środa, 31 grudnia 2014

Szczęśliwego Nowego Roku!

Ponieważ na wszystkich niemal blogach pojawiają się od dni już paru życzenia i wyrazy radości z powodu tego, że Stary Rok się kończy a Nowy już tuż, tuż - przed nami, to i Mar gorszą od reszty być nie chciała i takiego to okolicznościowego posta machnąć postanowiła.


Ale, ale - to nie tak, że sobie tylko usiadłam i kilka słów dla Was skreśliłam!
Oj, nie!
Poświęciłam się dla Was!
Specjalnie wyciągnęłam Lecha na zdjęcia - takie z zimnymi ogniami, żeby było noworocznie ;P
Poświęcenie było ogromne, bo w Łodzi jest tak mroźnie, że wychodzić z mieszkania się nie chce.

A ja - jak zapewne pamiętacie - mrozu nienawidzę!
Po "sesji" nie czułam palców u dłoni i płakałam - szczerze płakałam, tak mnie bolały :( - ale dumną z tego, że jednak radę dałam byłam wielce ;)

W sumie - zależało mi bardzo na tym, by te zdjęcia popełnić ;)
Dzięki nim mogę bez nadmiaru słów udowodnić Wam, że nie jestem dobrym materiałem na "rasową" szafiarkę ani blogerkę modową, co to pośmiewiskiem miasta i miasta przyległości się staje i przy dwudziestu stopniach Celsjusza na minusie w krótkiej spódnicy i jesiennym płaszczyku paraduje ;P

Ja tak nie umiem ;)

Gdy jest zimno, to nie obchodzi mnie zupełnie, czy coś jest "modne" - w takie mrozem przepełnione dni wygrzebuję najgrubszą kurtkę jaką mam, najcieplejsze rękawice jakie w którymś z szafy zakamarków znaleźć mi się uda, izolującą mnie przed wiatrem czapę z pomponem, dwa szaliki, z rękawów kurtki wyciągam te swetrowe.... i dopiero wtedy wyłażę z moich domowych pieleszy ;)

Ale że wyglądam wtedy na swój sposób uroczo, to grzechem jest się Wam w takim wydaniu choć raz nie pokazać ;)

Jest też w tym dzisiejszym poście swoiste drugie dno ;)
Ponieważ teraz już wiecie, że zimą zbyt szykowna nie jestem, to chyba łatwiej będzie Wam znieść rozłąkę z "outfitową" stroną mojego bloga - tak, Moi Państwo:

Donosiłam o tym na fanpejdżu i w post scriptum ostatniego posta - urlop, urlop od "wyglądów".
Na dniach ukaże się jeszcze jeden tego typu post - fajny bardzo, futerkowy taki ;)
Bo kurzą nam się te zdjęcia w archiwum i doczekać się wyjścia na światło dzienne nie mogą.
Ale potem - przerwa.
Będą posty kosmetyczne, będę u Was aktywna.

Zdjęć "zestawów" nie będzie - poza tym, że zimno straszne panuje, to Mar ma duuuużo pracy i nauki!

Nie twierdzę, że jest to decyzja nieodwołalna - jak się ze wszystkim uwinę a temperatury się podniosą, to może coś cykniemy z Lechem kiedy ;)
Ale póki co - moje plany na blogowy roku początek wyglądają właśnie tak.

Mam nadzieję, że się na mnie za to nie obrazicie!

(Wiecie, Mar jest dziwną istotą, trzeba mieć to w jakichkolwiek z nią kontaktach na względzie ;P
Wtedy łatwiej się ją znosi ;P)

Ale już tam, koniec gadania, teraz życzenia!

Zatem - z okazji Nowego Roku życzę Wam wszystkim dużo w nim zdrowia, samych radosnych momentów, jak najmniej rozczarowań i mocy uśmiechu.


Pamiętajcie - każdego dnia róbcie tylko to, na co naprawdę macie ochotę i co Wam sprawia radość.

Jeśli coś Wam jej nie sprawia, to dana czynność nie ma sensu.

Czy jest to "trwanie" w związku, czy studia, czy praca - to tak naprawdę nie ma znaczenia.


Jest się we właściwym miejscu tylko wtedy, jeśli bycie w nim cieszy człowieka.


Jeśli nie cieszy - to widocznie nie ci ludzie, nie ten czas, nie to miejsce...

Ściskam Was bardzo i mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić dziś wieczorem (nieważne, czy na szampańskiej zabawie, czy w swoim ulubionym fotelu, z ukochaną osobą u boku - ma Wam być miło!)!


Wasza Mar!

 

P.S. Fajna czapa, co ;)? Odwiedzajcie hipermarkety, to też taką znajdziecie ;P
Moja jest z Carrefoura ;P

środa, 24 grudnia 2014

Kompromis

"Kompromis – metoda rozwiązania konfliktu lub sporu, oznaczająca wspólne stanowisko, możliwe do przyjęcia dla stron negocjujących.

Wbrew obiegowej opinii kompromis nie jest optymalnym rozwiązaniem, ponieważ oznacza konieczność rezygnacji z części interesów każdej ze stron." 


Grozą powiało, co? Hehe, nie - z nikim się konfliktowałam ani nawet nie spierałam (chociaż jak wyjaśnię o co chodzi, to zapewne już za spór niektórzy i niektóre z Was gotowi sytuację uznać ;)).


Tytuł posta i wszystko to, co w nim dziś czytać i oglądać możecie odnosi się do mojego poprzedniego wpisu - tego, w którym pokazałam Wam mój "maminy" sweter z moheru z koszulą i bryczesami zestawiony i w którym się Wam zwierzyłam, że właśnie tak odziana zamierzam zasiąść do wigilijnego stołu ;)

Słowa te bez echa nie przeszły - dzięki czemu wiem już, że nie wpadacie do mnie tylko zdjęć oglądać, ale i czytacie to, co tu piszę (co raduje mnie wielce!) ;)

Miałam okazję przeczytać sporo komentarzy, w których nie oburzenie, nie, nie - zaskoczenie Wasze raczej na pierwszy plan się wysuwało.

Że jak to tak?
W swetrze i taaaakich spodniach?
Do karpia? Do barszczu?
Do kolęd śpiewania?

Otóż - Mili Moi i Miłe Me!

Wstydu nie będzie!
W poniedziałek zorientowałam się, że... zgubiłam gdzieś guzik od bryczesów.

Nie, nie byłam pijana gdy mi się to zdarzyło i nie, wcale się w żadnych podejrzanych miejscach i kompromitujących sytuacjach jakichś nie rozbierałam ani nie ubierałam potem w pośpiechu - stawiam po prostu na to, że za zniknięcie guzika odpowiedzialny jest któryś z moich kotów (bo lubią się, cholery, mościć na tym co z siebie po powrocie do domu zdejmę i czego do szafy lub pralki wrzucić nie zdążę, a jak już się umoszczą, to i wszystkim co od materiału odstaje bawią się z lubością) i guzik jest albo w jakimś mieszkania zakamarku albo dawno już został przez odkurzacz w ferworze przedświątecznych porządków wciągnięty.
Lub też - stoi za tą sytuacją moje własne niedbalstwo.
Bo pamiętam, że któryś z bryczesów guzików kiedyś już przyszywałam.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to był ten - bo pewnie zrobiłam to mało dokładnie.

Zatem - cały poniedziałkowy wieczór upłynął mi na szukaniu po domu jakichś trzech guzików, które bym w miejsce tych fabrycznych wszyć mogła.
Bo te dwa które mi zostały trójkątne są - głupio tak doszyć tam trzeci okrągły.
Tylko jak na złość ostatnio pozbyłam się całej "kolekcji" guzików zapasowych.
Walało się to to po domu i nigdy jakoś potrzebne nie było...
Ironia losu ;)
  
Myślałam sobie: Kaplica! Bez guzika, to i dwa paski naraz założone nie pomogą!
Spadną te portki ze mnie i zamiast śledzia w spokoju (i przy nucie "Lulajże, Jezuniu") pochłaniać, to szukać ich będę pod stołem.

Przez krótką chwilę smutno mi było, bo jak ja sobie coś zaplanuję, to nie ma przebacz i zmiłuj.


Ale...

Ale tak się złożyło, że jak już po zorientowaniu się w stracie ochłonęłam, to postanowiłam wreszcie na spokojnie przymierzyć rzeczy, które w ubiegły wtorek ze rzgowskiego salonu MOODO przytargałam (o tym, jak wiele różnych przygód przy okazji tej do Rzgowa wyprawy mi się przytrafiło kto na fanpejdża zagląda okazję miał już czytać), a które to potem w kącie pokoju w torbie postawiłam - o torbie całkowicie na dobry tydzień niemal zapomniawszy.

W MOODO byłam, bo realizowałam w nim mój bon podarunkowy, który w jednym z konkursów na Fashionwall.pl wygrałam.
Upatrzyłam sobie tam dwie koszule, bluzę i spodnie.


No właśnie - spodnie. 


Podobały mi się bardzo już w sklepie, wiedziałam, że nie będę miała większych trudności z dopasowaniem ich do połowy szafy mojej zawartości... ale nie zdawałam sobie sprawy, że są aż takie fajne ;)


W czasie domowego już przymierzania ich doszłam do wniosku, że podobnie jak moje ukochane, chwilowo niedysponowane bryczesy mogą one fajnie wyglądać z koszulową bluzką. 

A przy tym - jakieś tam eleganckopodobne wrażenie sprawiają.
Jakieś obiektywnie większe - prawda to, sama się z tym zdaniem nie mogę nie zgodzić ;) - niż to przez tamte spodnie nieszczęsne sprawiane ;)

Mój ukochany sweter co prawda słabo z nimi wygląda - smuteczek.
Ale może jakaś marynarka by się w szafie znalazła?



Znalazła się - cienka co prawda stosunkowo, dzianinowa.
Taka, co to w różnych wydaniach może być albo marynarką albo narzutką.
Z New Look'a, a właściwie to z New Look'a outletu ;)
No cienka, cienka - tak.

Ale że temperatury się nieco podniosły...



Zaraz, zaraz... to może by w tym do tego opłatka stanąć? I do śledzia, do śledzia upragnionego <3?

Wrażenie eleganckości jest.
Ryzyko zadławienia się przez któregoś z domowników uszkiem z barszczu lub śledziową ością na widok Mar przy wigilijnym stole zmniejszone zostało.
Jest jednak luźny fason, Mar się czuje dobrze sama ze sobą i mało przebrana - marowe sumienie spokojne.
I tak oto udało się Mar osiągnąć kompromis.

Gdzie jest utrata interesów, zapytacie zatem, ta z kompromisu definicją nierozerwalnie się wiążąca?

Ano w tym, że ja naprawdę uwielbiam, jak coś jest po mojemu ;P
Tak po mojemu w stu procentach ;P
A że ostatnio najlepiej czuję się we wszystkich ciuchowych zestawach "na żula", to nieco mi w tej większej już tu i jawnej bardziej eleganckości nieswojo.


Ale dobrze, Święta w końcu - czas miłości, przyjaźni i radości.
Nawet Mar na Święta pokornieje i nieco bardziej się cywilizuje, co wyglądaniem "jak człowiek" czasami się (jak widać) objawia ;P

Podziwiajcie więc ten ucywilizowania moment, bo kolejny prędko pewnie nie nadejdzie ;P
Po Świętach znowu będę tą samą, upartą Mar ;P


Wam zaś pewnie nie będzie w smak to, że marynarka jeszcze też nie jest najbardziej oficjalną marynarką, jaką by być mogła - ale pomału, pomału, nie wszystko naraz ;P
Może do Wielkanocy się wyrobię ;))

No i słuchajcie - mogło być gorzej!
Mogłam naprawdę chcieć w tych bryczesach (igłą z nitką naprędce w miejscu brakującego guzika podszytych)... tak przy żłóbku i z kawałem sernika w łapce...

I wtedy - gdybym się przyznała że rzeczywiście tak było - to bez poczucia zażenowania nie mogłybyście do mnie zaglądać, prawda ;P?


Przy okazji tego posta macie okazję "podziwiać" torbę, której jeszcze tu nie było.
Tak, torba ma tu dziś swój debiut blogowy.

Zwykły, wyhaczony swego czasu na Allegro no name.


Torby nie nosiłam przez kilka długich lat, bez bicia przyznaję.
Przyczyną tego rzeczy stanu było kolejne moje dziwactwo - nie miałam w swojej szafie butów, które podobnie jak ona byłyby lakierowane.
A ja już tak mam - jak torba połyskuje, to i buty muszą.

Buty takie sprawiłam sobie tegoroczną jesienią.
Przypadkiem - w czasie spaceru łódzką Piotrkowską, jeszcze wtedy gdy w tym "swoim" butiku pracowałam.
Dojrzałam je na wystawie jednego ze sklepów z polskim obuwiem - w Waszym mieście też pewnie kilka takich, przy głównej miasta ulicy, spotkacie.
Warto do nich zaglądać.

Moje szpilki kosztowały mnie... 59 złotych ;)
Były przecenione ze stu czterdziestu dziewięciu ;)
Nie, nie są skórzane.
Ale zapewniam Was - wykonane, to one są porządnie.
Zresztą - widać to chyba na zdjęciach.
No i gwarancja, katalog firmy, zapasowe dwie (!) fleków pary.
E, ja to łyknęłam.
Lubię dobrą robotę i profesjonalne do klienta podejście.
Zwłaszcza w tych dzisiejszych, naodwalsizmowych czasach.
W każdej dziedzinie ludzkiej aktywności.

Marynarka/Narzutka - New Look (outlet)
Koszulowa bluzka - Vero Moda
Spodnie - MOODO
Szpilki - Romeo Rotti
Torba - no name (Allegro


Zdaję sobie sprawę, że wigilijne popołudnie nie jest dobrym momentem na posta dodawanie, ale naprawdę nie miałam wcześniej czasu na to, by go napisać :(

Jakoś trzeba było te Święta przygotować ;)
Nie chciałam się spieszyć i wrzucać Wam samych tylko zdjęć - chciałam mieć chwilę czasu na napisanie dla Was paru słów.
Więc postanowiłam zabrać się za to, jak już wszystko będę miała gotowe.



Zatem - skoro Święta, to i życzenia!

Czego Wam z okazji tegorocznego Bożego Narodzenia życzę?

Morza spokoju.
Opanowania i niepoddawania się negatywnym emocjom - jakimkolwiek, i tym z blogowaniem związanym (oby takich było jak najmniej ;P) i tym w codziennym życiu się pojawiającym.

Oprócz tego życzę Wam radości.
Tego byście cieszyli i cieszyły się każdym pozytywnym drobiazgiem.

Życzę Wam także miłości - żeby otaczała Was zewsząd.
Bo bez miłości życie jest... smutne.

No i zdrowia!
Bo zdrowie zawsze się przydaje ;)

Świętujcie - tak, jak najbardziej lubicie!

Ściskam mocno, Wasza Mar!


P.S. Gdyby ktoś pytał - zdjęcia popełniliśmy w budynku
Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego.
Ten plener już tu kiedyś był ;)
Pamiętacie lutową sesję w płaszczu KIOMI?
To to samo miejsce ;)

P.S. (2) Kto na fanpejdża zagląda, tego pewnie już dobiegła wiadomość o tym, że planuję blogowy urlop - od czasu, gdy po raz pierwszy tam o tym doniosłam moje plany nieco się zmieniły i nie zamierzam już na stałe z bloga rezygnować, na pewno jednak nie będzie mnie tu w "ciuchowym" wydaniu przez okres początku roku.

Wszystko wyjaśnię Wam w kolejnym poście, który przed Sylwestrem się pojawi :)
Ach - dziękuję wszystkim Wam, którzy i które pisali i pisały do mnie wyrażając swój głos sprzeciwu w sprawie mego "znikania" ;)
Mam najwspanialszych czytelników na świecie ;)

czwartek, 18 grudnia 2014

Moher z morelą

No i co z tego, że miniony weekend (w sumie - kilka poprzednich dni także) był ciepły, najcieplejszy chyba ze wszystkich tej jesieni, skoro lało jak z cebra?


Straszono nas orkanem - wiatru zbytniego nie odnotowałam, ale te szarugi nad Łodzią przechodzące o nerwów masę mnie przyprawiły.

Chciałam - naprawdę chciałam, uwierzcie mi - korzystając z wolniejszej nieco tak w moim jak i Leszka kalendarzu chwili każdego ubiegłoweekendowego dnia przynajmniej po jednej "sesji" popełnić, tak by mieć zapas zdjęć na czas egzaminów (które to coraz większymi krokami nadchodzą i zapewne zmuszoną przez nie będę jakąś krótką przerwę w blogowaniu poczynić), ale nie dało się!

Buro było, mgliście, mokro i deszczowo.
Próby przekonania Leszka, że i w deszczu może coś fajnego ze zdjęć wyjść zapewne skończyłyby się nerwowym przez niego obiektywu głaskaniem i moim spektakularnym lotem z siódmego piętra na podblokowy trawnik.
Zatem - wolałam nie ryzykować... ;P


No cóż - ponieważ robienia zdjęć w mieszkaniu (pomimo tego nawet, że w dużym Leszka pokoju mamy całkiem spore i dobrze wyposażone studio) nie lubimy, to postanowiliśmy spróbować zrobić kilka w czasie niedzielnego wypadu do Manufaktury.
Wybieraliśmy się tego bowiem dnia na urodzinowy obiad do Leszka rodziny (to były takie łączone, duże urodziny - Leszka, jego Taty i jego siostrzenicy), przed "imprezą" musieliśmy jednak poszukać jeszcze jednego z prezentów.
Bo na urodziny bez podarunku iść nie wypada ;)


Leszek średnio co prawda zachwycony był "outfitem", który mu fotografować przyszło, ale ja nie widziałam w tym planowo i dla Waszych oczu przeznaczonym zestawie niczego zdrożnego - otóż, Moi Mili i Moje Miłe, tak właśnie wygląda większość moich strojów przeznaczona na wszelkie uroczyste nieco bardziej (acz nie jakoś wyjątkowo bardzo, jak już coś jest uroczyste tak mocno, że na kilka dni przed tym czymś sztywną i przejętą chodzę, to ku czemuś bardziej klasycznemu do zarzucenia na grzbiet przeznaczonemu zwykłam się skłaniać) okazje.
Oczywiście - mowa tu o tych okazjach, które jesienią, zimą i wczesną wiosną miejsce mają.
Bo latem grubego swetra raczej bym na siebie nie założyła (chociaż... chociaż, po prawdzie, to czasem mi się to zdarza ;P).


Połączenie swetra spod którego wystają koszuli dół, koszuli kołnierz i (jak się uda) koszuli mankiety to jest coś, co lubię i w czym się dobrze czuję.
No i tego tam...
Moim małomiasteczkowym, podłódzkim zdaniem wygląda ono naprawdę całkiem elegancko ;)

Jeśli mam być szczerą, to w dokładnie ten zestaw zamierzam się "odstroić" w czasie wigilijnej kolacji.
Ponieważ nie będę na niej jedynie konsumującym gościem, a zapewne razem z mamą będę krzątała się wokół stołu, to zależy mi na swobodzie ruchów.
Sukienka więc odpada.
Odpada ona także i z tego względu, że - jak już nie raz i nie dwa wspominałam - jestem graślakiem i jak jem, to zawsze się brudzę.
Sweter jakoś tam doczyszczę, z sukienką może być gorzej (już widzę oczyma wyobraźni, jak kapie mi na nią olej ze śledzi.... nie, dziękuję ;P).


Ciepły, miękki i (oczywiście!) czarny sweter "gwiazdą" dzisiejszego wpisu będący, to wykopalisko które o mały włos nigdy nie ujrzałoby światła dziennego.

No właśnie - jak już przy włosie jesteśmy...
Zbliżenie na włos swetra też uwiecznilim, o:

Wpadł mi w ręce w czasie, gdy moja mama robiła porządki w swojej szafie.
Siedziałam sobie na fotelu, popijałam kawę i obserwowałam jak mama miota się od jednej półki do drugiej - próbując ogarnąć cały ten bajzel, który przez kilka lat przynajmniej się w jej szafie zgromadził.
(Pomagać nie pomagałam, bo mama była w takim nastroju, że obawiałam się do niej zbliżyć ;P)
Dzieliła rzeczy na dwie kupki - "Do wyrzucenia" i "Do noszenia".

W pewnym momencie na kupkę przeznaczoną do utylizacji rzuciła ten sweter.
Źrenice (i tak szerokie) rozszerzyły mi się do granic możliwości, po czym zerwałam się z fotela.

Ale jak to?
Taki sweter?
Nowy całkiem?

Okazało się, że mama kupiła go parę lat temu i ani razu nie założyła, bo wydawał jej się za duży.
I "gryzł" - jak to moher.

Powiedziałam, że nie ma opcji - resztę jak mama chce, to niech wyrzuca.
Sweter zabieram.


Pokochałam go od pierwszego wejrzenia!
Od razu - jak tylko go na tej kupce dojrzałam!

Sweter jest rzeczywiście duży, ale nie dlatego że jest jakiś wyjątkowo wielki - on ma po prostu taki nieco oversize'owy krój ;)
Najbardziej urzekają mnie w nim te wielkie rękawy - dają się bluzować, bufować!

Normalnie - sweter dla Mar idealny!


Morelową koszulę wypatrzyłam natomiast rok temu w czasie wyprzedaży w Terranovie.
Jest taką koszulą, jakie najbardziej lubię - szyfonową, z podwijanymi rękawami i dłuższym tyłem.
Ma jedną wadę - bardzo prześwituje :(
O tyle o ile w czarnych koszulach nie przeszkadza mi to ani trochę, o tyle w innych koszul kolorach - znacznie.
Dlatego też najczęściej noszę ją właśnie z wszelkimi swetrami lub bluzami.


Podobnie jak w poprzednim poście, tak i dziś pokazuję się Wam w bryczesach - te co prawda nie są na mnie za duże (a jeśli, to nie tak bardzo jak te musztardowe ;P), ale i tak spodziewam się, że części z Was mogą nie przypaść do gustu.


Cóż - ja bryczesy naprawdę bardzo lubię, w ogóle dobrze się czuję we wszystkim co jest luźne i w czym mogę się "schować".
A zimą, to już szczególnie.

Tak mam.

I wcale nie uważam, że jeśli obszerniejszy dół, to góra konieczne musi być dopasowana - bardzo często właśnie takie "podręcznikowe" zestawienie wydaje mi się mało ciekawe, a luźne z luźnym jakoś tak bardziej mi się widzi ;)


No weźcie - gdybym zamiast bryczesów założyła tu klasyczne dżinsy, to wyglądałabym... nie jak Mar ;P
Pospolicie jakoś ;P

Torbę Borbę znacie już dobrze, oficerki od ZIGN też już widzieliście i widziałyście - na blogu miały swój debiut w poście z futrzakiem, o tu: klik! 
Był też na blogu już naszyjnik - może go pamiętacie.
Długo się nad wyborem pasującej do tego połączenia biżuterii zastanawiałam.
Ja naprawdę nie jestem biżuteryjna, brakuje mi więc czasem pomysłów na to, co z czym założyć i do czego.
Ostatecznie - uważam, że naszyjnik prezentował się tu całkiem dobrze ;)


Moherowy sweter - no name
Koszula - Terranova
Bryczesy - no name
Naszyjnik - no name (butik Nashe - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Oficerki - Zign (Zalando)
Torba - MOMO FASHION


Leszek twierdzi, że to nie jest udana "sesja".
Przyznaję, także nie jestem z tych zdjęć jakoś wyjątkowo zadowolona.
Ale co poradzić - taki mamy klimat ;P
O wiele bardziej wolałabym uraczyć Was jakimiś pięknymi zdjęciami z parkowego albo leśnego pleneru, niestety na pogodę nie mam za bardzo wpływu ;P


A... przestałam czuć klimat Świąt.
Im bliżej do nich, tym dziwniej się czuję.
Bo zaczęłam mieć wrażenie, że jeśli jakieś święto w ogóle się zbliża, to... Wielkanoc.
To chyba przez tę deszczową (zamiast śnieżnej) pogodę.

Prezentów jeszcze nie mam, sama też niczego jakoś szczególnie nie chcę, przeraża mnie koniec roku i zbliżająca się nauka.
Stara już jestem, uczyć się nie lubię.
Jakoś to wszystko ogarnę, ale i tak - jedyne o czym obecnie marzę, to karnet na sen przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Przez jakieś dwa tygodnie.
Nie - nie żartuję.
Sylwestra też najchętniej spędziłabym w domu (a szykuje się chyba jakaś przebierana impreza, na którą prosi nas znajoma Leszka... dla mnie to istny koszmar, serio... chyba przebiorę się za lamperię!).

Muszę coś zrobić ze swoim lenistwem, bo inaczej kiepsko widzę własną przyszłość ;P

Uciekam, życząc Wam fajnego weekendu - i tego, byście nie popadli i nie popadły w przedświąteczny szał zakupów ;P


Ściskam Was bardzo,

Wasza Mar!

P.S. Sylvianna - pamiętam o nominacji! Obiecuję, w kolejnym poście będą odpowiedzi!
P.S. (2) Jeśli ktoś jeszcze nie wie, to przypominam - mam fanpejdża, można mnie i tam śledzić, jeśli się za mną w przerwie między jednym a drugim postem tęskni:
 klik!

czwartek, 11 grudnia 2014

Bordo na ażurze

Teoretycznie, to zestaw ten jest jeszcze typowo jesienny.


Teoretycznie także powinno mi więc być wstyd, że szron na drzewach, szron na autach, słupki rtęci na minusie, a tu sweterki, kapelusiki jakieś...


 Ale nie będzie - bo jest (moim zdaniem) wiele jakiegoś wczesnozimowego uroku w tym połączeniu.


O! Rzekłam!



(Tak - gdybyście pytali i pytały, to to są właśnie te zdjęcia o których tydzień temu pisałam, że na swoją postową kolej czekają i że bardzo z nich z Leszkiem zadowolonymi jesteśmy :D)


Dzisiejszy "set" jest jednym z tych ciuchowych zestawień, które nie tylko tegoroczną jesienią często ze mną były, ale które i zimą na pewno będą mi towarzyszyć.

Co prawda - nie z kapeluszem, bo jeszcze może przez kilka dni raptem na mój melonik będzie jako taka pogoda.
Jest już coraz bowiem zimniej, coraz też wietrzniej - chowam go więc do szafy.
Mając nadzieję, że do wiosny się w nim nie odkocham ;)


Więc - bez kapelusza, a z wełnianą zamiast niego czapą lub beretem zamierzam się w tych ciuchach i w chłodniejsze dni po Łodzi i okolicach wozić ;)

Dlaczego uważam, że ten zestaw ma w sobie nieco zimowego już uroku?
Po pierwsze - ze względu na kolory.
Bordo od zawsze kojarzyło mi się z zimą.
Po drugie - z racji "puchatości" tego szyjootulacza, który pewnie Waszą uwagę od pierwszego na zdjęcia spojrzenia przyciągnął ;)


Szyjootulacz to mięciutki, ciepły bardzo komin, który kilka lat temu upolowałam w H&M'ie.
Jest napraaaaawdę wielki!
Gdybym go rozwinęła, to byłby dłuższy niż ja jestem wysoka ;P


Komin jest ażurowy - choć może średnio tę jego ażurowość udało nam się uchwycić (zapomnieliśmy go jakoś tak osobno bardziej sfotografować ;( gapy z nas ;(), to musicie uwierzyć mi na słowo, że ten ażur tam jest ;P

Kiedy kupowałam komin, to byłam już także posiadaczką tych bryczesów z dzisiejszych zdjęć - chociaż przed jego zakupem nigdy nie łączyłam musztardowości z bordem, to instynktownie przeczuwałam, że te dwa kolory będą do siebie pasować ;)

Nie pomyliłam się - to połączenie kolorystyczne spodobało mi się do tego stopnia, że postanowiłam często je wykorzystywać ;)


Same bryczesy już tu kiedyś były - rok temu.
Co prawda nie z bordem, a z fioletem - a dokładniej: z fioletowym swetrem.
O, tu można zobaczyć jak się prezentowały: klik!


Przyznaję - dziś te spodnie są na mnie o jakiś dobry rozmiar za duże, co trochę się na zdjęciach uwidacznia i co trochę bardziej niż "trochę" mnie złości, bo żeby je bez obawy o ich zgubienie nosić musiałam zainwestować w pasek z działu dziecięcego, ale nie zamierzam ich przerabiać.
Może się bowiem zdarzyć, że przytyję - a wtedy będę musiała rozpruwać im zaszewki.
Leniwa jestem, więc zapewne nie będzie chciało mi się tego robić ;P
Zostanę więc przy metodzie "na pasek" ;)


Nie tylko komin pochodzi z H&M'u - tam także wyszperałam swego czasu (na jakiejś wyprzedaży) tę kwiecistą koszulę i czarny kardigan.


Koszula "oryginalnie" ma jeszcze kokardę.
Taką do wiązania pod szyją.
Ale że komin, to na kokardę w dniu robienia zdjęć miejsca już nie było ;P
Nie martwcie się jednak - kiedyś Wam ją pokażę ;)


A kardigan... kardigan jest bardzo podobny do tego musztardowego sweterka - o, tego z tego posta: klik!
Dekolt ma tylko inny ;)

Lubię go bardzo, bo jest niesamowicie uniwersalny - do wielu rzeczy mi pasuje.
Zwłaszcza koszul!
Dzięki temu ratuje mnie, gdy nie ma już dla mnie ratunku i muszę, no po prostu muszę "odwalić" się na elegancko - takie "elegancko" dla każdego eleganckie, obiektywnie eleganckie... sami wiecie o co mi chodzi ;P
Jeśli już muszę założyć jakąś znienawidzoną przeze mnie białą bluzkę/koszulę, to zawsze dobieram do niej właśnie jego.


[Tak, często na moim blogu pojawiają się ubrania z H&M'u - i ten zestaw w zdecydowanej większości z H&M'owych produktów się składa.
Przyznaję, to jedna z moich ulubionych sieciówek.
Gdybym mogła sobie na to pozwolić, to wieeeeele rzeczy bym stamtąd do domu przytachała ;)

Na sporo osób hasło "H&M" działa - podobnie jak "Zara" - jak płachta na byka.
Komentarze o "sieciówkowych manekinach" traktujące wywołuje.

Ja na swoją obronę mam to, że zwykle moje w tym sklepie zakupy z nabywaniem w nim tego co "modne" mało mają wspólnego - wpadam tam zawsze w poszukiwaniu jakichś takich typowo "moich" rzeczy, a "mój" styl zazwyczaj z tym co w szeroko pojętych trendach się znajduje zbieżny w kilku raptem procentach jest ;)

Także - pomimo kupowania tam, gdzie "wszyscy" ponoć kupują udaje mi się chyba sporą dość oryginalność zachować ;)]


Po długiej dość od niej przerwie w tym poście znowu możecie oglądać moją TORBĘ BORBĘ od MOMO FASHION.
Stęskniłam się za nią ;)


Po dłuższym okresie odpoczynku w szafie torba ponownie wróciła do moich łask i przez ostatnie dni znów się z nią nie rozstaję ;)


Kardigan - H&M
Koszula - H&M
Bryczesy - no name (Butik Nashe - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Komin - H&M
Pasek - H&M
Torba - MOMO FASHION
Melonik - H&M
Rękawiczki - Massimo Dutti
Oficerki - Lasocki (dla CCC)


Muszę Wam coś wyznać - tak, jak uwielbiam tu pisać (im dłuższego posta popełnię, tym większą satysfakcję zawsze czuję ;P tak, taka jestem okropna, tak się nad Wami znęcać lubię!), tak tym razem szło mi to jak po grudzie.
Zmęczona bardzo jestem.
Wczoraj pisałam kolokwium zaliczające jeden z moich uczelnianych przedmiotów - ciężkie kolokwium o mało wdzięcznych rzeczach traktujące (tak, ta wspominana już tu przeze mnie demencja, rzeczy ciekawe z punktu widzenia medycyny i logopedii, ale przykre bardzo - bardzo!), nad nauką do którego sporo czasu przez ostatnie dni spędziłam.
Wyczerpana jestem.
Jeszcze tego nie odespałam.
Myśli mi się plączą.

W dodatku mój ukochany telefon postanowił zrobić mi na złość i się zepsuł.
Nieuniknionym staje się więc to, przed czym tak długo się broniłam - zakup smartfona ;(

Brrr - zanim ja opanuję obsługę tej mojej nowej, dotykowej nowinki, to lato nadejdzie :/

Przepraszam więc za to, że brak tu dziś jakichś moich żartów i zabawnych sformułowań ;)
Ale za to - jest ludzka twarz Mar!


Ludzką, domową niemal i uśmiechniętą od ucha do ucha twarz Mar możecie oglądać we wnętrzach sklepu meblowego siostry Leszka - Seneko: Kolorowych Snów,
w które to zawitaliśmy w dniu tych moich blogowych fot robienia w celu tak odwiedzin Agaty, jak i zrobienia (to już lechowe obowiązki) kilku zdjęć jej sklepowego asortymentu.
Ja jestem w kwestii wystroju wnętrz totalnym abnegatem, więc mało tam przy wyborze najbardziej wdzięcznych do fotografowania obiektów pomocną byłam, zaopiekowałam się zatem ciastkami.


Popatrzcie, jak niewiele mi do szczęścia potrzeba - wystarczą owsiane ciacha ;)

No także tego - jak ktoś lubi fajne, ładne, "dizajnerskie" (tak się chyba mówi, prawda?) meble i akcesoria do mieszkania/domu wystroju a z Łodzi jest, to w imieniu Lecha i Agaty zapraszam serdecznie na Świętej Teresy 100.

Pamiętajcie - ciacha czekają ;P

A jeśli ich akurat w dniu Waszej wizyty nie będzie, to znaczy, że byłam tam przed Wami, przepraszam :(


Na koniec przytulę Was - jak zwykle ciepło bardzo.
I fajnego, spokojnego weekendu Wam pożyczę!
O!


Pozdrawiam,
Wasza Mar!

P.S. Cieszyłam się bardzo z tego szronu, co to wczoraj i dziś moją okolicę otulił - bo wierzyłam, że i w weekend takie cudo będzie jeszcze ziemię łódzką zdobić.
Niestety!
Prognozy pogody jakieś orkany zwiastują, opady deszczu, kałuże i pluchy.
No cóż... to kolejny wpis chyba kosmetyczny będzie, niestety :(