piątek, 20 marca 2015

Fedora

Za fedorą rozglądałam się dobre pół roku.


To, że dopiero teraz zostałam jej posiadaczką związane jest z moją wybrednością - a to materiał, z którego wykonane były te dotychczas przeze mnie spotykane wydawał mi się zbyt kaszaniasty, a to nie było mojego koloru (jesienią fedorę miała w swojej ofercie każda niemal sieciówka - co z tego, skoro nigdzie nie było tego kapelusza w klasycznej, czarnej wersji ;P?), a to ja nie miałam pieniędzy...

Los wydawał się być dla mnie bardziej łaskawym w grudniu - wtedy to udało mi się znaleźć fedorę i czarną, i w przystępnej cenie i z materiału znośnego.
Miała do mnie przyjechać lada dzień.
Po miesiącu czekania okazało się, że nie, jeszcze nie tym razem - magazyn zorientował się, że jednak sklep nie posiada tego produktu na stanie ;P

Nic nie wskazywało na to, że uda mi się przywitać wiosnę z nowym kapeluszem na mojej pustej łepetynie - do czasu, gdy w okolicach połowy lutego przez przypadek wlazłam do H&M'u.

Szukałam tam wtedy chyba... skarpetek (tak, znowu połowa moich skarpetowych zasobów przestała być sparowana... w mojej pralce mieszka chyba jakiś skarpetkowy potwór, który z upodobaniem zjada mi po jednej sztuce z każdej pary...).

Obecności czarnych fedor wcale się nie spodziewałam ;)

A tu proszę, taka niespodzianka ;)


Zatem - wreszcie jest! W końcu mam!

Ale spokojnie - wcale nie zamierzam rozstawać się z melonikiem ;)

Po prostu czasami będę go zastępować innym kapelusza modelem ;)


Tak - dzisiejsze zdjęcia to ta "sesja" popełniona w Dniu Kobiet, efektów której pokazania Wam nie mogłam się już doczekać w zeszłym tygodniu.

Tym razem plener nie jest parkowy, a leśny ;)

I w dodatku zgierski, nie - jak zwykle - łódzki.
Gdyby ktoś pytał - taka to okolica otacza mój dom rodzinny ;)


Zestaw który możecie tu oglądać powstał w pięć minut - pamiętam, że jak tylko otworzyłam tego słonecznego dnia oczy, to już wiedziałam, co chcę na siebie założyć.

Zwykle zajmuje mi to "nieco" więcej czasu ;P


Sweter - ciuch, z posiadania którego jestem prawdziwie dumna.
To względna nowość w mojej szafie - kupiłam go w Zarze, niemalże na dniach, u schyłku wyprzedaży.
Przeceniono go na... 29,90 ;)
Z prawie dwustu ;)


Nie mogłam się nadziwić, że taki ładny sweter uchował się do samego końca wyprzedaży - i to w stanie nienaruszonym!
O to, jak to w ogóle możliwe zapytałam Panią przy Kasie - o, Ona znała odpowiedź!


"Proszę Pani, może to zwrot, jest sobota - w sobotę zawsze jakieś blogerki przychodzą, ciuchy zwracają..."

Hm... tego tam ;P
Nie natknęłam się na niego w blogosferze, może więc wcale nie blogerka go oddać postanowiła...
Ale na wszelki wypadek bardziej roztargałam włosy i skrzywiłam się w najmniej wyjściowy sposób, w jaki skrzywić się umiem - bo jakoś tak głupio mi się po tym tekście zrobiło ;P
Nie chciałam dać po sobie poznać, że ja też mam z blogowaniem cokolwiek wspólnego ;P



Sweter oprócz pięknego koloru rozkochał mnie w sobie składem - bardzo fajna wełniana mieszanka.

Jest w niej też moher ;)

I zauroczył krojem - no bo te długie rękawy, bo idealna długość, bo fajny dekolt...


Do swetra dobrałam kamizelkę - widzieliście ją już kiedyś na mnie.
tym poście.
Kamizelkę kupiłam jesienią, w jednym z fajniejszych modowych miejsc Łodzi:


Zimą nie miałam na nią zbyt wielu pomysłów - teraz zaś noszę ją niemal codziennie ;)



Prawda, że fajna?


W dzisiejszym poście pierwszy raz (pierwszy na blogu, wcześniej chwaliłam się nią już na fanpejdżu) pokazuję Wam moją nową torebkę - zwykła, klasyczna listonoszka.

To moja pierwsza torba w rozmiarze innym, niż XXL ;P

Nie uwierzycie, ale... ładuję w nią więcej rzeczy, niż w moją wielką Torbę Borbę ;P
Nie wiem, jak to możliwe ;P

Mieszczą się w niej: parasol, kosmetyczka, portfel, moje uczelniane kajety, kilka długopisów, drugie śniadanie, komplet kluczy, flakon perfum, zestaw ładowarek, telefon, pół tony chusteczek higienicznych, e-papieros z tygodniowym zapasem liquidów, pasta do butów i wiele innych pierdół, które są mi potrzebne w codziennym funkcjonowaniu, a których często do dużych toreb nie wrzucałam.
W obawie, że... będzie mi zbyt ciężko ;P

Choć trudno w to uwierzyć - torebka ma trzy kieszenie.
I każda z nich jest naprawdę spora ;)

Buty debiutowały w zeszłotygodniowym poście.
Tym z Was, którzy go nie widzieli (a którzy ciekawi są, gdzie je wypatrzyłam) powiem tylko, że to wyprzedażowy łup z Centro.

Tym zaś, którzy poprzedniego posta czytali uprzejmie donoszę, że nadal wszystko z nimi w porządku ;P
Jeszcze się nie rozpadły ;P



Ten zestaw jest jednym z tych, w których swoim własnym zdaniem wyglądam naprawdę fajnie ;)
Nie dziwcie się więc, że tak bardzo chciałam pokazać Wam te zdjęcia ;P


Nie wiem, kiedy wybierzemy się na kolejne - jeśli te będą musiały powisieć na blogu dłużej, to przynajmniej nie będzie zbyt wiele wstydu ;P


Sweter - ZARA
Kamizelka - Top Shop (Cukier Puder Vintage Store)
Tregginsy - H&M
Szalik - H&M
Okulary  - no name
Torebka - H&M
Kapelusz - H&M
Półbuty - Centro
Rękawiczki - Reserved


Dzisiaj taki mały prezent dla Was - jakiś czas temu mówiliście, że mało pokazuję uśmiechniętych zdjęć.

No to proszę - jest i uśmiech ;)

Lecę, życzę Wam fajnego piątku, miłego weekendu, słonecznego i ciepłego pierwszego dnia Wiosny (to już jutro!!!) i wszystkiego, wszystkiego dobrego!

Pozdrawiam i ściskam,

Wasza Mar!

P.S. Dziękuję za życzenia powrotu do zdrowia - trochę mi to zajęło, ale już wróciłam do formy ;)
Co ja bym bez Was zrobiła ;)?

czwartek, 12 marca 2015

O kominie, który ponczo udawał


Idzie wiosna, mówię Wam.


Rozchorowałam się.


A ja zawsze choruję przed nadejściem złotej jesieni i pięknej, zielonej wiosny.

Ledwo zdrowieję, to one wybuchają z całą mocą.


Także - powtarzam: jeśli nie wierzycie mnie, to uwierzcie moim migdałkom ;) 



Zanim dopadła mnie ta zaraza, która jeść i oddychać mi nie daje, to sporo fajnych rzeczy mi się przydarzyło.

Żeby się nie rozpisywać - wymienię tu tylko te, które są ważne z punktu widzenia bloga albo tych informacji o mnie, które zwykle Wam w postach przemycałam ;)

Po pierwsze - parę dni temu obchodziliśmy wraz z Lechem naszą drugą rocznicę.
Nie mam pojęcia, jak Lechowi udało się wytrzymać ze mną tak długo - ale cieszę się, że tak się stało ;)

Po drugie - mam wreszcie fedorę! Tak, mam i ja! Upolowałam ją w H&M'ie.
Dobrze, że długo się nad jej zakupem nie zastanawiałam, bo po dwóch dniach ani jednej na stanie tego najczęściej odwiedzanego przeze mnie salonu nie było ;)
Pokażę Wam ją wkrótce, bo już została obfocona!

Po trzecie - pogoda dopisywała, więc w Dzień Kobiet udało nam się popełnić bardzo ładne zdjęcia (i to wcale nie w Łodzi, nie - w moim rodzinnym Zgierzu, o!)


Zdjęcia, które możecie dziś tu oglądać nie są tymi ostatnimi - o fakcie ich powstania donosiłam Wam już w poprzednim poście.
W dzień robienia ich aura nie była jeszcze tak wiosenna jak w ubiegły weekend, ale też już dość ciepło było.

Przez przypadek mogłyby nie powstać - chociaż "odkryłam" ten zestaw już jakiś czas temu, to nie wydawał mi się on na tyle ciekawy, żeby go na zdjęciach uwieczniać.


Ot, melonik - bo jak tylko w miarę ciepło się robi, to nie potrafię się z nim rozstać.
Ot, czerń - bo w czerni czuję się dobrze.

No i komin, bo ja za kominami do szaleństwa przepadam.

A, właśnie: to biało-czarne cudo, to wcale nie ponczo.
To jest komin, Moi Państwo!

I od momentu kupienia zawsze jako komin go nosiłam ;)

Ale któregoś lutowego poranka komin zsunął mi się z ramion... i wtedy zobaczyłam, że o wiele ciekawiej prezentuje się wtedy, gdy się go po ramionach rozciągnie ;)


Zatem - komin został ponczem.
Albo raczej - ponczo udawać zaczął ;)


Komin kupiłam w grudniu - znalazłam go w Reserved tego samego dnia, kiedy wypatrzyłam tam moherowy sweter z poprzedniego posta.
Urzekły mnie w nim frędzle.


Po przyniesieniu do domu i przymierzeniu komina "na spokojnie" zaczęłam mojego zakupu trochę żałować - po zamotaniu wokół szyi frędzle nie układały się już tak ładnie :(
Jakoś się z tym pogodziłam, ale ciągle żal mi było - tego, że nie mogę ich zaprezentować światu w pełnej krasie.


Jednak - jak widać na załączonych zdjęciach - noszenie go w charakterze narzutki całkowicie problem złego układania się frędzli likwiduje ;)
Dyndają modelowo ;)


W dniu, w którym robiliśmy zdjęcia postanowiłam przewiązać "narzutkę" paskiem.

Tak, to patent podpatrzony w blogosferze ;)

Na kilku fotach efekty tego wiązania możecie dostrzec ;)

Zdecydowałam się na cienki, skórzany pasek, bo gruby za bardzo ściskał moje "ponczo" - wtedy materiał nieładnie marszczył się na ramionach.

Powiem szczerze, że całkiem mi się to połączenie podoba - ale jakoś tak mało mi w tym pasku wygodnie ;P

Dlatego też w pewnym momencie pozbyłam się go - bez żalu ;)
Stąd też reszta zdjęć jest bezpaskowa.


Torbę, tregginsy, melonik i rękawiczki znacie już dobrze - często gościły w moich poprzednich wpisach.
Nowością na blogu są buty.

Jak to się na nie mówi?
Oksfordki, tak?

Dla mnie to są po prostu półbuty ;P


Powiem Wam jedno - nigdy w życiu nie sądziłam, że kiedykolwiek będę miała coś takiego na stopach.
No dobra - coś w ten deseń nosiłam w czasach, kiedy to z kostką i we flanelowych koszulach po łódzkich ulicach pomykałam.
Czyli - jakieś dziesięć lat temu.
Ale tamte miały bardziej masywną podeszwę ;P

Tego typu butami zauroczyłam się pod wpływem "stylizacji" oglądanych ostatnio w blogosferze i na różnych modowych portalach.

Coś mają w sobie takie "męskie" buty, nie wiem co - ale przyciągają ;)

Ten konkretny model wpadł mi w oko w czasie jednego z pobytów w Manufakturze.

Wychodziliśmy akurat z Lechem z Leroy Merlin - obok Leroy Merlin jest Centro.

Byłam w tym sklepie wcześniej raptem dwa razy w życiu i zawsze miałam wrażenie, że wieje tam tandetą ;P
Ale wtedy coś mnie podkusiło - wlazłam.

Półbuty stały sobie niemal przy wejściu.
Z początku wcale mi się nie podobały (no bo szpic? Mar, serio? szpicem straszyć będziesz?).

Ale kiedy je przymierzyłam...

Trochę się bałam kupować cokolwiek w Centro - moja mama nabyła tam kilka par obuwia i każda z nich dość krótki żywot wiodła.
Pocieszam się, że te kosztowały grosze (żal nie będzie), a póki co - wszystko z nimi w porządku ;P

Jednak planuję upolować gdzieś podobny model - ze skóry.
I już nie ze szpicem - z klasycznym, trochę migdałowym noskiem.

Wstępnie wybór padł na Conhpol - tak wygląda ich oferta półbutów damskich: klik!

Ktoś coś o ich butach wie? Nosił ktoś? Proszę o opinie!


Gdybyście pytali i pytały o miejsce, w którym robione były te zdjęcia: jest to ten sam plener, w którym popełniliśmy inne "frędzlowe" foty (o, te) - łódzki Park Staromiejski, Parkiem Śledzia zwany.


Latem jest o wiele ładniejszy, ale za to latem nie mogłabym sobie spacerować... w tamtejszej fontannie ;)

A teraz mogę ;)


(Tak, to naprawdę fontanna - daję słowo!)


Golf - no name (second-hand)
Komin/Ponczo/Narzutka - Reserved
Tregginsy - H&M
Półbuty - Centro
Melonik - H&M
Torba - Zara
Rękawiczki - Reserved
Pasek - H&M


Spadam - choroba, nie choroba, do pracy trzeba iść.


(Tak poważnie, to wcale nie trzeba - gdybym chciała, to mogłabym zostać w domu...
Ale lubię moją nową pracę i zawsze mi trochę smutno, kiedy z jakichś powodów nie mogę do niej dotrzeć ;P)


Zostawiam Was więc z postem i życzę wszystkiego dobrego - tym razem ściskać Was nie będę, bo chyba zarażam ;P

Pozdrawiam serdecznie,

Wasza Mar!


P.S. Plany zmiany szablonu utknęły w martwym punkcie - nawet nie idzie o to, że nie mamy na to z Leszkiem czasu.

Po prostu nam się nie chce.

Bo ja jestem takim szczegółowcem, że widżecik musi mieć równiutko tyle i tyle pikseli, być na karcie w tym i tym miejscu, ta literka powinna dotykać do tej linii, a tamta - do drugiej.

Za dużo mam wymagań ;P

Póki co - wprowadziłam trochę zmian w tym szablonie.

Dodałam "ikony socjalu" zamiast widżetów.

(Spodobało mi się to określenie, gdzieś na fejsie znalezione :D
choć początkowo jak myślałam "ikony socjalu", to miałam przed oczami Pana Zenka, alkoholika, lat 60 i Pannę Andżelinę - oficjalnie samotną matkę trójki dzieci, lat 21, ledwo koniec z końcem wiążącą, a nieoficjalnie konkubinę Pana Macieja, lat 30, na Wyspach gładź kładącego i nowym SUV'em się po tychże rozbijającego :>)

 Wywaliłam też niektóre elementy goszczące do tej pory na bocznym pasku.

W ten weekend planuję powalczyć z dodawaniem funkcji zwijania tekstu w postach :>
Jak wejdziecie tu na dniach i okaże się, że blog nie istnieje, to będzie znak... że za bardzo namieszałam ;P

środa, 4 marca 2015

Ostatni zimowy?

Przyznaję - nie było mnie tu trochę.


Przyczyna?
Prozaiczna - nieco obowiązków zwaliło mi się przez ostatni tydzień na głowę.
I nie, nic z uczelnią związanego.
Zajęć i nauki mam mało (póki co - pod koniec marca rozkręci się ta machina na poważnie, jak zaczną mi się kolejne praktyki... tym razem kliniczne).

Praca.
Parę zleceń dodatkowych.
I parę okazji do tego, by trochę "bonusowego" grosza do portfela wpadło.

Grzechem było zleceń tych nie przyjąć - musiałam więc się z tego wywiązać, napisać co trzeba, porozliczać się.

Stąd też przerwa.

Przez czas mojej w blogosferze nieobecności sporo rzeczy się wydarzyło - na przykład "Ida" zdobyła Oskara (a co za tym idzie - Polska usłyszała o moim rodzinnym Zgierzu ;P
No, kto z Was nie słyszał/nie czytał o bezpańskim psie, który w czasie kręcenia paru scen filmu w zgierskich plenerach na taśmę się załapał?
Tak, tym samym, któremu poprzez rozliczne portale internetowe i serwisy telewizyjne szukano domu ;)?
A, widzicie ;)
Zapewne mało kto ;P

Więc tak, część ujęć "Idy" powstała w Zgierzu i Łodzi - nie wszystkie, rzecz jasna, i nie te najładniejsze.
Ale coś na kształt dumy mnie rozpiera i tak, skłamałabym, gdybym powiedziała, że tak nie jest ;>).

Stopniały też śniegi.

I upadł FashionWall.

FashionWall'a szkoda mi bardzo - miałam do tego portalu spory sentyment.
Lubiłam jego klimat, tak bardzo różny od panującego w innych miejscach jego pokroju.

To tam poznałam większość z Was.
Gdyby nie FashionWall, to nigdy zapewne bym do części z Was nie trafiła (blogów jest tak dużo, że to wcale nie jest takie nierealne - bądźmy ze sobą szczerzy i szczere).

Śniegu - nieco mniej.
Aczkolwiek nie przeczę - jest fotogeniczny.
O wiele bardziej od brudnych chodników, które każdego przedwiośnia każą mi doskonalić moje umiejętności slalomowe.


Nie sądzę, żeby ponowny śniegu opad był tej wiosny możliwy.
Chociaż... zatrważa mnie chłód, jaki ciągle czuję w powietrzu.
Pamiętam, oj, pamiętam marzec i kwiecień sprzed dwóch lat... i bardzo bym nie chciała, żeby tamten sajgon ówczesny próbował nawet się powtórzyć.

Liczę więc, że dzisiejsze zdjęcia będą ostatnimi przed listopadem/grudniem, na jakich będzie mi dane raczyć Was śniegiem w tle.

Tak, traktuję ten post jako pożegnanie z zimą.

Idź sobie, Zimo - mam Cię już dosyć!

Tak jak lubię ciepłe i miękkie swetry, tak zaczynam się już w tych wszystkich wełnach i bawełnach grubych dusić.
Ciepła chcę, słońca łaknę!


Przez krótki dosyć moment wahałam się, czy w ogóle dopuszczać te zdjęcia do publikacji - nie dlatego, że mi się nie podobają.
Wcale tak nie jest, uważam je za całkiem udane.
Po prostu - wstyd mi trochę było, że niektóre z Was wyległy już na ulice w pantofelkach i cienkich płaszczykach, ogłaszając wiosny nadejście, a ja tu ciągle w swetrowych klimatach, mało na czasie taka.

Ale zaraz się zmiarkowałam - ejże, Mar!
Przecież zimno być nie przestało!
Jak najbardziej - pogoda nadal jest na swetrów noszenie odpowiednia.
I długich butów również - bo we wszystkich z krótszymi cholewkami nogi marzną wciąż.
I to bardzo.

Zatem - żadne tam faux pas, żadne tam "nie wypada".

Kto odwiedza mojego fanpejdża, ten pamięta ten sweter - chwaliłam się, że go upolowałam (tu).
Dumną byłam z faktu, że udało mi się go swego czasu na wyprzedażach dorwać - zachwycił mnie jego skład (70% moheru, 30% wełny - choć moher to też wełna ;P).
No i cena - cena też była fantastyczna (całe 40 złotych - przyznacie, że jak na sweter tej jakości, to są to grosze).

W rzeczywistości sweter wcale nie jest biały - jest kremowy, beżowy.
Na naszych zdjęciach jednak wyszedł o wiele jaśniejszy, niż jest naprawdę.

Chociaż od dnia zakupu jestem w nim zakochana, to staram się go oszczędzać - z moim talentem do brudzenia i plamienia jasnych rzeczy zbyt często noszenie go może zakończyć się trwałą zmianą jego koloru.

Od samego niemal początku goszczenia tego moherowego cuda w mojej szafie zakładam go na którąś z szyfonowych koszul - mam w czym w tej kwestii wybierać, jednak najchętniej łączę go właśnie z koszulą z dzisiejszego posta.


Dlaczego?
Dlatego, że podoba mi się to, że ma dłuższy tył.
I że tył ten spod swetra wystaje.


W grudniu bodajże raczyłam Was innym zestawem z moherowym (tyle, że czarnym) swetrem i z tego typu koszulą.
Już wtedy pisałam Wam, że takie połączenia "na żula" darzę ogromną sympatią ;)


Jako, że lubię, kiedy chociaż dwa elementy jakiegoś zestawu, który na sobie mam utrzymane są w tej samej tonacji kolorystycznej, to i w dniu, w którym robiliśmy wraz z Leszkiem te zdjęcia postanowiłam "dołożyć" do swetra jakiś jasny dodatek - wybór padł na ten futrzany komin.

Komin podkradłam mamie - przyniosła go do domu już w zeszłym roku.
Kupiła go bodajże w zgierskim Textil Markecie (to taki nieco tańszy odpowiednik Pepco - rzadko tam zaglądam, bo na ogół jedyne znośne jakościowo rzeczy, jakie można tam dostać, to skarpetki i bielizna).
Milutki jest.
I ciepły.

(Na powyższym zdjęciu widzicie, że moherowy sweter ma jedną, wspólną wszystkim swetrom wykonanym z tej wełny wadę - linieje.
Tak, kiedy go zakładam, to nie ruszam się z domu bez rolki do czyszczenia ubrań.
Ale jakoś już się do tego zdołałam przyzwyczaić, nawet mi to nie przeszkadza ;P)



Tak, jak te poprzednio Wam pokazywane, tak i te zdjęcia zrobiliśmy z Leszkiem w "nowej", mało typowej dla naszych "sesji" lokacji - to łódzki Park na Zdrowiu.
Nigdy wcześniej nie było okazji ku temu, by wybrać się tam na zdjęcia, bo nieco daleko na Zdrowie mamy - było, nie było, to drugi koniec Łodzi jest ;)
Jednak w dniu robienia tych zdjęć mieliśmy w tej odległej od naszych rewirów okolicy coś do załatwienia - pogoda była piękna, szkoda było nie popełnić paru fot ;)


Sweter - Reserved
Koszula - H&M
Tregginsy - H&M
Komin - no name (Textil Market)
Oficerki - Lasocki (CCC)
Torba - MOMO FASHION
Rękawiczki - Reserved
Melonik - H&M

Wspominałam na fanpejdżu, wspomnę o tym i tu - są plany modernizacji szablonu bloga.
Założyłam, że nową odsłonę Lilly Marlenne by Mar będziecie podziwiać na
100 000 wyświetleń.
Jeszcze nie wiem, czy  do tego czasu uda nam się wyrobić z realizacją tego celu - ale wiedzcie, że w wolnych chwilach próbujemy to z Leszkiem ogarniać ;) 


Uciekam! Życzę Wam fajnego weekendu, ciepła tak na zewnątrz, jak i w środku i dużo, dużo uśmiechu!

A - kolejny wpis będzie już zdecydowanie bardziej wiosenny.
Udało nam się w miniony weekend upolować parę słonecznych chwil - zdołałam też założyć lżejsze nieco buty.
Niestety - był to jedyny dzień, kiedy było to możliwe :(

Szkoda...

Ściskam mocno, Wasza Mar!


P.S. Nie, nigdy więcej nie piszę nic na temat pogody.
Posta pisałam dla Was w poniedziałkowy wieczór, żeby nie musieć robić tego na ostatnią chwilę i byle jak.
Zgadnijcie, co ukazało się moim oczom w okolicach wtorkowego  ranka?
ŚNIEG!!!
Znowu spadł!!! Wykrakałam, Jezusie, Maryjo, dlaczego???

:(:(:(