czwartek, 19 lutego 2015

Parka w parku

Skończyły się ferie, trzeba było wrócić na uczelnię.


Nie to jednak spędzało mi przez ostatnie dni sen z powiek - powrót w mury mojej Alma Mater nie okazał się zbyt dotkliwym (no dobra, poza zajęciami z logorytmiki - kazano mi wytańczyć własne imię i nazwisko w rytm wyklaskiwanych sylab... w rytm? mnie? komuś, komu pojęcie rytmu jest tak obce, jak definicja całki? i "wytańczyć"? ludzie, ja się o własne nogi potykam przy jakimkolwiek tańcu, aaaaaa!) - a konieczność rozliczenia się z ubiegłorocznych jeszcze praktyk.


W czasie, kiedy moi towarzysze studenckiej niedoli zajmowali się tymi wszystkimi konspektami i dzienniczkami, to ja pisałam rozdział pracy licencjackiej... a potem przyszły ferie, a potem przyszła praca... gdzieś mi to umknęło...

Z racji, że Logopedka u której odbywałam praktyki to sąsiadka mojego dziadka, to z każdym kolejnym dniem zwłoki było mi coraz bardziej wstyd, że tak późno się odzywam...


I dalej się nie odzywałam - błędne koło...


Tym, co zmusiło mnie do wzięcia tyłka w troki i zakończenia sprawy praktyk było zorientowanie się, że jeszcze dzień, dwa, a zamknie się USOS.
I jeśli nie dopilnuję sprawy... to baj, baj, zniżki studenckie, żegnajcie ;P
Zbierałam się do zadzwonienia do Logopedki pół dnia - w myślach układałam sobie liczne przemowy i wyrazy skruchy, jakimi zamierzałam powitać Ją, gdy odbierze telefon.
Planowałam także wybrać się do pobliskiego monopolowego i na przeprosiny (bo miałam odezwać się w listopadzie) kupić Jej jakąś dobrą nalewkę, a potem z nalewką tą pod pachą podreptać do Niej i przepraszać na żywo.
Dobrze, że w pewnym momencie zmiarkowałam się, jak bardzo ten pomysł zasługuje na tytuł żenady roku.
Wreszcie - zadzwoniłam, ochrzanu nie było, kamień spadł mi z serca.
A następnego dnia chwyciłam wszystkie konspekty i dzienniczek praktyk w łapki i podreptałam z nimi tam, gdzie podreptać miałam już dawno temu.
Stemple zdobyte!
Ocena wystawiona!

Uczelniany semestr zimowy uroczyście ogłaszam  zamkniętym!

Mogę się skupić na nauce nowych rzeczy.
I na pracy!
Nawet nie wiecie, jaka to ulga, gdy człowiekowi nie wisi już nad głową żadna zaległa sprawa...


Dzisiejszy wpis poświęcam jednej z moich nowości szafowych - zielonej parce, którą wypatrzyłam w New Yorkerze pod koniec stycznia.


Dorwałam ją totalnym przypadkiem - byliśmy wtedy z Leszkiem w łódzkiej Manufakturze, Leszek przeglądał książki w Empiku, a ja postanowiłam w tym czasie rozejrzeć się po okolicznych sklepach z ciuchami
(książek wolę nie oglądać - półka na książki, która wisi nad moim łóżkiem, zaczyna się już niebezpiecznie wybrzuszać... raz już mi się zerwała - uwierzcie, guz był duży, siniak na ręku także, krwiak w oku wchłaniał mi się dwa miesiące...).


Pierwszy koło Empiku jest New Yorker - weszłam doń bez przekonania, bo rzadko kiedy coś mi się tam podoba.
Ale tym razem było inaczej - parka od razu wpadła mi w oko!



Nigdy w życiu nie miałam parki - we wszystkich, które przymierzałam, wyglądałam jak w worku.
Albo jeszcze inaczej - infantylnie, niepoważnie.
Zraziłam się więc do tego typu kurtek - uważałam, że to najbardziej niewdzięczny kurtkowy fason ze wszystkich.


Kiedy przymierzyłam tę parkę, to zmieniłam zdanie - bardzo spodobało mi się to, że ma taki faaaaajny, wielki kaptur (i to podwójny - ten futrzany jest dopięty, gdy go odepniemy, to kaptur i tak jest, tylko mniej okazały :>), że w pasie ma ściągacze (trochę mnie to optycznie wysmukla ^^) i że tak dużo ma wszelkich nap, zapięć, klamerek i innych pierdółek.


I jeszcze coś mnie w niej zauroczyło - podszewka!
Podszewkę ta parka ma wspaniałą - taki "baranek", w innych kręgach "misiem" zwany ;)

Nie byłam do końca pewna, czy potrzeba mi kolejnej kurtki, ale kiedy uświadomiłam sobie, że wszystkie zimowe kurtki jakie mam w szafie są paskudne (i że nadają się tylko do przemykania między blokami gdy na zewnątrz jest jeszcze ciemno albo gdy ciemno już się robi) to od razu zaniosłam ją do kasy.
Niech stracę - pomyślałam - wreszcie w jakiejś kurtce nie będę wyglądać jak żul.

Przy kasie okazało się, ze parka jest przeceniona jeszcze bardziej, niż myślałam: zapłaciłam za nią 79,90 ;)
No mówię Wam, Ludzie - głupiego szczęście nigdy nie opuszcza...


Zdjęcia robiliśmy dwa tygodnie temu.
Dziś co prawda nie ma już na ziemi łódzkiej tyle śniegu, ile spadło w tamten weekend, ale zimno jest tak samo (albo i bardziej!), więc wciąż nie rozstaję się z moim nowym, kurtkowym nabytkiem ;)


Plener do zdjęć jest zupełnie inny, niż wszystkie prezentowane Wam do tej pory - bo zapuściliśmy się w inne Łodzi rejony ;P
Odkryliśmy nowy park na łódzkich Bałutach ;P
Wypatrzyłam go któregoś dnia w drodze do pracy ;P


Przyznać musicie, że to dość urokliwe miejsce ;)

Dziś znowu (poprzednio miało to miejsce w poście ze sztucznym futerkiem w roli głównej) prezentuję Wam się w beanie - tym razem już nie tej, którą swego czasu podkradłam tacie.
Dorobiłam się swojej ;P
Upolowałam ją w SinSay'u.
Walała się na wyprzedażowym regale, grosze kosztowała...
Grzechem było nie wziąć ;)


Parka - New Yorker
Tregginsy - H&M
Buty - H&M
Golf - jeden z łódzkich lumpeksów
Czapka - SinSay
Rękawiczki - no name (Butik Nashe, Zgierz)
Torba - Cropp


Zdaję sobie sprawę, że ten zestaw nie jest typowo "mój" i że niektórzy i niektóre z Was przeżyli szok oglądając te zdjęcia ;)
No ale bądźmy ze sobą szczerzy - jak jest zimno, to ciężko paradować w kapeluszu i swetrze ;P

Zmykam, wreszcie mogę, jak człowiek, iść do pracy ;P
To teraz tak - tym, którzy już wrócili do pracy/nauki po okresie feryjnym życzę w szkole/na uczelni/w miejscu pracy spokoju i małej roboty ilości, a tym, którzy jeszcze się byczą: odpoczynku i relaksu :)

Trzymajcie się ciepło!

Ściskam Was,
Wasza Mar!

czwartek, 12 lutego 2015

Z kantem

Dobra - słowa "chyba polubiłam taką śnieżną zimę" (które w poprzednim poście zamieszczone pod jednym ze zdjęć zostały) uważam już za mocno nieaktualne!


Zima jest paskudna, mokra i nieprzyjemna - cały zeszły tydzień sypało to białe paskudztwo i sypało.


Do minionej soboty, to jeszcze jak Cię mogę - ale w niedzielę, to już w ogóle Apokalipsa w łódzkiem nastała. 

Wczoraj te kilogramy śniegu postanowiły natomiast się stopić - teraz mam pod blokiem coś, co przypomina trochę spływ kajakowy.


Chcę wiosny! Teraz, zaraz, już!


Całe szczęście, że z tymi dzisiaj Wam pokazywanymi zdjęciami postanowiliśmy się uwinąć w sobotę właśnie - chociaż i tak prawie nie miały się one szansy ukazać, bo wybierając się na "sesję" zapomnieliśmy zabrać z mieszkania rękawiczek Leszka. 

A że zimno było, to sami i same wiecie już, jak bardzo musieliśmy się z fotografowaniem spieszyć ;P
Poza tym - koszmarnie wiało.
Włosy mi na twarz leciały, oczy łzawiły...

Tak - uważam, że wszystkim blogerkom, które dzielnie, co dwa dni, publikują nowe posty "outfitowe" w miesiącach listopad - marzec z miejsca należy się tytuł Blogerek Roku.
Bez żadnych plebiscytów, bez głosów na allegro i stronach telegazety kupowania - tak po prostu, wszystkim, za odwagę i determinację.

Ja jestem miękka pompka - odpadam.


Ale bardzo, naprawdę bardzo mi było szkoda odpuścić to sobotnie focenie - bo lubię ten zestaw.
I prawie tak, jak zdjęcia miały się nie udać, tak i on miał nigdy nie powstać - pomysł na niego dopadł mnie przypadkiem, w czasie jednego z wieczorów, kiedy to szykowałam sobie strój na kolejny pracowy dzień.

Ot, przenosiłam spodnie wiszące na wieszakach w szafie do jednej z szuflad - i wtedy odkryłam, że jestem w posiadaniu większej ilości spodni z kantem, niż myślałam!
Mało tego - jedna z tych na nowo odnalezionych par tego typu portek nie jest na mnie ani za duża ani za długa!
Zwykle właśnie dlatego unikałam spodni z kantem i lekko rozszerzanymi nogawkami - bo wszystkie, które miałam, zawsze mi się smętnie po ziemi ciągnęły, a ja je co i rusz przydeptywałam.

Do bani z takimi spodniami!

Ale te okazały się pasować - no dobra, bez butów, to może nawet i na nieco przykrótkie wyglądają.
Ale z butami - i to takimi masywniejszymi dość - prezentują się w porządku.


Prawdę mówiąc - nie umiałabym dobrać tego typu spodni do innego obuwia, niż kozaki.
Nigdy nie wiedziałam, czy je się nosi do butów płaskich, czy może do obcasów...
Pewnie dlatego wszystkie te upchnięte gdzieś w czeluściach szafy mej pary tyle czasu bez widoku światła dziennego wisiały w niej ;)


Nie byłoby tego zestawu bez jeszcze jednej rzeczy, którą ostatnio noszę bardzo często - bez swetra.
Sweter właściwie jest tym, na co zwykłam mówić "narzutka".
Jest on też drugą chyba raptem rzeczą, którą zdecydowałam zamówić się "z dalekiego świata" - acz nie, nie z Chin ;P
Z Anglii ;P
Z firmy Glamour Empire.

Nie trafiłabym na niego, gdyby nie Vamppiv - ona to bowiem coś tam dziewczynie ichni marketing prowadzącej o mnie miłego wspomnieć musiała, że ta (pozdrawiam, Lily :) powodzenia w ogarnianiu nadmiaru pracy! obie jakoś się z tym uporamy, zobaczysz ;>) na pomysł odezwania się do mnie wpadła i o obecności  firmy na rynku zakomunikować mi postanowiła.

Lubię ludzi sympatycznych.
Lubię firmy, które jakoś próbują reklamować się w sieci - w zeszłym roku przekonałam się, jak kończą biznesy, które się na to nie decydują: marnie.
Z ciekawością więc przejrzałam asortyment sklepu.


Z początku nic tam dla siebie ciekawego wypatrzyć nie zdołałam (no dobra - podobał mi się bardzo ten kardigan: klik), ale kiedy zobaczyłam sweter, który w dzisiejszym poście możecie oglądać na mnie, to z miejsca się zakochałam.

Nie dość, że kolor mój (wszelkie zgniłe brązy, beże i to, co powinno się chyba fachowo nazywać "taupe", to ja lubię - prawie tak, jak musztardę ;) i czerń ;P), to i krój fajny!
Luźny, zawinąć się weń można, wtulić i schować.

No i zamówiłam.


Przyszedł szybciej, niż książka, którą ostatnio kupiłam przez allegro i którą miano mi wysłać z miejscowości oddalonej o trzydzieści kilometrów od ziemi łódzkiej (już od trzech tygodni jej wyczekuję i coś się doczekać nie mogę... chyba trzeba będzie wystąpić o zwrot kasy, bo przez tyle dni, to można by nowy jej egzemplarz wydrukować...).
A zapakowano go tak ładnie, że aż szkoda było opakowanie rozcinać ;)

(Także - polecam, polecam, firma wypada tu o wiele lepiej, niż Pewien Chiński Lider Platform Sprzedażowych, u którego w listopadzie wypatrzyłam i zamówiłam fedorę, a który najpierw przez dwa miesiące zastanawiał się, w którym magazynie fedorę trzyma, zaś po kolejnym minionym wysłał mi łaskawie wiadomość, że fedory nie ma, więc jej nie dostanę :>)


I chociaż okazało się, że cały jest z akrylu, to jakiś taki... zaskakująco miękki jest!
I ciepły - właśnie ze względu na tę jego ciepłość (jest w ogóle takie słowo jak "ciepłość"? wiecie, ja już tę polonistykę czas jakiś temu skończyłam, wypadłam z formy ;P) dużą, tak chętnie ostatnio go noszę.

Ciekawostka - sweter zakładam... górą do dołu ;P
Tak!
Założony "normalnie" nie układa się tak "lejąco" - poły mu tak fajnie nie odstają ;)
A tak - trochę płaszczowo one wypadają, lubię ten efekt ;)

Gdyby ktoś pytał - golf jest z kolei łupem z lokalnego szmateksu (dla osób z Łodzi - Zachodnia, tuż przed CDN Boutique, po drodze do Manufaktury).
Przed Bożym Narodzeniem na gwałt potrzebowałam czarnego golfu - no i tam go znalazłam.
Kosztował mnie piątaka ;)


Golf - Second Hand
Spodnie - no name (pewnie po mamie :>)
Komin - H&M
Rękawiczki - no name (Butik Nashe, Zgierz - ul. Parzęczewska)
Torba - Fason (Allegro)
Kozaki - Lasocki (CCC)


Swoją drogą - mam już podobny bardzo sweter.
Tyle, że tamten jest bardziej kimonowy w kroju.
O swetrze z tego posta myślę: klik!
(Chociaż... może lepiej pod ten link nie zaglądajcie... tęższa o siedem kilo nie wyglądałam zbyt fajnie, zwłaszcza na twarzy ;P Ale już tam - i tak to w Internecie wisi, każdy już się zdążył kiedyś przestraszyć ;P)
Jest to najlepszy dowód na to, że ja w swoich gustach fasonowo-kolorystycznych jestem dość stała ;)


A na koniec - zagadka:

Które z moich zdjęć zostało wykonane na tym samym tle, co te dwa ostatnie?

Podpowiem - nie trzeba go szukać w żadnym poście :>
Dla autora/autorki pierwszej odpowiedzi Mar funduje paczkę żelek (żelków?) ;P

(Nie, Lechu, Ty nie możesz brać w tym udziału ;P)

Uciekam!

Życzę Wam udanego weekendu, który zbliża się do nas wielkimi krokami.

Nie dajcie się wiatrowi, nie dajcie się roztopom!

Wasza Mar!

czwartek, 5 lutego 2015

Zielono, choć zimowo

Ponoć barwa zielona dopełnia karmazyn - ktoś kiedyś powiedział, że moje włosy właśnie (świeżo po farbowaniu - to ważne ;P) są karmazynowe.


I że zieleń jest "moim" odcieniem.


Nawet się z tym karmazynem zgadzam.


Mimo tego - rzadko noszę zieleń.


Nie wiem dlaczego - najpewniej z tego powodu, że kiedyś tam sobie uwidziałam, iż zieleń "ubraniowa" zarezerwowana jest tylko dla istot zielono- i piwnookich.
Jestem szczegółowcem - wszystko mi musi do siebie kolorem pasować, jeśli tak nie jest, to odczuwam dyskomfort ;P


Pomimo tej mojej do zieleni niechęci w styczniu skusiłam się na dwie zielone rzeczy.

Obie możecie oglądać w dzisiejszym poście.

Pierwszą z nich jest ten sweter.


Sweter dorwałam w H&M'ie - ktoś go zostawił w przymierzalni.
W tej, do której weszłam z koszulką, jaką mierzyć zamierzałam.
Koszulka okazała się być dziurawa (uroki "sejli" <3), sweter natomiast podbił moje serce.

A nic na to nie wskazywało - na wieszaku wyglądał bardzo niepozornie.
I gdyby nie fakt, że ciekawą byłam, jak ta upatrzona przeze mnie koszulka wyglądać będzie z tego typu swetrzyskiem (więc zarzuciłam go na nią ^^ machinalnie dość), to zapewne nigdy bym na niego nie zwróciła uwagi ;)

Nie porwałby mnie także pewnie z tego powodu, że ja instynktownie szukam swetrów w rozmiarze S - a ten był emką.
Przywdziany na wątłe marowe ciałko układał się bardzo oversize'owo - a jak ja mogę nie lubić oversize'ów?
Przecież to moja miłość ciuchowa największa!


Gdybym sama wypatrzyła go gdzieś na sklepie, to poszłabym mierzyć S-kę.
S-ka była zbyt opięta - wyglądała bardzo pospolicie (sprawdziłam ;P).
Jak setki swetrów.

No więc tak - w takich to okolicznościach zostałam posiadaczką zielonego swetra ;)

A - jakby co, to dałam za niego całe... 30 złotych ;)


Kilka dni po upolowaniu mojego zielonego, oversize'owego cuda wstąpiłam do wiele już Wam tu razy wspominanego Butiku Nashe - w mej rodzinnej mieścinie się mieszczącego.
Ot, z ciekawości. Bo dawno już mnie tam nie było.


Nie planowałam niczego wtedy kupować - chciałam się tylko rozejrzeć, rzucić okiem na nowości, może jakąś fajną koszulę (na wiosnę już) przyuważyć.

I wtedy zobaczyłam JĄ - ogrooooooomną, kraciastą chustę!


To było zauroczenie od pierwszego wejrzenia ;)

Zakochałam się nie tylko w jej ogromności - ujęła mnie także tym, że była wełniana.
A co za tym idzie - cieplutka i mięciutka.

Musiałam, no po prostu musiałam ją mieć!

Na taką wielką chustę (albo - na wielki szal) zasadzałam się  już od jakiegoś czasu.
Niestety - jedynym sklepem, w jakim tego typu cuda widziałam, była Zara.
A na szal za 90 złotych, to zdecydowanie mnie nie stać (w sumie - nawet gdyby było mnie stać, to chyba bym tyle nie wydała ;P).

Za moją chustę zapłaciłam połowę tej "zarowej" ceny.
I tak uważam, że to dość sporo - ale tyle, to jestem jeszcze w stanie przeboleć ;)


Po tym, jak przyniosłam chustę do domu odkryłam, że bardzo fajnie wygląda z tym h&m'owym swetrem.
A nie spodziewałam się tego - wszak nieco różnią się odcieniem.

Odkryłam jeszcze coś - cudownie wygląda zamotana w roli poncza ;)
I przewiązana paskiem.
A do musztardowego golfu założona, to już w ogóle!

Jak tylko nieco się ociepli, to na pewno pokażę ją Wam w takim wydaniu - przysięgam ;)


Zdjęcia które Wam tu dziś pokazuję robiliśmy dwa tygodnie temu - w pierwszy dzień prawdziwej łódzkiej zimy ;)
Takiej z ilością śniegu większą, niż pół centymetra - do tej pory tylko tyle go raczyło co jakiś czas spadać. 

Po to, żeby za parę godzin stopnieć.

Przyznam szczerze, że zaskoczył mnie ten biały opad - i to bardzo.
Dzień wcześniej - gdy z mojego Zgierza do Leszka jechałam - było bardzo ciepło (coś koło 9 stopni) i świeciło słonko.
Wybrałam się więc w tę wielką ze Zgierza do Łodzi podróż w cienkim płaszczu... i w meloniku ;)

No bo melonik - zdecydowanie on mi do tego zestawu najbardziej pasował ;)

Dlatego nawet nie umiecie wyobrazić sobie tego, jak wielką była moja frustracja, gdy ten biały puch zobaczyłam - pokrzyżował mi on moje zdjęciowe plany ;P (co ja zrobię, że tylko w weekend mamy czas na zdjęcia, no?)
Bo jak śnieg, to czapka bardziej by pasowała...

Ale ja jestem uparta - jak coś sobie postanowię, to już to takim musi zostać ;P
I tak parę zdjęć z nim na mej łepetynie zrobiliśmy ;P
Po to, by Wam pokazać, jak cudownie się tu wpasowuje ;)


Oficerki, tregginsy i moją ukochaną Torbę Borbę już znacie - nie będę więc się o nich rozpisywać.

Nie znacie jeszcze jednak rękawiczek - kolejnego wyprzedażowego łupu.
Wypatrzyłam je w Reserved.

To pierwsze moje zimowe rękawiczki wykonane z czegoś innego, niż skóra, tworzywo skóropodobne, czy polar.

Są wełniane.

I nawet nie podejrzewałam, że takie ciepłe ;)

A... i wiecie, co Wam powiem?

Chyba polubiłam taką śnieżną zimę ;)

Może dlatego, że w tym roku nie jest tak dokuczliwa, jak w poprzednich.
Śniegu nie ma aż tak wiele, a temperatury nie spadają poniżej paru stopni na minusie ;)

Oby tylko to się nie zmieniło - oby...


Sweter - H&M
Chusta - no name (Butik Nashe w Zgierzu koło Łodzi)
Tregginsy - H&M
Melonik - H&M
Oficerki - ZIGN (Zalando)
Torba - MOMO FASHION
Rękawiczki - Reserved


Uciekam do pracy, a Wam życzę wszystkiego dobrego.

Mam nadzieję, że ci i te z Was, którzy i które mają jeszcze ferie/przerwę międzysemestralną korzystają z wolnych dni lepiej, niż ja - ja to mam tyle roboty ciągle, że dzień w dzień idę spać grubo po północy, a rano wyglądam jak zombie.

O, i tyle mam z tego "wolnego" na uczelni.

Marowa dola...

Ściskam Was bardzo i pozdrawiam,

Wasza Mar!

P.S. Dziękuję za życzenia imieninowe ;) Tak - Martyna ;) Zdecydowanie nie Marcin ani Maciej ;P