI.
Ciepły jak nie wiem, idealnie czarny, a w dodatku - baaardzo stylowy ;)

Jedynym jego mankamentem jest to, że jak wszystkie płaszcze i kurtki ma nieco zbyt długie na mnie rękawy.
Ale przyzwyczaiłam się do tego, że jak się jest kurduplem, to ma się takie problemy.

Beret wypatrzyłam którejś z ubiegłych jesieni w moim ukochanym Nashe.
Nie, to wcale nie jest model "skarpeta"!
On tak się na zdjęciach jedynie prezentuje ;P
Ogólnie jest dość płaski ;P


Płaszcz - KIOMI
Sweter - H&M
Sukienka - H&M
Rajstopy - H&M (?)
Botki - Boot Square
Komin - Lokaah
Beret - Butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Okulary - no name
Rękawiczki - Butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Kopertówka - no name (Allegro)


"Outfit" zaprezentowany?
Zaprezentowany.
Opisany?
Opisany.


No to teraz czas na insze inszości.

Jakiś czas temu Marylka z http://addicted-to-passion.blogspot.com postanowiła wyróżnić mojego bloga jako bloga kreatywnego.

Bardzo lubię Marylkę, lubię jej bloga, jej sposób prowadzenia go i zdjęcia którymi nas raczy, zatem zrobiło mi się niezwykle miło, że to właśnie przez Nią zostałam wyróżniona.

Nie powiem - nieco się zaskoczyłam, bo różnie o swoim blogu myślę, lecz kreatywnym bym go nie nazwała.

Ale że takie wyróżnienie wiąże się z koniecznością odpowiedzenia na parę pytań, no to tego tam - pytania i odpowiedzi zamieszczam poniżej :)

1. Nad czym obecnie pracuję?

Pytanie wydaje mi się bardzo... ogólne. Zatem i ogólnie na nie odpowiem ;)
W kwestiach prywatnych i zawodowych nad tym, żeby jak najmniej narzekać ;)
I żeby poskromić drzemiącego we mnie lenia.

W kwestiach związanych z blogiem - próbuję wdrażać w życie plany dotarcia z nim do szerszej publiczności.
Stąd też wreszcie, po prawie roku jego istnienia, uruchomiłam mu fanpejdż.
Szczerze gardzę blogowym spamem, wypisywaniem do innych błagalnych próśb o obserwację i resztą takich pierdół, zatem stawiam na zwiększenie mojej bytności na różnych portalach poświęconych modzie i szafiarstwu.

Rozważam także pewien podział bloga na trzy przejrzyste kategorie: "stylizacje", "recenzje kosmetyczne" i... no właśnie, ta trzecia.
Ta trzecia miałaby zawierać posty jakie bym tu bardzo pisać czasem chciała, ale jakich pisać się trochę boję, bo nie chcę się porozdrabniać.
Chodzi mi o coś w stylu "okiem Mar".
Jakieś takie moje refleksje o świecie mnie otaczającym, utrzymane w tonie moich poprzedniopostowych rozważań na temat FashionWeek'a.

Nie wiem, czy w ostateczności zdecyduję się na coś takiego - pożyję, zobaczę.

2. Czy moje prace różnią się od innych?

Te prace, które z blogiem nie są związane - pewnie nie.
Nie widzę w nich niczego wyjątkowego.
Szczerze.
Z ręką na sercu.

Natomiast "prace" blogowe = wpisy na pewno wyróżniają się na tle postów innych blogujących o modzie/ciuchach tym, że ja na swoim blogu PISZĘ.
Nie znaczy to, że uważam się za lepszą od tych, którzy i które nie piszą.
Nigdy tak nawet nie pomyślałam.

Ot, jeden lubi truskawki a drugi - porzeczki.
Ja pisać bardzo lubię, jestem osobą gadatliwą z natury.

Gdyby ktoś zabronił mi pisania i kazał jedynie wrzucać tu zdjęcia, to nie jestem pewna czy wytrzymałabym w blogosferze rok ;)
Chyba by mnie to znudziło.

Poza tym jest jeszcze jedna rzecz - zdaję sobie sprawę z tego, że wiele moich ciuchowych zestawów to nie są połączenia mega oryginalne ani wyszukane.
Jakoś więc muszę Was sobą zainteresować albo chociaż - zapaść Wam w pamięć ;P

No wiecie - że zobaczycie gdzieś mojego avatara i przypomnicie sobie:

"A, to ta co tak zawsze nudzi!"

;)

3. Dlaczego tworzę i piszę bloga?

Po części z tej samej przyczyny z jakiej tworzą i piszą blogi inni - z próżności, z chęci "pokazania" się, pochwalenia, zaprezentowania kawałka siebie w jakimś miejscu.
W miejscu, które będzie tak bardzo moje, na ile to tylko będzie możliwe.
Po części z powodu, który jakoś tam wiąże się z tym wyżej wymienionym - z chęci stworzenia sobie w sieci miejsca, które za jakiś czas będzie swoistą "pamiątką" minionych chwil.
No i wreszcie - blog wypełnia mi pustkę towarzyską i wolnochwilową ;)
Nie lubię musieć nawiązywać przypadkowych kontaktów z przypadkowymi ludźmi, z którymi jestem zmuszona z powodów niezależnych ode mnie przebywać (praca, szkoła, miejsce zamieszkania).
Wolę nawiązywać je z tymi, którzy mają chociaż w części podobne do mnie zainteresowania.
W blogosferze jest dużo bab, które lubią ciuchy i ładne zdjęcia ;)
No, to już wiecie po co tu jestem ;P

4. Jak wygląda mój proces tworzenia?

No to tak...
Otwieram szafę, coś z niej na mnie wypada...
Nie no, dobra, czasem wypada, ale częściej po prostu wymyślam, układam sobie w głowie różne zestawy ubraniowe, zakładam je na siebie w różne miejsca w które założyć coś na siebie muszę, bo z domu wychodzę, i jeśli akurat pozwala na to pogoda/pozwalają na to plany Leszka i moje, to po mojej i Leszka pracy lub innych naszych obowiązkach idziemy na zdjęcia.
Najczęściej nie chce nam się nigdzie jeździć ani chodzić i zdjęcia robimy w parkach w okolicy w której akurat wygodnie nam się spotkać.
Ja pozuję, Lechu się złości - że robię to nie tak, jak powinnam.
Bo jego zdaniem jak pozuję "po swojemu", to nie wychodzę dobrze ;P
A moim - rewelacyjnie ;P
Jak już się Lechu zezłości, to potem ja się złoszczę.
Dochodzi do awantury.
Przyjeżdża karetka...
Dobra, znowu żartuję ;P

Obywa się bez karetki.
Zwykle Lechu krzyczy, ale nie przerywa robienia zdjęć, a ja staram się nie przerywać pozowania ;P
Jak "sesja" się kończy, to jesteśmy już pogodzeni ;P

Wieczorem w dniu robienia zdjęć męczę Lecha o to, żeby wysłał mi miniaturki wszystkich zrobionych fot.
Z nich wybieram te, które mi się podobają.
Po jakimś tygodniu Lechu do nich zasiada i następuje kolejna awantura - że wybrałam same najgorsze.
Ale dzielnie obrabia te, których numery mu podyktowałam ;P

Jak już mam zdjęcia, to piszę.
Pisanie zajmuje mi najwięcej czasu ;P

Kiedy post jest dodany, to oboje z Lechem jesteśmy z niego zazwyczaj dumni ;P

(no dobrze - Lechu mniej, bo jeszcze marudzi, że przez mój wybór zdjęcia nie są tak dobre, jak chciałby aby były żeby nie musiał się ich wstydzić ;P)

Trochę inaczej wygląda sprawa, jeśli chodzi o posty kosmetyczne - często poprzedza ja kilkumiesięczne nawet używanie jakiegoś kosmetyku.
Ponieważ przyjęłam zasadę, że będę tu pisała tylko o kosmetykach wartych tego, aby parę słów o nich napisać, to staram się mieć pewność, że nie zachwalę Wam jakiejś bomby z opóźnionym zapłonem - takiej, co to przez pierwsze dwa opakowania wydawała się całkiem spoko, a przy trzecim (po dodaniu posta chwalącego jej zbawienne rzekomo właściwości) jej toksyczne działanie skumulowało się do tego stopnia, że niemal pozbawiło mnie życia ;P
Zatem - post z jakąś recenzją kosmetyczną pojawia się dopiero wtedy, gdy mam sto procent pewności że jest sens o danym produkcie pisać.
Kiedy nabywam już tę pewność, to zwykle nie mam na stanie żadnego opakowania danego kosmetyku które by się ładnie na zdjęciu prezentowało, więc z obfoceniem go czekamy z Lechem do czasu zakupu przeze mnie nowego opakowania ;P
A z zaopatrzeniem drogerii bywa różnie - aktualnie szukam po wszystkich możliwych żelu do mycia tłustej skóry od Green Pharmacy, który mnie bardzo pozytywnie we wrześniu zaskoczył i zaskakiwał mnie tak aż do teraz.
No, ale się skończył.
A kolejnego opakowania kupić nie mogę, bo nigdzie tego żelu nie mają :(
Inne rodzaje są, a tego nie ma :(

Nie ma więc też zdjęć i nie ma recenzji :(

Ja w zabawie nikogo nie nominuję, bo wiem, że takie nominacje zwykle nominowanych złoszczą.

Uciekam, bo znowu się rozpisałam, co pewnie skutkować będzie tym, że będziecie mi w narzekać w komentarzach: "Daj, Mar, żyć! Nie pisz tak dużo!"

No to kończę ;)

Całuję Was i ściskam bardzo mocno!

Wasza Mar!

czwartek, 6 listopada 2014

Szaro i buro (ale nie ponuro!)

Lubię szarości.


Chociaż przyznaję - kiedyś lubiłam je bardziej.


Im jestem starsza tym mniejszy mam do nich sentyment.

Ale jeszcze kilka lat temu szary był jednym z podstawowych kolorów w mojej garderobie.
W sensie, że oprócz czerni i musztardowości wszelkich to właśnie szarych rzeczy miałam najwięcej.
Po tej fazie fascynacji szarościami zostało mi w szafie kilka fajnych "szaraków".
Tak pośród ubrań, jak i dodatków :)


Z takich kupionych w "dawnych" czasach rzeczy złożony został ten zestaw.

"Gwizdany" - tak mój ojciec mówi na obiad, który przyrządza się ze wszystkiego co się znalazło w lodówce i co jeszcze jest w miarę jadalne.
I to też określenie kołatało mi się po głowie, gdy ciuchy te na siebie zakładałam pewnego sobotniego poranka.


Był to czas, gdy jesień sprawiała wrażenie jakby jesienią wcale być nie chciała i jej największym marzeniem było szybkie zamienienie się w przedzimie.

Zimno i wietrznie było wtedy.
Tak zimno, że ledwiem uszła kilka kroków z klatki schodowej na przystanek autobusowy/tramwajowy, to już cała się trzęsłam jak osika.

Zawsze kiedy na zewnątrz panuje taka paskudna aura cierpię na brak weny w kwestii ubioru.

Ale musiałam, no po prostu musiałam się jakoś w miarę sensownie ubrać - nie szłam bowiem po chleb, masło i jajka do pobliskiego dyskontu a do pracy.
A że w pracy mieli mnie i Moją Szefową odwiedzić jedni ze współpracujących z butikiem projektantów, to wstydu być nie mogło.

Wypowiedzenia nie dostałam - wnioskuję więc, że misja "nie ośmieszyć pracodawcy" zakończyła się sukcesem ;P

Ponieważ nie dzianiny (które główną rolę grają w tym zestawie) rzucają się na zdjęciach w oczy najbardziej a dodatki, to i od dodatków zacznę opisywanie "stylizacji" (tak, nadal mnie mierzi to słowo ;P okropnie ;P).


Chusta - chustę kupiłam pięć lat temu nie gdzie indziej, jak we wspomnianym tu już razy wiele zgierskim butiku Nashe.
Ona była docelowo kupiona z myślą o tego typu połączeniach - o noszeniu jej do luźnych swetrów/narzutek spinanych lub wiązanych paskiem.
Miała być duża, miała mieć frędzle i miała być szara.
Idąc do butiku nie spodziewałam się, że spodoba mi się ten model - Mar za kwiatkami nie przepada.
Ale po przymierzeniu jej okazało się, że te fioletowe i niebieskie akcenty pięknie grają z moimi włosami, moją karnacją i moimi oczami.
Nie namyślałam się długo nad jej zakupem ;)

Tego samego dnia w którym kupiłam chustę nabyłam też - także w Nashe ;) - pasek.
Dziś już szerokie paski w talii noszone nie kręcą mnie aż tak bardzo.
Owszem, sporadycznie je zakładam, ale wtedy nie wyobrażałam sobie wyjść bez jednego z nich z domu!
Fakt - te kilka lat temu trwała moda na "grube" paski.
W każdym - nawet najmniejszym - butiku można było dostać mnóstwo ich modeli.
Dziś znowu (tak jak przed tamtą manią) dorwanie fajnego, szerokachnego paska graniczy z cudem ;)
Cieszę się więc, że w razie gdyby to szaleństwo powróciło ja mam takich pasków pokaźną kolekcję ;)
Gdyby brakło mi gotówki mogę nawet otworzyć ich wypożyczalnię ;P

Nad kupnem tego paska zastanawiałam się znacznie dłużej, niż nad zakupem chusty.
No bo te ćwieki...
I sama szarość!

Szukałam czegoś gładkiego i czarnego.
Jedynym "okuciowym" elementem mojego wymarzonego wówczas paska miała być klamra.

O tyle, o ile za szarość na ubraniach dałabym się wtedy pokroić, to szarość na dodatku takim jak buty, pasek czy torba budziła we mnie (i budzi do dziś ;)) mieszane uczucia.

Bo - jak też już Wam o tym kilka razy wspominałam - ja z tej starej, nudnej i niemodnej szkoły, według której jak pasek w jakimś kolorze, to i buty/torebka także.
Wszelkie odstępstwa od tej zasady budzą we mnie sprzeciw - ale tylko jeśli tyczy to się mnie samej.
Na kimś innym wszelkie kombinacje kolorystyczne w połączeniu obuwie - torba - but są przeze mnie bardzo mile widziane.

Ponieważ w dniu zakupu nie miałam na stanie żadnej szarej torby ani nawet połowy szarego buta, to dość długo gryzłam się nad tym, czy ja na pewno wyjdę w tym pasku do ludzi.
W końcu - postanowiłam zaryzykować.

I dobrze zrobiłam, bo kilka dni później nabyłam bardzo fajną torbę ozdobioną łatami w odcieniach brązu, szarości, czerni i beżu.
Torbę nosiłam z upodobaniem przez bodajże rok - po tym czasie zniszczyła się dość potężnie (tak naprawdę to była jedna z dwóch toreb, jakie w ogóle mi się kiedykolwiek zniszczyły - zwykle torebki po prostu mi się nudzą lub przestają podobać i wtedy zostają oddane mamie), nad czym ubolewam wielce.
Była jedną z ciekawszych toreb, jakie kiedykolwiek miałam.

Ten właśnie pasek był w czasach posiadania jej dodatkiem, bez którego przy zabieraniu torby ze sobą nie ruszałam się z domu ;)

Tamtego sobotniego poranka gdy kompletowałam prezentowany Wam tu zestaw pasek wyturlał mi się z szafy wprost pod nogi.
To on (i chusta, o której zobaczywszy go przypomniałam sobie) był tym elementem całego looku, od którego wówczas dobieranie poszczególnych rzeczy się rozpoczęło ;)


Czarna, "kamizelkowa" narzutka - też ma już kilka lat.
Kupiłam ją tej samej jesieni, co pasek i chustę.


Lubiłam wtedy takie rzeczy, fajnie mi w nich było - bo miałam w tym okresie zupełnie inną fryzurę niż dziś.
Krótkie włosy ścięte na boba i półokrągłą grzywkę (Lechu mówi, że miałam wtedy na głowie kask - jak patrzę na swoje z tamtego czasu zdjęcia, to coś w tym jest ;P).
Jakoś mi takie rzeczy do mnie z taką fryzurą pasowały ;)


Tę narzutkę upolowałam w H&M'ie.
Pamiętam, że byłam w niej bez pamięci zakochana - ale i... żal mi było ją nosić ;P

Narzutka ma bowiem całkiem dużą domieszkę akrylu, który lubi się dość szybko mechacić i mało ładnie wyglądać.
Oszczędzałam ją więc.
Tak oszczędzałam, że założyłam ją raptem parę razy.

Znalazłam ją w szafie w ubiegłym roku, ale nie widziała mi się wtedy jakoś.
Byłam niemal pewna, że takie ciuchy już nie dla mnie - że bez grzywki, to ja w takich cudach straszę.
No cóż - nie miałam wtedy jeszcze melonika ;)

Tegoroczną jesienią przekonałam się, że po dodaniu melonika wyglądam w niej bardzo, bardzo fajnie ;)


Szary sweter z bufkami to rzecz, którą (też kilka lat temu) moi rodzice przywieźli mi znad morza.
Było to w czasie, gdy na bufiaste ramiona była moda prawie tak wielka, jak rok czy dwa wcześniej na te wspomniane gdzieś tam u góry posta szerokie paski.
Wszystkie baby w bufkach latały.


Ja - nie.
Owszem - miałam jeden "bufiasty" sweterek.
Dostałam go od mamy mojego ówczesnego narzeczonego - był z Camaieu (sweterek, narzeczony był z Ozorkowa i studiował w Krakowie ;P), był wykonany z bardzo dobrej jakościowo bawełnianej mieszanki i mógł się prezentować całkiem stylowo... ale na kimś innym.
Ja w bufkach wyglądam źle.
Poszerzają mi ramiona, a że ramiona mam już i tak z natury dość szerokie (a w dodatku mam wąskie biodra - koszmar absolutny przy bufek w ramionach dodaniu)... no to nie. Nie i nie.

Moi rodzice jednak o moim do bufek stosunku nie wiedzieli.
A że oni mają prawdziwego fioła na punkcie obkupiania się w porozstawianych w nadmorskich kurortach stoiskach z odzieżą (tą bardziej i tą mniej markową) i że chcieli uchodzić - najpewniej - za kochających rodzicieli, to obdarowali mnie tym właśnie sweterkiem.

Za prezent - oczywiście - podziękowałam.
A potem wrzuciłam go do szafy.
Nigdy go nie założyłam.

Do dnia, w którym ten zestaw skompletować musiałam ;)


Sweterek wpadł mi w ręce przypadkiem, pomyliłam go z innym.
Zorientowałam się, że nie jest tym o który mi chodziło dopiero gdy go na siebie wdziałam.

Ale wtedy doszłam do wniosku, że nie wyglądam w tych bufkach aż tak koszmarnie.
Może dlatego, że proporcje ciała równoważy mi ta czarna, kloszująca się nieco u dołu narzutka.
Zbluzowałam rękawy i pomyślałam, że nie jest źle - można tak wyjść do ludzi chyba.

Po obejrzeniu zdjęć utwierdzam się w przekonaniu, że to nie była zła decyzja ;)

Bufki mogę czasem ponosić.
Byle w dobrym towarzystwie ;)

Tregginsy, torbę i rękawiczki już znacie - pomijam je zatem ;)

Nie znacie natomiast botków.
Botki to nowość w mojej szafie, jeszcze większa nowość niż sztyblety z posta z Behemotem ;)

Kupiłam je w czasie robienia zakupów w Carrefourze.
Trwała tam jakaś promocja na obuwie.
Kosztowały niewiele, a że miały szeroką cholewkę (uwielbiam szerokie cholewki, tylko w nich tak naprawdę moje łydki nie straszą), to się zbyt długo nad sensem wrzucenia ich do wózka nie zastanawiałam.
Nie powalają jakością, ale mają solidną podeszwę i są ocieplane - na jesienne bieganie po mieście nadają się znakomicie.


A - no i kurtka ;)

W poprzednim poście (tak, znowu mi chodzi o ten post z Behemotem) obiecałam Wam o niej wspomnieć - kurtka też jest stara.
Zakupiona w początkach mody na płaszcze i wszystkie płaszczopodobne okrycia wierzchnie.

(To się zaczęło kilka lat temu.
Dopóki ta moda nie nadeszła, to płaszcze nosiły tylko starsze panie i kobiety biznesu ;)
Wszystko co młode wskakiwało w kurtki, kurteczki i kurtałki.
Aż przyszedł ten trend i każdy, faceci też, chciał mieć płaszcz - a najlepiej od razu dwurzędowy płaszcz!
Jak ktoś kupował kurtkę na jesień, to koniecznie też flauszową/wełnianą i na płaszcz stylizowaną.

Ja też chciałam - a co, Mar gorsza ;P?)


Kurtka jest już powycierana, spłowiała (nic dziwnego, skoro z lenistwa uprałam ją ostatnio w pralce zamiast oddać do pralni chemicznej ;P) i nieco skurczona, ale i tak ją kocham.
Jesienią i wiosną to jest najczęściej noszony przeze mnie zewnętrzniak ;)


Kurtka - H&M
Narzutka - H&M
Sweter z bufkami - no name
Tregginsy - H&M
Chusta - butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Pasek - butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Melonik - H&M
Rękawiczki - butik Nashe: Zgierz, ul. Parzęczewska
Botki - no name
Torba - Fason (Allegro)


Podobam się sobie taka :)
Chociaż niebo na zdjęciach szare i bure, to ja - pomimo tego, że też "szara" jestem - wyglądam jakoś tak radośnie :)
Szaro - owszem. Buro - też.
Ale nie ponuro ;)

A Wam jak się to widzi?


Tak ubrana polazłam na FashionWeek'a, co to się niedawno w mojej Łodzi odbywał.

Nie miałam pójścia tam w planach - nigdy mnie w takie miejsca zbytnio nie ciągnęło.
Ale że Szefowa mnie wejściówką do Showroom'u obdarowała, no to myślę sobie - a co mi tam, a pójdę.

Pokazy nie są dla mnie - na diabła mam oglądać modelki odziane w ciuchy na które mnie nie stać, a gdyby mnie nawet stać na nie było, to wolałabym sobie, jak Aschaa, na Bali polecieć (no dobra, może nie na Bali i nie polecieć, bo ani upałów ani latania samolotem nie lubię, ale na przykład to takiego Paryża czy innej Prowansji wyjechać na więcej dni niż dwa?)?

Sama bytność na pokazie, sama atmosfera towarzysząca "wielkiej" modzie, Ci znani ludzie dokoła, te wszystkie "topowe" blogerki, możliwość uśmiechnięcia się do nich i pocałowania ich w czubek szpilki... to wszystko mnie nigdy nie kręciło i kręcić zapewne nie będzie.
Taka już jestem - trudno.
Nie zamierzam tego zmieniać.
Może gdybym była blogerką modową a nie szafiarką, to czułabym jakąś presję cisnącą mnie i zmuszającą do zmiany mojego podejścia.
Ale że nie jestem - no to presji nie czuję ;)

Zdjęcia robiliśmy w bliskim sąsiedztwie hali Expo, w której to całe feszynłikowe wydarzenie się odbywało.
W Parku Poniatowskiego ;)

Zaraz po zdjęciach Lechu mnie podwiózł do tego siedliska modowej rozpusty.
I zostawił.
Sam iść ze mną nie chciał - twierdził, że kontakt z blogosferą wystarcza mu za całość kontaktów z modą jako taką ;P

Stanęłam sobie więc pod halą, rozejrzałam się: bilboardy są, ludzi dużo, myślę sobie więc - no dobra, to na pewno tu, nic mi się nie pomyliło.
Poczynam więc wydobywanie z czeluści torby mojego hipsterskiego etui po szczoteczce do zębów, ażeby nikotyną się poinhalować trochę (bo w tym etui mojego e - papierosa noszę ;))... a tu idą!

Idą blogerzy!
Kroczy dziewczyna odziana w kostium kąpielowy (jednoczęściowy, spokojnie) z podobizną Marilyn Monroe.
Pod kostiumem ma białe rajty - grubości 5 DEN.
Obowiązkowo - podarte.
Na to wszystko wdziane dżinsowe, także podarte szorty.
Na stopach - plastikowe kalosze.
Przezroczyste.

Na nosie - okulary w drewnianych oprawkach.
I czapę z lisa na głowie.
Przez ramię przerzucone futro. Pewnie karakuły.

Na licu - dwie plamy czerwone, niby wzory na ścianie farbą akrylową malowane.

Towarzyszy jej chłopak - w muszce z gazety zrobionej!
W kapeluszu - takim letnim, co to na plażę go się założyć da spokojnie.
Na nogach ma trampki - skarpet brak (temperatura wynosiła jakieś pięć stopni Celsjusza).
A pod pachą damską kopertówkę z ćwiekami.
Kurtki, płaszcza, pelisy - nie odnotowałam.

Po czym poznałam, że blogerzy?
Bo za nimi truchtał kroczkiem żwawym facet z aparatem i foty pstrykał pospiesznie.

Facet był jedynym z tego orszaku adekwatnie do pogody ubranym, bo miał oprócz czegoś na głowie także szal na szyi, kurtkę normalną na grzbiecie i porządne, nie na plażę przeznaczone buty.

Pomyślałam sobie: "Jeny, Mar... teraz tak się chyba ubierać trzeba... po co Ty tam leziesz... wstydu sobie tylko narobisz..."
No ale słowo się rzekło - decyzja powzięta, nie wypada się cofnąć.

Sama strefa Showroom - sympatyczna.
Dużo fajnych ubrań, tylko z jakością i cenami tychże trochę gorzej.
Jedna z wystawiających się projektantek myślała chyba, że nikt się nie zorientuje że wystawione przez nią ciuchy są w cenach o 30% wyższych niż normalnie ;)

Może nikt, kto ją zna "normalnie" nie miał się tam pojawić.
Ja znałam, haczyk dostrzegłam.
Uśmiechnęłam się pod nosem ;)

Inna - sympatyczna kobitka, usiadła sobie przy swoich torebkach i sukienkach i uśmiechała się.
Podchodzę do stoiska, znajduję kopertówkę.
Zielona, cholera.

Pytam zatem - "A w czerni jest?".
Ona: "Nie ma..."
Ja: "A mogłaby być?"
Ona: <myśli> "Nie wiem..."
Ja: "A ma Pani sklep internetowy?"
Ona: <uśmiecha się pięknie> " Nie :D"
Ja: -.-'
Ona: "Ale mam fejsbuka! Znaczy się... dopiero się tworzy :D"
Ja: "A ma Pani wizytówkę?"
Ona: <uśmiecha się jeszcze piękniej> "Nie :D Skończyły się!"
Ja: <tracąc nadzieję> "A może sklep stacjonarny chociaż gdzieś Pani ma?"
Ona: "Tak :D"
Ja: "Gdzie?"
Ona: "W Pcimiu Dolnym :D"

(nie miała go w Pcimiu, miała go w innej równie małej miejscowości, ale nie chcę podawać tu nazwy, żeby Pani nie urazić ;)
chociaż sądzę, że powinna się poczuć urażoną - i w miejscu gdzie istnieje możliwość zdobycia potencjalnych klientów następnym razem nieco bardziej być na promocję swoich produktów gotową ;P)

No nic, spaceruję sobie, oglądam precjoza, nagle patrzę - kolega!
Znajomy bloger!
Macham, podchodzę.
Cześć, cześć, co tam, no tak, tak, fantastycznie, tak, też się napawam bliskością mody świata, no to buzi, dozo.
Już mam odchodzić (bo tyle kontaktu z drugim człowiekiem wystarcza mi absolutnie do szczęścia pełni), a za plecami słyszę szept teatralny, z ust towarzyszącego koledze memu kumpla:

"A co to za plebs był?"

Melonik mi się nieco z irytacji na policzek lewy zsunął, żyłka mi zadrgała na czole, soczyste słowo nazywające najstarszy zawód świata na usta się samo cisnęło - ale po chwili uśmiechnęłam się do siebie.

No bo w sumie to ja jestem urodzona, wychowana i zameldowana w mieście małym.
Acz dużej - stosunkowo - Łodzi bliskim.
Żadna tam ze mnie miasta wielkiego (co tu o świecie całym mówić!) rdzenna obywatelka.

Wiele się z prawdą nie minął ;)

W tym samym też momencie przed oczami znowu mignęła mi ujrzana przed wejściem na event para - dziewczyna w kostiumie i chłopak w gazetowej muszce.
Próbowali się dostać na ustawioną obok "ściankę" - ale do ścianki kolejka była, oj, kolejka.
Dziewczyna wyglądała, jakby się bardzo niecierpliwiła i musiała z jakiegoś powodu dostać się na tę ściankę w tym właśnie momencie.
Bo ściankę ktoś zaraz przyjdzie i zdemontuje.
Chłopak też na ściankę łypał, ale nie miał fizycznej możliwości być nią aż tak jak jego towarzyszka zaaferowany, bo właśnie starał się (bardzo się starał!) unieść cztery kieliszki wypełnione szampanem - biorąc pod uwagę, że ręce miał tylko dwie, to trochę kłopotów mu to sprawiało.

Ciepło Ubrany Pan Fotograf też tam był - z racji braku innego zajęcia polerował obiektyw swojego aparatu rąbkiem szalika i czasem tylko tęsknie spozierał na niesionego przez chłopaka szampana.

Pomyślałam sobie, że dobrze być plebsem - nie trzeba musieć w kostiumie przy temperaturach syberyjskich niemal łazić, bić się o zdjęcia na ścianek tle i szampanami żonglować.
Można po prostu przyjść, poobserwować, a potem poprawić melonik, zamotać chustkę pod szyją tak, żeby przed chłodem jak najlepiej izolowała i wyjść - do kogo się chce, do czego się chce, tą drogą, którą się obrało wcześniej już.

Ściskam Was bardzo, uśmiecham się do Was i dziękuję Wam za moc miłych słów, jakie mi pod poprzednim, urodzinowym postem zostawiliście.
Jeszcze raz powtarzam - chciałabym, żebyście byli i były ze mną (taką plebejską :>) jak najdłużej :)

Pozdrawiam Was serdecznie,

Wasza Mar!


P.S. Nie, nie mam nic przeciw temu, że ktoś chce ubrać się w kostium kąpielowy nawet przy niewyobrażalnym ziąbie za oknem panującym - ja tylko nie wierzę, że komuś może nie być w tym zimno ;)
Nie mam też nic przeciwko temu, że ktoś chce uczestniczyć w takich eventach "pełną gębą" i pozowanie "na ściankach" sprawia mu radość - wszystko jest dla ludzi.

Ja tego po prostu - po marowemu - nie rozumiem ;)
I wywołuje to we mnie coś w guście tego, co Witkacy nazwał odczuciem dziwności istnienia ;)

Co nie znaczy, że może i mnie się kiedyś tego nie zachce - tylko krowy nie zmieniają poglądów.

O!