piątek, 30 stycznia 2015

Kosmetyczne recenzje Mar: nie taka "chemia" straszna, jak ją malują - Green Pharmacy Face Care, Delikatny żel do mycia twarzy dla mieszanej i tłustej skóry

Trochę mnie nie było, co?


Ale ostrzegałam, mówiłam, zapowiadałam.


Tak, sesja - na szczęście ten koszmar już za mną.


No dobra - nie do końca, bo jeszcze zostało mi rozliczenie praktyk do ogarnięcia, jednakże pracuję nad tym (jak widać ;P), zamierzam wkrótce się z tym uporać!


Nie tylko sesja mi się przydarzyła w trakcie tych wszystkich dni mojego tu niebytu - znalazłam nową pracę, a właściwie sama mnie ona znalazła ;)

Zrządzenie losu, głupi ma zawsze szczęście - ot, kupiłam na Allegro książkę, pojechałam ją odebrać, z właścicielem antykwariatu pogadałam trochę o literaturze i w pewnym momencie zostałam zapytaną, czy nie przyda mi się czasem parę groszy ;)

Nawet nie wiecie, jak się cieszę - już się bałam, że znowu będę musiała dorabiać do mego budżetu studenta w pełnej rozwrzeszczanych feszyn wiktim sieciówce albo innym szykownym tylko z pozoru butiku prowadzonym przez jakiegoś Mirka (nie daj Boże - Mirka w wydaniu damskim, ughhh.... <wzdryga się>... to już przerabiałam, wrażeń mi na całe życie wystarczy), Typowego Przedsiębiorcę, co to drogich ubrań nazwozi, butik w dupie miasta rozlokuje a potem będzie miał do mnie pretensje, że pięć osób dziennie do sklepu zagląda (kiedy na promocję wydał dwadzieścia złotych na fejsbuku - no dobra, jeszcze pięć kaw kolegom i koleżankom z branży w modnej kawiarni postawił, licząc potem na wspólne na tymże samym portalu tagowanie zdjęcia kawy te przedstawiającego:> - uznając, że przecież jakoś to ruszy, jakoś to się rozkręci, po co dać więcej, na to dotacji z Unii nie było!) i na dodatek niczego kupić nie chce, bo szwy się prują już na wieszaku, a ceny ubrań do zarobków mieszkanek miasta mało adekwatne są.
O, i żeby tylko - kamerę mi nad głową założy, patrząc, czy kiedy nikogo nie ma nie drapię się czasem po tyłku, zamiast stać na baczność z uśmiechem Kota z Cheshire i wypatrywać jakiejś ofiary, której może jednak uda się coś "wcisnąć" (wcisnąć, za wszelką cenę - nawet jeśli potem miałaby owa ofiara wrócić i się awanturować, że szmatę dostała... a niech się awanturuje, zwrotów nie przyjmujemy).
I czy makijaż na pewno mam pełen, a ciuchy na sobie "drogie" odpowiednio.
Żebym wstydu czasem nie przyniosła.

A za to wszystko dostałabym tysiąc złotych, na umowie o dzieło.

Dobra, tak naprawdę czterysta - reszta pod stołem, bo po co odprowadzać składki, emerytura jest dla słabych, a podatki dla frajerów.

To już lepsza ta sieciówka - z umową o pracę, godzinami od - do i brakiem konieczności martwienia się o to, czy Mirek aby na pewno o czymś nie zapomniał i czy nie powinnam czegoś zrobić za niego.
Najlepiej - po godzinach :>

Tak, bardzo dobrze, że kupiłam tę książkę, to była jedna z lepszych decyzji, jakie w życiu podjęłam :>

Co do innych "ciekawostek" i nowinek z marowego świata - udało nam się w miniony weekend popełnić wraz z Moim Osobistym Fotografem "ciuchowe" zdjęcia!
Więc już niedługo znowu będziecie mieć możliwość oglądania tu postów szafiarskich ;)
Ta ubiegłoniedzielna sesja wyszła bardzo zimowa - bo śnieg sypał bardzo, zimno było też... ale czego się nie robi dla bloga ;)
Raz w życiu można się poświęcić ;P

Poza tym ciuchowe nowości - w czasie wyprzedaży do domu przytachane - czekają na obfotografowanie!

Także - jeszcze trochę, jeszcze kilka dni!

Dacie radę ;P

Ale już nie ględzę, przechodzę do meritum - do recenzji kolejnego produktu od Green Pharmacy.

-------------------------------------------------------------------------------------

Green Pharmacy - Face Care
Delikatny żel do mycia twarzy dla mieszanej i tłustej skóry

jest jednym z tych kosmetyków, które wzięłam z półki w ciemno.

Ot, zainteresowana "porządnością" eliksiru postanowiłam wypróbować jakiś inny kosmetyk tej marki.
Wtedy - gdy zakiełkowała we mnie potrzeba przeprowadzenia takiego "testu" - potrzebowałam właśnie żelu do mycia twarzy.

Jak wiedzą ci i te, którzy i które mnie znają albo po prostu pamiętają moje recenzje kosmetyków do oczyszczania i pielęgnacji skóry twarzy przeznaczonych - jestem posiadaczką cery ze skłonnością do tłuszczenia się i wyprysków.

Specjalnie nie piszę "tłustej" i "trądzikowej", bo ta moja cera to jest tak nienormalna, jak i ja - nie do końca wiadomo, o co jej właściwie chodzi.
Policzki i czoło zwykle są suche albo całkiem w porządku, a broda i okolica szczęk potrafią wyglądać tragicznie.

Czasy walczenia z tym faktem za wszelką cenę i wszelkie pieniądze mam już ze sobą - dziś pojedyncze, bolesne krosty zaleczam benzoilem z klindamycyną, od czasu do czasu odwiedzam kosmetyczkę - która czymś ten mój pysk złuszcza albo zakwasowuje - a w pozostałe roku dni jakoś tam sobie ja i moja twarz żyjemy.

Raz lepiej, raz gorzej.


Jeśli chodzi o preparaty myjące, to staram się unikać SLSu w nich, bo wiem, że moja cera zazwyczaj go nie lubi - bardzo łatwo się wysusza, suche miejsca lubią być po kontakcie z nim suche jeszcze bardziej.

Ten żel ma w składzie SLS - postanowiłam jednak nie skreślać go z tego powodu, miałam w planach odstawienie preparatu, jeśli tylko zobaczę pierwsze przesuszenia oznaki.

(A właściwie to było tak, że przypomniałam sobie, iż zdarzyło mi się kilka razy skusić na produkt niby w stu procentach naturalny, a jednak skóra i tak mi się wysuszyła - więc może by tak zaryzykować?

W końcu - raz się żyje, twarz nie szklanka, zapas maści witaminowej od dermatologa stoi sobie w łazience i jest w pogotowiu, a cena tego żelu to nie majątek... co szkodzi spróbować?)

To, że ta recenzja tu się pojawia powinno wiernym czytelniczkom mych recenzji kosmetycznych podsunąć myśl, że nie było tak źle - bo zwykle jeśli o jakimś kosmetyku na blogu donoszę, to jest on jednym z tych, które w jakiś sposób się w moje łaski wkupiły.

Bingo, dobry trop ;)

Okazało się, że żel jest dość łagodny, można z nim współpracować dłuższy czas i spustoszenia nie sieje.
Mało tego - po zużyciu czterech już jego opakowań bliska jestem sądu, że nie ustępuje on pod względem jakości wielu żelom/emulsjom/płynom do mycia twarzy sprzedawanym w aptekach i drogeriach jako super-hiper-ekstra profesjonalne kosmetyki i  kosztującym sporo.
Nie oznacza to, że nie dostrzegam żadnych jego słabych stron.

Dostrzegam - kilka ich ma.
Mam nadzieję, że uda mi się wypunktować je tak dobrze, jak jego mocne strony ;)

Całość opinii dzielę jednak na kilka "rubryk", tak jak mam to w zwyczaju ;)


Cena i dostępność:

Żel kosztuje około siedmiu złotych.
W drogeriach sieci Natura zapłacicie za niego pięć złotych z groszami, w osiedlowej aptece - średnio dwa, trzy złote więcej.

O tyle, o ile Natury nie są w każdym mieście (ta sieć nie jest tak ekspansywna jak Rossmann), to jeśli chodzi o apteki nie powinnyście mieć większych kłopotów z dostaniem go w nich.
Albo - z zamówieniem.

Nie ma go w Rossmannie - wygląda na to, że Rossmann bardzo wybiórczo podszedł do dystrybucji produktów Green Pharmacy i "zainwestował" jedynie w obrót włosową częscią ichniego asortymentu ;)

Pojemność/rodzaj opakowania/komfort korzystania z opakowania:

270 ml.

Opakowanie to plastikowa, lekko zaokrąglona, pękata "buteleczka" z pompką.
Podobnie jak w wypadku eliksiru do włosów stylizowana na "stare", "stylowe" , szklane pojemniki lekarstw/kosmetyków.

I moim zdaniem tak samo tandetne ;P

Pompka też jest plastikowa.
Solidna, ale upierdliwa - pierwsze otworzenie żelu (przekręcenie tej blokady w pompce) zajmuje trochę czasu ;P
Każde ponowne zablokowanie pompki jest podobnie problematyczne, bo żeby to zrobić, to pompkę trzeba nacisnąć.
Rozlewając żel dookoła.

Pompkę można odkręcić - wylewając żel na rękę, bez dozowania go za jej pośrednictwem.

I całe szczęście...

Stosunek ceny do pojemności:

Bardzo w porządku

Zapach/Konsystencja/Komfort stosowania/Kompletność oczyszczania przy stosowaniu do zmywania makijażu:

Żel pachnie delikatnie, nieco kwiatowo.

W kwestii konsystencji bliżej mu do wodnistości niż do galaretki - jednak nie jest ani typowo lejący się ani galaretowaty.
Takie pół na pół.

Jeśli dołożymy do tego fakt, że średnio się pieni - co dla mnie nigdy nie było zaletą, bo jak kosmetyk się nie pieni, to mogę go nabierać i nabierać i ciągle będę miała wrażenie, że wzięłam go za mało, by umyć twarz/ciało/włosy - to mamy trochę kłopotu z rozprowadzeniem go na skórze.

I ze spłukaniem!

Podobnie jak w recenzowanej  przeze mnie w wakacje emulsji Bielendy spłukiwanie żelu Green Pharmacy z twarzy nastręcza nieco problemow.

Jeśli kosmetyk się pieni, to po wmasowaniu w skórę robi się "lżejszy", szybko więc - wraz z wodą - można się go pozbyć.
Żel Green Pharmacy oblepia skórę i włosy tuż u ich nasady (ja bardzo rzadko związuję włosy w czasie kąpieli/mycia twarzy - z lenistwa, nie chce mi się szukać frotki).
Ponieważ ja nigdy nie zmywam makijażu żadnym micelem ani tonikiem, to kiedy myję twarz chcę się przede wszystkim pozbyć z niej podkładu - oczy maluję zawsze dość lekko.
Usuwanie podkładu = zmywanie tak twarzy, jak i szyi.
Żel dostaje się przy takiej operacji aż na kark i uszy.

Wypłukać go potem z tych uszu... horror.
Pięciu litrów wody prawie potrzeba, żeby całkowicie się go pozbyć.

Jednak - oczyszcza dobrze.
A nawet bardzo dobrze.
Nie trzeba twarzy trzeć, nie trzeba potem poprawiać tego oczyszczania żadnym płynem do demakijażu - bardzo ładnie radzi sobie tak z wszelkimi kosmetykami, jak i z sebum.

Twarz jest czysta, całkowicie.

Ale - trochę ściągnięta.
Jeśli od razu po myciu nałoży się na skórę krem - uczucie ściągnięcia mija.
Jeśli się tego nie zrobi - także mija, ale po o wiele dłuższej chwili

Skład:


Skład jest jedną ze słabszych stron tego żelu.

Mamy tu bardzo niewiele jak na kosmetyk z linii produktów zachwalanych jako "naturalne" substancji aktywnych pochodzenia roślinnego.

Hydrolyzed Wheat Gluten - hydrolizat protein pszenicy

Ma utrzymywać  wodę w naskórku, nawilżać go, zmiękczać i wygładzać.
Stosowany w preparatach myjących w celu ograniczenia drażniącego działania substancji powierzchniowo czynnych.

UWAGA!
TO CENNA INFORMACJA DLA TYCH Z WAS, KTÓRE MAJĄ ALERGIĘ NA GLUTEN - TAKĄ PRAWDZIWĄ CELIAKIĘ, WIECIE - ALBO PODDAŁY SIĘ MODZIE NA LAJFSTAJL BEZGLUTENOWY.
JEŚLI WYKLUCZACIE ZE SWOJEGO JEDZENIA I KOSMETYKÓW PRODUKTY Z GLUTENEM, TO NIE JEST TO PREPARAT DLA WAS.

Camellia Sinensis Leaf Extract - wyciąg z liści zielonej herbaty

 Składnik bogaty we flawonoidy - chroni przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Stymuluje przepływ krwi, działa ściągająco i antybakteryjnie, usuwa toksyny, reguluje pracę gruczołów łojowych skóry, odblokowuje pory, przeciwdziała tworzeniu zaskórników.

Sporo tu za to składników powszechnie uznawanych za chemiczne, złe i niepotrzebne.

Czy rzeczywiście tak jest?

Lauryl Glucoside - poliglukozyd laurylowy

Emulgator, umożliwia powstanie emulsji, działa też łagodząco, niweluje drażniące działanie anionowych substancji powierzchniowo czynnych, jest środkiem myjącym.Pełni też rolę solubilizatora - umożliwia wprowadzanie do roztworu wodnego substancji nierozpuszczalnych lub trudno rozpuszczalnych w wodzie, choćby takich jak wyciągi roślinne.

Sodium Laureth Sulfate - nasz "ukochany" szkodnik, którego nikomu już nie trzeba przedstawiać :>

Wiemy więc, że lauryl glucoside ma tu co neutralizować :>

Cocamidopropyl Betaine - kokamidopropylobetaina

Substancja myjąca, usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry.
Jest dla niej łagodna.
Niweluje drażniące działanie takich składników, jak SLS.

Glycerin - gliceryna

Ułatwia substancjom aktywnym przenikanie w głąb skóry.
Dodatkowo - nawilża.
Zapobiega także zasychaniu resztek produktu na dozowniku, bo utrudnia krystalizację.
Działa też trochę konserwująco, ponieważ obniża aktywność wody.

Allantoin - alantoina

Substancja aktywna, występuje w korzeniach niektórych roślin (na przykład - fasoli), chociaż ta wykorzystywana w kosmetykach jest syntetyczna.
Działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia, wspomaga procesy regeneracji naskórka, stymuluje proces gojenia się ran.

PEG-7 glyceryl cocoate - niejonowa substancja powierzchniowo czynna

Brzmi strasznie, PEG-ów się każdy boi ;) a to zwykła substancja renatłuszczająca, odbudowuje barierę lipidową skóry, która w trakcie szkodniczenia takich cudeniek jak SLS może się uszkodzić ;)
Ponoć ma też poprawiać wygląd piany, ale słabo jej to chyba idzie, bo jak wspominałam - kosmetyk mało się pieni.
W kosmetykach spłukiwalnych PEG-7 jest zupełnie nieszkodliwy.

Sodium Chloride - chlorek sodu

Poprawia lepkość kosmetyku.

Panthenol - prowitamina B5

Działa przeciwzapalnie, nawilża i regeneruje naskórek.

Disodium EDTA - substancja pochodzenia syntetycznego mająca działanie konserwujące, chroniące kosmetyk przed zepsuciem.

Pisałam o niej szerzej przy okazji poprzedniej recenzji - ogółem: mogłoby jej nie być, ale raczej krzywdy nie uczyni.

DMDM-Hydantoin - pochodna formaldehydu.

Konserwant.
Ponoć nie wchłania się z powierzchni skóry, ale odradza się kobietom w ciąży i karmiącym piersią używania kosmetyków, które mają go w składzie.

Citric Acid - kwas cytrynowy.

Naturalny, bezpieczny konserwant.

Parfum - substancja zapachowa, niestety sztuczna.

Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone - kolejne konserwanty.


No i co z tą chemią?


Ogółem - poza trzema ostatnimi składnikami, formaldehydem i Disodium EDTA nie ma tu jakiejś tragedii.
Aaaa, jeszcze SLS - cóż, uważam, że zastąpienie go jakimś łagodniejszym jego odpowiednikiem jest z punktu widzenia przemysłu kosmetycznego tak łatwe, że mogło się Green Pharmacy o to pokusić.

No, ale czy sześć takich dziadostw na szesnaście składników, to nie za dużo?

Po co tak wiele konserwantów w produkcie, do którego nie pcha się paluchów i który względnie szybko jest zużywany?

Czy to jest jeszcze taka ilość z jaką można się ułożyć bez wyrzutów sumienia, gdy jest się fanką produktów "naturalnych"?

Każdy i każda z czytających tę recenzję powinna sama odpowiedzieć sobie na te pytania.

Reszta składników chemicznych straszna jest tylko z pozoru - są to rzeczy pożyteczne, pożądane w kosmetyku, krzywdy nie zrobią.
Niektóre - mogą bardzo pomóc (alantoina, panthenol), chociaż zapewne są tu takie ich ilości, że małe na to szanse...

Ja jestem osobą dość wrażliwą na bardzo chemiczne świństwa w produktach do mycia twarzy.
Nie dostaję uczuleń, ale naprawdę łatwo się wysuszam.
W wypadku tego żelu nic takiego mi się nie przytrafiło.

Działanie - obietnice producenta, a rzeczywistość:

Producent obiecuje nam usuwanie zanieczyszczeń, matowienie skóry, łagodzenie podrażnień, pozostawianie uczucia świeżości i czystości.

Zużyłam cztery opakowania tego żelu.
Od października.

Używałam go z przerwami.

Całkowicie zgadzam się z tym, że świetnie oczyszcza.
Że genialnie odświeża - także.

Jednak nie zauważyłam jakiegoś wyjątkowego kojenia podrażnień - jeśli jakaś sucha skórka gdzieś tam się przytrafi, jeśli wyskoczy jakiś paskudny pryszcz albo drobne podrażnienie, to od samego umycia twarzy tym żelem... nie zniknie.

Nie ma cudów - ten produkt nie ma w składzie niczego, co mogłoby tak zadziałać.

Myślę jednak, że najważniejszą jego zaletą jest coś innego:

przy regularnym stosowaniu naprawdę zmniejsza ilość wytwarzanego sebum, wyprysków jest mniej.

ALE UWAGA!

Najmniej różnych przykrych niespodzianek w czasie stosowania tego żelu wyskakiwało mi na twarzy, gdy do  jej pielęgnacji włączyłam jeden drobny element - wycieranie twarzy  (po uprzednim jej umyciu) papierowym ręcznikiem.

Nie mam więc pewności, czy ta widoczna poprawa stanu skóry nie wiązała się z tym właśnie faktem, a nie z wyborem tego lub innego produktu do oczyszczania pyska.

W każdym razie - żel nie rozczarowuje.

Nie wysusza (tak, jak choćby żele Fitomedu - wychwalane pod niebiosa przez ortodoksyjne fanki kosmetyków naturalnych).
Nawet przy stosowaniu go dwa razy dziennie i przez długi czas - non stop.
Nie podrażnia oczu.

Wydajność:

Butelka żelu wystarcza na około miesiąc stosowania - przy używaniu produktu dwa razy dziennie.

Moim zdaniem to całkiem długi czas.
Emulsja Bielendy kończy się po dwóch tygodniach.

Dla kogo się nada? Komu nie będzie pasował?


Będzie dobry dla wszystkich Pań i Panów, które i którzy mają skórę tłustą, ze skłonnościami do sporadycznego pojawiania się na niej pojedynczych wykwitów zapalnych.
Powinien dać radę z odblokowywaniem porów.

Nie sprawdzi się raczej przy nasilonych zmianach trądzikowych.

Nie dlatego, że zaszkodzi - dlatego, że nie ma tu żadnych typowo przeciwtrądzikowych substancji.

To idealny kosmetyk dla osób mało wymagających - jeśli szukasz żelu do twarzy, który ma Ci ją po prostu oczyścić z makijażu, jeśli zależy Ci na tym, by taki kosmetyk nie wyrządził Ci zbyt wielu szkód (nie wysuszył), jeśli nie chce Ci się jechać do odległego o 50 km większego miasta żeby odwiedzić aptekę z typowymi dermokosmetykami - wybierz ten żel.

On nie ma składu gorszego od wielu kosmetyków, które dzięki dużym nakładom finansowym przeznaczonym na promocję weszły do aptek i są reklamowane jako "profesjonalne".

Zapewniam Cię - w tak chętnie polecanym przez dermatologów żelu pewnej marki, której nazwa zaczyna się na literę I., znajdziesz całą gamę o wiele bardziej drażniących składników.
A za jedno jego opakowanie zapłacisz dwa razy więcej - minimum, średnio trzy.

Nie ma alkoholu - sądzę, że właśnie dlatego nie wysusza, nawet pomimo obecności w nim SLS-u.

TO NIE JEST KOSMETYK "EKO" - JEŚLI SZUKASZ PRODUKTU W PEŁNI NATURALNEGO, TO NIE ZAWRACAJ NIM SOBIE GŁOWY!

Stosunek ceny do jakości produktu:


Moim zdaniem - bardzo dobry.
Płacimy grosze, a dostajemy całkiem porządny kosmetyk.

Ogólna ocena:


Ja wystawiam mu 4.
Z minusem.

Mogło być gorzej.
Nie taka chemia w tym wypadku straszna, jaką się być wydaje ;)

Plusy:

- dobre, porządne oczyszczanie skóry z kosmetyków kolorowych, w tym tak ciężkich, jak podkład Revlon Colorstay
- brak efektu wysuszenia skóry, łuszczenia się
- regularnie myta za jego pomocą twarz przetłuszcza się w bardzo niewielkim stopniu
- żel jest wydajny
- cena jest bardzo niska
- kosmetyk jest powszechnie dostępny w większości małych aptek, czyli bez trudu dostanie się go w nawet naprawdę małej miejscowości
- większość syntetycznych składników użytych do jego wyprodukowania jest mało szkodliwa dla skóry

Minusy:

- mało wygodna w użyciu pompka
- opakowanie wykonane z miękkiego, podatnego na odkształcanie się i wgniatanie plastiku
- śladowe ilości substancji aktywnych pochodzenia roślinnego, co jest nieco śmieszne jeśli weźmie się pod uwagę, że produkty Green Pharmacy reklamowane są jako kosmetyki ziołowe
- formaldehyd w produkcie "herbal"? serio?
- żel słabo się pieni, trudno go spłukać z twarzy

Gdyby był to jakiś zwykły no name z dolnej półki Biedronki, to skłonna byłabym wystawić mu notę bardzo dobrą.
Niestety - pretenduje do miana produktów "aptecznych".
Od takich preparatów wymaga się nieco więcej.

Kiedy się nad nim dłużej zastanowić, to znowu człowiek dojdzie do wniosku, że polscy producenci kosmetyków muszą się jeszcze długo uczyć od swoich kolegów... ze wschodu.

Rosjanie już dawno ograniczyli ilość konserwantów w swoich kosmetykach, taka Natura Siberica podbiła rynek kosmetyczny na zachodzie Europy.
A u nas ciągle to samo, ciągle chemiczne wypełniacze, ciągle łudzenie czymś, czego tak naprawdę w produkcie nie ma.

A jeśli jest, to w ilościach bardzo małych.

No cóż - pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś to się zmieni ;)

-------------------------------------------------------------------------------------------

Uciekam, Moi Mili - wiem, że sporo z Was gniewa się na mnie, że tak długo kazałam na siebie czekać.
Uwierzcie mi - poprawię się!

Póki co - zmykam, ciesząc się, że wreszcie nadszedł weekend.

No i że dzisiaj trzydziesty!

Moje imieniny!

Och, będzie, będzie wymówka, będzie można bezkarnie obżerać się ciachami ;)

Ściskam Was bardzo!

Wasza Mar!

P.S. Nie, nie mam na imię Maciej, musicie kombinować dalej ;P

piątek, 16 stycznia 2015

Kosmetyczne recenzje Mar: dobra, ziołowa odżywka za nieduże pieniądze - Green Pharmacy, Eliksir ziołowy do włosów łamliwych i zniszczonych

Zbierałam się do napisania tej recenzji od listopada.

Ale że w listopadzie nie było mi czego fotografować dla posta potrzeb (z racji faktu, że pierwsze opakowanie tego kosmetyku mi się skończyło, a z nabyciem kolejnego miałam wtedy sporo problemów), a potem przyszły Święta, po Świętach zaś - Sylwester, a po Sylwestrze sesja...

No to właśnie, wiecie jak jest ;)

Nie zawsze udaje się wszystko zrobić wtedy, kiedy się zrobić to zamierzało ;P

Jest jednak spory plus tego opóźnienia - dłuższe produktu kosmetycznego używanie równa się zawsze lepszej na jego temat opinii ;)


Dzisiejszy post, dzisiejszą recenzję poświęcam preparatowi na informacje o którym nie natknęłam się na żadnym ze śledzonych przeze mnie blogów.

(Tak, lubię pisać o rzeczach, o których nikt ze zgromadzonego u mnie towarzystwa nie mówił wcześniej za dużo - a jeśli mówił, to dawno - bo nie mam wówczas poczucia wtórności, powtarzania czegoś po kimś, małej oryginalności)

Ogólnie w internecie niewiele jest o tym produkcie mówione.
Gdzieś tam, lata temu jeszcze, coś wspomniała o nim Anwen.
Kilka opinii jest na Wizażu.
Pojedyncze blogerki napisały na jego temat po pięć słów w swoich recenzjach utrzymanych w stylu od dawna mnie rozbrajającym - fajny jest, tani jest, ładnie pachnie, polecam.
Pięć zdjęć, dziesięć słów - cała recenzja.
Doszłam więc do wniosku, że to od niego - nie od żelu do mycia twarzy, też od GP, o którym kiedyś już Wam wspominałam - zacznę cykl moich styczniowych recenzji.

------------------------------------------------------------------------------------------

 Green Pharmacy - Eliksir ziołowy do włosów łamliwych i zniszczonych

trafił w moje ręce we wrześniu.

Jak moi stali czytelnicy i czytelniczki stałe również pamiętają - chorowałam wtedy.
Miałam takiego doła, że potrafiłam siedzieć w mieszkaniu przez cały dzień i patrzeć tylko mętnym wzrokiem w okno.
Nie w głowie mi była pielęgnacja ciała i włosów.
Ograniczałam się wówczas jedynie do umycia się.
Nie myślałam o żadnych balsamach i odżywkach.

Na efekty takiego stanu rzeczy nie musiałam czekać długo - już po tygodniu włosy mi się skołtuniły, a skóra na korpusie i kończynach zaczęła swędzieć z przesuszenia.
O tyle, o ile skórą zbytnio się nie przejmowałam (ogólnie niewieloma rzeczami byłam wtedy w stanie się przejąć), to stan moich włosów bardzo mnie przeraził.
Były suche, plątały się, kruszyły.
Nie dało się ich wyprostować, przestały się błyszczeć... gorzej, niż gniazdo gołębi bytujących na Lecha balkonie wyglądały, naprawdę.
Mało wtedy jadłam, mało było mi wolno jeść - sądzę, że dlatego też wyglądało to moje włosie tak, jak wyglądało.

Podczas jednej z wypraw do apteki (bo głównie do aptek wtedy łaziłam) postanowiłam jakoś tej mojej włosowej tragedii zaradzić - na łódzkich Bałutach (osiedlu Leszka na którym to wówczas przebywałam) nie ma żadnych "modnych" drogerii ani sklepów zielarskich, jest tylko Rossmann.
Weszłam więc do Rossmanna i zaczęłam poszukiwania czegoś, co w jakikolwiek sposób mogłoby mi pomóc.
Nie szukałam maski ani odżywki - te miałam.
Szukałam czegoś o mocniejszym działaniu.
Odrzuciłam produkty Radical - tych kiedyś próbowałam, szału nie było (aczkolwiek teraz, po przygodzie z tym eliksirem wiem, że nie dałam im najmniejszych nawet szans na to, by mogły jakkolwiek zadziałać).
Na najniższej jednak półce w dziale z odżywkami do włosów znalazłam butelkę tego eliksiru.

Nie dacie wiary - spostrzegłam ją pierwszy raz w życiu.

Widocznie naprawdę jestem leniwa - do głowy mi wcześniej nie przyszło pewnie, żeby w czasie któregoś z moich pobytów w Rossmannie schylić się trochę i zlustrować wzrokiem to, co na najniższej półce ;)

Marka Green Pharmacy nie wydawała mi się nigdy czymś specjalnie wartym uwagi.
Owszem, dużo jej widziałam na blogach, rozpanoszyła się w ciągu dwóch ostatnich lat też po aptekach.
Jednak w ich żelach do higieny intymnej, balsamach do ciała i produktach do włosów nie odnajdowałam niczego zbytnio "green" - dostrzegałam za to sporo niepotrzebnej chemii, takiej jak SLS w preparatach myjących.
A jak ja widzę napis "0% parabenów, 0% sztucznych barwników - kosmetyk naturalny!" a mimo tego znajduję jakieś inne, wcale nie w mniejszym stopniu złowrogo brzmiące dziadostwo, to uśmiecham się tylko pod nosem i idę dalej.

W tym eliksirze jednak skład był zaskakująco dobry!
Aż oczy przetarłam ze zdumienia.

No i cena - takie grosze?

Pomyślałam, że niczym nie ryzykuję.
Gorzej już z tym moim włosiem być nie może - co mi szkodzi...

Na wstępie posta zdradziłam Wam już, że kosmetyk jest ze mną już długi czas - możecie się więc domyślać, że pomógł, że mi przypasował, że jakoś mnie z tego włosowego kryzysu wydźwignął.

Jak go jednak oceniam całościowo?
Co sądzę o jego działaniu?
Jak stosunkuję się do jego wydajności, czy uważam, że wart jest polecenia komuś innemu, kto moim zdaniem może być z jego właściwości zadowolony - to wszystko w dalszej posta części, zachęcam więc do zostania ze mną przez kilkanaście kolejnych linijek :)


Cena i dostępność:

Eliksir jest ciągle dostępny w Rossmannie.
Bez problemu nabędziecie go też w drogeriach sieci Natura i aptekach - tak sieciowych, jak i małych.

Nie widziałam go w Hebe ani w Marysieńce.

Cena - od ok. 8 złotych do 15 (w drogeriach tańszy jest, niż w aptekach).

Był czas (przełom listopada i grudnia), kiedy nie szło dostać go za żadne skarby - jak znowu się pojawił, to poznałam przyczynę.
Zmienili mu nazwę i minimalnie etykietę.
Skład został ten sam.

Kupowałam go we wrześniu jako Eliksir ziołowy do włosów łamliwych, zniszczonych i farbowanych.

Dziś nazywa się tak, jak wyżej i w tytule posta cytowałam :)
Czyli - odjęli mu w nazwie te włosy farbowane ;P

Poza zmianą nazwy nic się w nim nie zmieniło.

Pojemność/rodzaj opakowania/komfort korzystania z opakowania:

Eliksiru jest 250 ml.

Dostajemy go w plastikowej "buteleczce" z atomizerem.

Opakowanie ma chyba imitować szkło - tak kształtem, jak i kolorem (Wiecie, udawać takie stare, apteczne preparaty).
Średnio to wyszło, tak moim marowym zdaniem - trochę tandetą wieje ;P
Ale że nie mam fioła na punkcie estetycznej strony opakowań kosmetyków, to wcale mi to nie przeszkadza.

Wadzi mi natomiast to, że opakowanie lubi się zagniatać - na przykład wtedy, jeśli gdzieś wyjeżdżamy i wrzucamy je do torby razem z milionem innych rzeczy.
Pęknąć nigdy mi nie pękło.
Ale podczas jednego z takich wojaży odkształciło mi się paskudnie u podstawy i nie naprawiłam tego już.
Teraz zamiast stać na półce, to leży, bo postawione kiwa się w tę i we wtę.
Także - średnio trwałe.

Jednak plusem takiego plastikowego opakowania produktu jest jego lekkość - nawet jeśli wrzucimy eliksir do niewielkiej torby, to ciążyć nam nie będzie.
Nadaje się więc do tego, by zawsze mieć go pod ręką.

Atomizer działa bez zarzutu, pompka w nim nigdy mi się nie zapchała.
Kiedy produktu zostaje już bardzo mało, to pompkę możemy bez problemu odkręcić, a resztę eliksiru wylać na rękę.

To duży plus, bo niektóre kosmetyki mają ten dozownik tak jakby przykręcony na stałe - zwłaszcza, jeśli opakowania są szklane.
Więc jak już resztki takie prawdziwe nam zostają, to nie idzie się do nich dostać.
Tu tego nie ma.

Stosunek ceny do pojemności:

Chyba nie ma na co narzekać - prawda ;)?
Moim zdaniem - w porządku.

Zapach:

Eliksir bardzo intensywnie pachnie.
Pachnie ziołowo, nie jestem znawczynią roślin i na zapachu tychże też się słabo znam - ale rumianek, tak, rumianek czuć tu najbardziej.

Zapach jest naprawdę mocny - mój Lechu, który nie znosi niczego co pachnie wyraziście zawsze się krzywi, gdy widzi mnie z butelką tego eliksiru w dłoni.
Ucieka do kuchni, ale i tak krzyczy, że pachnie ;P

Zapach ziół utrzymuje się także na włosach - jeśli nie potraktujemy ich potem jakimś innym kosmetykiem, to spokojnie będziemy wyczuwać te zioła na włosach przez dobę.
A jeśli postanowimy zaaplikować go na mokre włosy i położyć się tak spać - poduszka też nim przesiąknie.

Mnie ten fakt wcale nie przeszkadza, ale wiem, że wiele z Was mocno pachnących kosmetyków nie lubi.
Zatem - jeśli jesteście jednymi z nich i żadne pozytywne aspekty działania jakiegokolwiek kosmetyku nie są w stanie przekonać Was do niego jeśli kosmetyk pachnie, to chyba nie jest to produkt dla Was.

Skład:



Moim zdaniem - to jeden z lepszych pod tym względem produktów na polskim rynku dostępnych.
A jak za te pieniądze, to chyba jest liderem na rynku tych możliwych do kupienia "wszędzie".

Bo wśród tych typowo zielarskich zapewne znajdują się w tej półce cenowej preparaty ze składem jeszcze lepszym - jeśli znacie takie, to dajcie mi znać, chętnie wypróbuję!
Wiem, że niektóre z Was bardziej siedzą w temacie!

Chamomilla Recutita Extract - ekstrakt z rumianku pospolitego.

Ma działanie przeciwzapalne, łagodzi podrażnienia skóry głowy, pomaga w walce z łupieżem, łagodzi objawy łojotokowego zapalenia skóry, nawilża włosy i dzięki zawartości wielu związków mineralnych odżywia ich cebulki zapobiegając wypadaniu

Triticum Vulgare (Wheat) Germ Extract - ekstrakt z kiełków pszenicy.

Bogaty w aminokwasy, białka i polisacharydy.
Uelastycznia i nawilża włosy.

Tussilago Farfara (Coltsfoot) Flower Extract - wyciąg z kwiatów podbiału pospolitego.

Działa przeciwzapalnie i ściągająco na skórę głowy, chroni ją (i włosy) przed niekorzystnym wpływem czynników zewnętrznych i działaniem wolnych rodników, zapobiega przetłuszczaniu się skóry głowy, nawilża włosy (świetnie sprawdza się zwłaszcza u tych osób, u których skóra głowy jest tłusta, a włosy suche i szorstkie).

Acorus Calamus Root Extract - ekstrakt z kłącza tataraku.

Wzmacnia i nabłyszcza włosy, nadaje im puszystość.
Hamuje łupież, poprawia ukrwienie skóry głowy, pobudza porost włosów.
Ma działanie przeciwgrzybicze.


Cztery świetne składniki na pierwszych miejscach składu!


Co mamy dalej?
Co kryje się pod innymi nazwami łacińskimi, czy są to jakieś potencjalnie mniej od tych pierwszych bezpieczne cuda?

Polysorbate 20 - substancja powierzchniowo czynna.

Dobrze tolerowana przez skórę, słabo alergizująca, zapobiega rozwarstwianiu się faz w trakcie przechowywania produktu. Ponadto pełni rolę solubilizatora, czyli umożliwia wprowadzenie do roztworu wodnego substancji nierozpuszczalnych lub trudno rozpuszczalnych w wodzie, np. kompozycje zapachowe, wyciągi roślinne, substancje tłuszczowe.

Disodium EDTA - substancja pochodzenia syntetycznego mająca działanie konserwujące, chroniące kosmetyk przed zepsuciem.

Składnik dopuszczony do obrotu na rynku kosmetycznym jako mało drażniący i bezpieczny.
Jednak są badania mówiące o szkodliwym jego wpływie na organizm i zdrowie dziecka w wypadku stosowania go przez kobiety w ciąży i karmiące piersią - w dużych ilościach.

Ortodoksyjne naturomaniaczki powiedzą, że jak w każdym używanym kosmetyku jest go trochę i takich kosmetyków stosuje się kilka dziennie, to już warto się zastanowić nad zakupem kolejnego.

Ja zbyt wielu kosmetyków z nim w składzie nie mam - mnie on nie jest straszny.
Ale że niektóre z Was są w tej kwestii restrykcyjne - napominam o nim tu.

Citric Acid - kwas cytrynowy.

Naturalny, bezpieczny konserwant.

Parfum - substancja zapachowa.

No tak, coś, czego fanki kosmetyków naturalnych nie lubią ;)
Producent nie wymienia, czy syntetyczny, czy naturalny.
Szkoda...

Benzyl Alcohol - alkohol benzylowy.

Konserwant, zapobiega psuciu się preparatu.
Znajduje się na liście potencjalnych alergenów.

Ale.. jest bardzo pożądany we wszystkich "wcierkach" do włosów ;) Poprawia bowiem wchłanianie substancji aktywnych w skórę głowy.
Tak jak cetyl alcohol, stearyl alcohol i cetearyl alcohol należy do grupy alkoholi tłuszczowych, które są... emolientami, więc nie wysuszają, a nawilżają ;)

Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone - kolejne konserwanty.

Tym razem takie zbędne dość i bardziej alergizujące.
One tu moim zdaniem naprawdę nie są potrzebne.

Jednak - uznawane są za bezpieczne, bo ich ilość w preparacie kosmetycznym zwykle jest minimalna.
Ale po co, na Boga - po co tu one?

Limonene - składnik substancji zapachowych.

Może uczulać.

Linalool -  alkohol terpenowy, też składnik substancji zapachowych.

Również może uczulać, na co szanse są małe, ale... ale on mało ładnie tu po prostu wygląda.

Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde - również składnik substancji zapachowych i również potencjalnie alergizujący.

"Parfum" i pięć ostatnich składników wywaliłabym z tego składu - i wtedy mogłabym z czystym sumieniem przyznać, że jest to kosmetyk w pełni "naturalny".
A tak, to klasyfikuję go jedynie jako "ziołowy" - albo "przygotowany z wykorzystaniem naturalnych składników".

Stosowanie:

Zgodnie z zaleceniami producenta - umyć włosy, wilgotne spryskać eliksirem na całej długości, dodatkowo wetrzeć odrobinę w skórę głowy.

Działanie:

Co pisze o swoim produkcie producent przeczytać możecie na zdjęciu, które zamieściłam powyżej.

Jak wygląda zderzenie rzeczywistości z obietnicami?

Jak wspomniałam w posta początkach - przyniosłam preparat do domu w okolicach połowy września.

Nie borykałam się wtedy z problemem wypadania włosów, łupieżu czy swędzącej skóry głowy.
Ilość włosów, jaką codziennie tracę od zawsze była chyba typowa dla noszonej przeze mnie włosa długości.
Norma - przy myciu, czesaniu, prostowaniu jakieś drobne ilości.

Nie uskarżałam się na duże ich gubienie.


Moim kłopotem w tym wrześniu nieszczęsnym było natomiast to, że na skutek zaniedbań pielęgnacyjnych, osłabienia organizmu i ubogiej w czasie choroby diety moje włosy zrobiły się szorstkie, matowe i przypominały siano.


Nie chciałam cudów - szukałam czegoś, co trochę choć pomoże im dojść do siebie.

Zaczęłam stosować eliksir niemalże od razu po powrocie do domu.
Tak, jak nakazał to producent.
Spryskałam włosy przy ich nasadzie, potem na całej długości.
Wtarłam w skórę, wmasowałam w kłaki.
Rozczesałam, na to zamotałam turban.
Potem z takim obmotanym łbem poszłam spać.

I tak co dwa dni, po każdym myciu.

A - ważne to dla dalszej historii: następnego dnia po rozpoczęciu kuracji udałam się do fryzjerki, chcąc obciąć zniszczone końce włosów.

Po jakichś dwóch tygodniach stosowania zobaczyłam, że włosy naprawdę zrobiły się miękkie.
Zaczęły też ładnie bardzo się błyszczeć.

W międzyczasie - zdążyłam wyzdrowieć, powoli wracałam też do normalnego życia: na praktyki, do pracy...

Więc normalnie zaczęłam włosy moje na powrót prostować - z użyciem zwykle stosowanych przeze mnie do tego celu preparatów.

Używałam tego samego co zwykle szamponu, tej samej maski (Alterra - o obydwu kosmetykach miałyście tu okazję kiedyś już parę słów czytać).

Pielęgnacja zatem wcale się nie zmieniła.

Regularnie, co miesiąc, farbowałam je.

Gdzieś w okolicach początku listopada zauważyłam, że moje podcięte po skończeniu chorowania końcówki włosów wcale nie wymagają tego, żeby znowu je skrócić - a do tej pory była to niemal rutyna.
Co miesiąc, w którymś z pierwszych dni nowego dreptałam do mojej fryzjerki i pozbywałam się tego, co zawsze gdzieś tam mi się rozdwajało.

Jednak tym razem naprawdę nie miałam czego podcinać - po chwyceniu włosów między palce nie widziałam pofilcowanej i połamanej szczeciny, a piękny, równy "pędzelek".
Do tego - miękki i błyszczący.

Kiedy po kilku dniach od tego "odkrycia" po raz kolejny ufarbowałam włosy Leszek, mama i bliska koleżanka zwrócili mi uwagę, że włosy "wyszły" jednolicie ciemne - do tej pory często bywało tak, że dolne partie włosów zawsze były bardziej rudawe, jaśniejsze.
Wiązałam to z tym, że podniszczona część włosa gorzej chwyta kolor.

Więc - kurczę blaszka!
Pomyślałam sobie, że chyba rzeczywiście jakiś progres nastąpił!

Skończyło mi się jedno tego cuda opakowanie, potem nie mogłam dostać drugiego.
Myślałam, że wpadnę w depresję.
Na szczęście - udało się je kupić ;) Obecnie kończę drugą już butelkę.

Włosy są nadal ładne, nadal - a mamy już styczeń!
Końcówki nie wymagają żadnych drastycznych na nich operacji - okey, od listopada pojedyncze zdążyły się popsuć, i tak wybieram się do fryzjerki, bo jeszcze parę centymetrów i złośliwie zaczną się wywijać... ale hej?

Tak długie trwanie ich w dobrym stanie do tej pory mi się nie zdarzyło!

Nawet w czasie, gdy z pieczołowitością traktowałam je po każdym myciu i przed każdym prostowaniem olejkiem arganowym!

Owszem - nigdy nie miałam problemów z jakimś wyjątkowym moich włosów się niszczeniem, ale takie ładne, to dawno nie były
(no, może w czasach początków mej nauki w liceum - kiedy jeszcze ich nie farbowałam, a na to by je prostować nigdy bym nie wpadła).

Olejowałam je z myślą, że gdy tego poniecham, to coś paskudnego któregoś dnia na swojej głowie znajdę.
I rzeczywiście, przed wrześniem, przed chorobą, kołtuna się na głowie nie dorobiłam.

Ale żeby to olejowanie sprawiło, że gładziutkie były.... to nie.

Zatem - dopiero eliksirowi Green Pharmacy udało się sprawić, że moje włosy powróciły do stanu sprzed dobrych kilku lat.

Mało jednak tego, że stały się odporniejsze na różne krzywdy każdego dnia im wyrządzane, to i wyraźnie mniej zaczęły się puszyć.

Możecie to zobaczyć na zdjęciach z jednej z ostatnich sesji "ciuchowych", o, proszę: klik!

Na tych zdjęciach prezentuję się Wam jakieś trzy godziny po prostowaniu włosów.
Odkąd pamiętam - po godzinie od wyprostowania włosów robiły mi się wokół nich takie... aureolki ;P
drobne kosmyki odstawały mi i wywijały się na boki.

Od jakichś dwóch miesięcy zjawisko to wcale nie występuje.
I nie mówię tu o odwijaniu się wyprostowanych włosów pod wpływem wilgoci, ale o takim jakby rozwarstwianiu się pasm ;P

Także - jak dla mnie jest to naprawdę spory progres!

Uważam zatem, że obietnice producenta nie są słowami rzucanymi na wiatr.

 Eliksir naprawdę wzmacnia włosy.

Są widocznie mocniejsze, zdrowsze i bardziej lśniące.

Nie niszczą się.

Włosy się nie przetłuszczają, nie są obciążone, można potem nałożyć na nie zwyczajowo używane serum, ulubiony olejek aplikowany na końce włosów lub produkt termoochronny.

Nie umiem natomiast ustosunkować się do rzekomego działania zapobiegającemu wypadaniu włosów i łagodzącemu stany zapalne skóry głowy, ponieważ nie skarżyłam się nigdy na to.
Być może znajdziecie w czeluściach Internetu jakąś recenzję, w której ktoś testował go pod tym kątem.

Zaznaczam jednak, że używam tego preparatu regularnie - od pięciu niemal miesięcy.
Po każdym myciu włosów.

Efekty nie pojawiły się od razu - chociaż już po pierwszych paru aplikacjach włosy były wyraźnie przyjemniejsze w dotyku.

Także zakładam, że i Wy - jeśli się na zakup eliksiru zdecydujecie - będziecie musiały na efekty poczekać.

Wydajność:

Jedno opakowanie wystarcza na około 2,5 miesiąca używania produktu co drugi dzień, przy posiadaniu włosów o długości za łopatki.
Moim zdaniem jest to preparat wydajny.

Stosunek ceny do jakości produktu:

Moim zdaniem - bardzo dobry.

Powtarzam - niecałe dziesięć złotych za produkt ze sporą ilością składników aktywnych, dający widoczne gołym okiem rezultaty.

Zbiorczo - dla kogo może się nadać, komu go nie polecam albo polecam przy zachowaniu środków ostrożności:

Będzie dobry dla osób, których głównym włosowym problemem jest tłusta skóra głowy i przesuszone włosy.
Nada się do włosów farbowanych, które są niszczone przez częste farbowanie.
Wzmocni włosy suszone suszarką (a, ja od czasu rozpoczęcia używania tego eliksiru całkowicie zrezygnowałam z suszenia włosów, zawsze myję je przed snem, tak aby zasnąć już z włosami naeliksirowanymi, wyjątki robię tylko wtedy, jeśli rano muszę mieć jakąś perfekcyjnie świeżą fryzurę - wigilia, ważne spotkanie, same wiecie...) i prostowane.
Powinny wypróbować go osoby, które tracą włosy - chociaż i tak uważam, że w takich wypadkach warto zrobić badanie morfologiczne krwi/odwiedzić endokrynologa.

Nie zachęcam do niego fanek bardzo naturalnych kosmetyków i osób, które mają suchą i wrażliwą skórę głowy (one mogą źle tolerować alkohol, chociaż ten tu użyty jest alkoholem "dobrym" - ale dla niektórych alkohol to alkohol, nie będę nikogo na siłę przekonywać do swoich racji).
Bo skład idealny nie jest.
Ma kilka drobnych wad.

Powinny ostrożnie podejść do stosowania tego preparatu także osoby uczulone na rumianek!!!

Jeśli nie lubisz kosmetyków które bardzo pachną - także nie sięgaj po eliksir Green Pharmacy, bo wywalisz go przez okno. 

Pamiętaj - żadna pielęgnacja od zewnątrz nie pomoże włosom osłabionym od wewnątrz!!!

Ja po przechorowaniu września znowu wróciłam do mojej zwykłej diety - dużo białka z różnych źródeł, owoce, warzywa (nie wolno mi było w czasie choroby spożywać białka w mojej ulubionej formie - kwaśnych jogurtów i twarogów, owoców też nie mogłam jeść).

Jeśli chorujesz na niedokrwistość lub awitaminozy i to one są przyczyną złej kondycji Twoich włosów, to pomaszeruj do lekarza lub apteki, tam uzyskasz pomoc dostosowaną do Twoich potrzeb.
W takich sytuacjach niezbędne jest zwykle przyjmowanie doustne witamin i produktów wzmacniających.

Moja ocena produktu:

Stawiam mu mocne 4+.

Gdyby nie skład, który nie jest na pewno godzien tego, by pisać na etykiecie, że jest to kosmetyk "naturalny" postawiłabym mu piątkę.
A, i gdyby tak mocno nie pachniał.

To, że mnie coś nie przeszkadza nie oznacza, że nie dostrzegam tego, że to coś jest słabą stroną tego, co planuję ocenić.

Ogólnie - uważam, że jest to naprawdę porządny kosmetyk, który warto wypróbować.
Zdaję sobie sprawę, że "rasowe" włosomaniaczki nie będą się na niego kusiły, bo one sporządzają same nalewki i napary z ziół.
Jeśli decydują się na używanie produktów gotowych, to także szukają ich w sklepach zielarskich.

Większość jednak osób zaglądających na mojego bloga to "zwykłe", mało z kosmetykami eksperymentujące dziewczyny i kobiety.
I takim ten eliksir z czystym sumieniem polecam!

Naprawdę, nie stracicie pieniędzy, wątpię też, byście nie zauważyły jakichkolwiek efektów.
Tylko pamiętajcie - na mokre włosy, bardzo mocno spryskać, wetrzeć w skórę głowy i włosy, rozczesać.
Iść spać.
I tak po każdym myciu!
Przez kilka miesięcy!

---------------------------------------------------------------------------------

Trochę się rozpisałam - trochę bardziej, niż planowałam ;)
Ale z racji faktu, że widzę ile osób każdego dnia odwiedza mojego bloga kierując się do postów kosmetycznych, to chcę by te nieliczne (nad czym boleję) tu recenzje były naprawdę rzetelne.
I pozwoliły osobom zainteresowanym dowiedzieć się czegoś o produkcie, którego zakup rozważają.

W przyszłym tygodniu kolejna recenzja kolejnego też produktu Green Pharmacy, na który skusiłam się po udanych początkach mojej przygody z tym eliksirem.

Wyczekujcie.

Moja sesja dobiega końca - niedługo więc być może powrócą tu posty "wyglądowe" ;)

Trzymajcie kciuki, żeby nie pokonało mnie zaliczenie z... podstaw techniki medycznej ;P
Czyli - z fizyki ;P
Jeśli by mi - nie daj Boże - nie poszło, to moja niebytność tu może się nieco wydłużyć :(


Życzę Wam fajnego, mile spędzonego weekendu.
Ściskam bardzo,

Wasza Mar!