środa, 29 kwietnia 2015

Cause I am a sister to the old wild goose...

Bo to było tak - weszłam sobie któregoś marcowego popołudnia (dziś już nawet nie pamiętam po co) do jednego z łódzkich H&M'ów, łaziłam pomiędzy tymi regałami i wieszakami bez ładu, składu i celu, łaziłam, łaziłam dalej...


Aż nagle (na jakichś resztkach "sejli") zobaczyłam JĄ - patrzyła na mnie (z ukosa, nieufnie) i zdawała się mówić:


"No to bierzesz mnie, czy nie bierzesz?

Bo wszyscy się tak na mnie tylko patrzą i patrzą, a brać nie ma komu...

Już nawet na wyprzedaży wylądowałam, a nadal kupców nie ma!"


Tak, Moi Drodzy - mowa o tej uroczej Gęsi ;)



Nie wiem, czy gdyby przed tym dniem ktoś mi powiedział, że kiedykolwiek sprawię sobie sweter z gęsią, to bym mu uwierzyła ;)
Szczerze wątpię ;)


W każdym razie - jak tylko Ją zobaczyłam, to jednego byłam pewna: jeśli nie zabiorę Jej do domu, to nie zasnę ;P
I będę sobie wyrzucać, że pozwoliłam Jej zostać - samej, biedactwu! - w tym wielkim sklepie.

Tym, że sweter na której ktoś ją wyszył jest L-ką a nie XS-ką w ogóle się nie przejmowałam.

Kto by tam zwracał uwagę na pierdoły ;)

No i tak sobie teraz koegzystujemy - ja i Gęś.
Ona gęga, ja marudzę.



Gęsi uchodzą za wyjątkowo wredne ptaki - jak coś im się nie spodoba, to szczypią ile wlezie.
No i hałasują.

Ja też (jak ktoś mi zajdzie za skórę) potrafię "uszczypnąć" ;)
A mówię dużo i głośno - w pewnym więc sensie znalazłam bratnią duszę ;)


Dopiero od paru dni jest dość ciepło - nie zdążyłam więc ponosić mojej ptasiej zdobyczy tak, jak planowałam, gdy ją kupowałam: z czarnymi/granatowymi szortami, zakolanówkami i trampkami na platformie.

Ale opracowałam na nią inny patent - ten, który możecie oglądać w dzisiejszym poście.




Pod sweter zakładam koszulę (w kolorze zbliżonym do części upierzenia Gęsi), wyciągam jej na wierzch kołnierzyk, na "dół" wdziewam moje ukochane tregginsy, a na stopy sztyblety.
Dobieram do tego Torbę Borbę (tak, kto nie jest ze mną od ubiegłorocznego września, tego pragnę poinformować, że tak ten wielki worek nazwała projektantka od której go kupiłam - MOMO FASHION), bo mała torebka wydaje mi się wyglądać dziwnie przy tym wielgaśnym swetrze.


Melonik nie zawsze noszę.

Gęś przyciąga tu uwagę na tyle, że nie za każdym razem chcę rzucać się w oczy jeszcze bardziej.

Ale tamtej soboty - gdy wybraliśmy się z Moim Osobistym Fotografem na spacer po łódzkim Parku Staromiejskim (dobra, w Łodzi nikt tak na niego nie mówi - każdy nazywa go "Parkiem Śledzia"... a dlaczego, to już sobie sami doczytacie - w google wpiszcie ;)) - uznałam, że bez melonika wyglądam jak bez ręki.
Tak... nie po swojemu ;P
Stąd i on tu ;)


Swoją drogą - tę koszulę miałam Wam już pokazać rok temu.
W wersji mniej zakrytej.


Koszula jest jednym ze starszych ciuchów w mojej szafie.
Mam ją chyba... jakieś dziesięć lat.
Wyszperałam ją w jednym ze zgierskich lumpeksów jeszcze w czasach, gdy biegałam w glanach i z wojskowym plecakiem.

Jest dość krótka, taka do żeber.
Wiązana u dołu.

Ze świetnej jakościowo bawełny, która na pierwszy rzut oka wygląda jak len.

W zeszłe lato nosiłam ją do dżinsów z wysokim stanem i bardzo chciałam Wam to połączenie pokazać.
Niestety - zawsze, kiedy planowałam wybrać się w tym zestawie na zdjęcia, to albo pogoda się psuła i szło w nim zamarznąć... albo coś nam wypadało.
I kiedy mieliśmy czas na łażenie z aparatem po mieście, to akurat byłam ubrana w coś zupełnie innego.


Także - może w tym roku uda mi się go uwiecznić ;)

Trzymajcie kciuki ;P


Melonik - H&M
Żakardowy sweter - H&M
Koszula - no name (second-hand)
Tregginsy - H&M
Torba - MOMO FASHION
Sztyblety - ZARA


Jak zapewne wiecie (bo wierzę, że wszyscy i wszystkie z Was śledzą mojego fanpejdża - z zapartym tchem :>) miniony weekend spędziłam w Częstochowie.
Tak, jak poprzednia moja wizyta w tym mieście nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, tak po tej jestem już zdecydowana - jeśli miałabym się gdziekolwiek przeprowadzać z tego mojego łódzkiego, to tylko tam!

Zakochałam się w tym mieście!

Ono jest jakieś takie... bardziej gościnne od Łodzi.

Lecę do pracy!
Miłego dnia dla Was!

Pozdrawiam,

Mar.

(Gęś też pozdrawia - gęga z szafy)


P.S. A gdyby ktoś był ciekaw, skąd wzięłam taki a nie inny pomysł na tytuł posta, to tu jest nagranie, którego fragment nieco... sparafrazowałam ;)


Tak, zupełnie nie moje klimaty ;)
Ale warto było je znać - przynajmniej raz wrzuciłam tu coś o bardziej oryginalnym tytule...

P.S. (2) Moda i Takie TamBambi BOHOViosna - dzięki wielkie za to, że trochę się przyczyniłyście do tego mojego w Częstochowie zakochania ;)

Oczywiście, że to dla Was głównie chciałabym tam zamieszkać ;P

Kolejny weekend spędzony w świetnym towarzystwie!

wtorek, 21 kwietnia 2015

Barokowy

Kto zagląda na mojego fanpejdża ten zna historię pojawienia się tego swetra w mojej szafie.

 

Kto nie zna - temu w paru słowach ją nakreślę: odkupiłam go od Pauli z bloga Moda i takie tam.


Obwieściła, że szafę wyprzedaje - pod link z aukcjami zajrzałam, z miejsca się zakochałam, nie szło nie wziąć ;)


To był dobry zakup - tak, poschlebiam sobie trochę, ale dumna jestem z tego, że doszłam już do pewnej wprawy w dość szybkim oszacowywaniu, czy rzecz na jaką się porywam będzie na mnie leżeć dobrze, czy wpasuje się w zawartość mojej szafy i czy będę się w niej (co jest dla mnie zawsze najważniejsze) czuć "swojo".


Jak tylko zobaczyłam zdjęcia tego swetra na allegro i blogu Pauli, to już miałam na niego pomysł - wiedziałam, że solo nie będzie prezentował się na moim marowym ciałku jakoś spektakularnie.

Co innego w połączeniu z koszulą - białą albo czarną.


Wersję z czarną koszulą przetestowałam w pierwszej kolejności - wyszło... poprawnie.
Skromnie - czerń stonowała strojność barokowego wzoru.

Ale brakowało temu połączeniu jakiegoś pazura, czegoś, co przyciągnie wzrok.

Szybko zorientowałam się, co jest grane.

Ta koszula z którą chciałam go nosić miała po prostu zbyt krótki kołnierzyk - wystawał tylko tyle o ile.
I zbyt drobne mankiety - nie dało się ich wyciągnąć na rękawy swetra.
A tak właśnie widziałam tę całość.


Zagłębiłam się więc w czeluści mojej szafy w poszukiwaniu białej koszuli.
Tę, którą planowałam założyć zagrzebałam tak głęboko, że do niej nie dotarłan.
Dokopałam się za to do innej - porzuconej lata temu, bo za dużej o dwa rozmiary (prezent od mamy - dobrze chciała... wiecie, ja zawsze doceniam dobre chęci ;)).


Oj, jakie ona miała mankiety!
Duże, "fabrycznie" już wywijane.

Kołnierzyk też posiadała zacny - taki o wydłużonych szpicach.

To było to!


Dorzuciłam kamizelkę, w rękę złapałam moją ukochaną ostatnio listonoszkę, na nogi wdziałam półbuty a na głowę zarzuciłam melonik - po spojrzeniu w lustro wiedziałam, że to 100% mnie ;)


Z tego zestawienia uczyniłam nawet mój tegoroczny "outfit" wielkanocny - pojechałam w nim na obiad do rodziców Leszka.
Żadne tam uroczyste przyjęcie - po prostu obiad w większym gronie.
Wstydu nie było.

Ani dzieci siostry mego Lubego ani koty jego rodziców ode mnie nie uciekały - straszyć więc też raczej nie straszyłam ;P 


Tej Wielkanocy obrodziło śniegiem.
Trochę jest w tym mojej winy - nie wiem czy Wam mówiłam, ale każde moje życzenie ZAWSZE się spełnia.
Tyle, że z opóźnieniem.
Więc skoro w grudniu prosiłam o śnieg na Święta, to dostałam go - w kwietniu :>


W Lany Poniedziałek ten prawdziwy, biały i puszysty śnieg zdążył już stopnieć, ale co i rusz z nieba leciało coś na kształt deszczu ze śniegu domieszką.
Warunki do zdjęć nam nie sprzyjały - wybitnie.
Prawie tak, jak w dzień wizyty w Częstochowie (na nasze problemy z robieniem blogowych zdjęć w tym Świętym Mieście żaliłam się w poprzednim poście, tu: klik!) ;)

Ale co tam - grunt, że tło pasujące kolorem do wzorów na swetrze znaleźliśmy ;)

Tak, myślę o tym niebieskim mostku ;)


Melonik - H&M
Sweter - no name (od Moda i takie tam
Koszula - Reserved
Kamizelka - Top Shop (Cukier Puder Vintage Store)
Spodnie - H&M
Listonoszka - H&M
Półbuty - Centro 


Post miał się pojawić przed weekendem, ale że sporo z Was żyło FashionPhilosophy Fashion Week Poland, to spodziewałam się, że mało kto będzie miał czas na łażenie po blogach ;)

Poza tym - gościłam u siebie poprzednią swetra właścicielkę!
Tak, Paula mnie odwiedziła!
Na tydzień przed wydarzeniem podjęła decyzję o przyjeździe - gdy tylko się o tym dowiedziałam, to od razu zaproponowałam jej, żeby na czas FW zatrzymała się u mnie i Leszka!

Cośmy sobie poplotkowały, cośmy dobrych rzeczy w Pan Kejk'u pojadły, co się pośmiałyśmy - to nasze!

Paulinko, jeszcze raz cieszę się, że mogliśmy Ci ułatwić pobyt w Łodzi.
I nie mogę się doczekać weekendu - tym razem to my po raz już drugi wybieramy się do Częstochowy.

Oj, przyzwyczaję się do Ciebie i potem będzie mi smutno, słowo daję :(


A właśnie - wytłuszczę to.

Słuchajcie, jeśli jeszcze któraś z częstochowskich blogerek chciałaby się ze mną spotkać, to piszcie do mnie - odzywajcie się tu, na fejsbuku lub w mailach!
Będziemy tam z Lechem od piątku do niedzieli, więc przy pomyślnych wiatrach uda mi się spotkać ze sporą ilością osób ;)


Zawsze życzyłam Wam udanego weekendu, bo to zwykle przed nim pojawiają się nowe posty - mamy jednak początek tygodnia.
Tym razem więc życzę Wam... siły woli ;P
I sobie też.
Przyda się - bardzo.

Do tego, żebyśmy jakoś razem dali radę przeżyć go i jakoś dokulać się do piątku :>

Mnie będzie potrzebna szczególnie, bo znowu dopadło mnie jakieś wirusowe paskudztwo i nie wiem, jak wytrzymam dziś w pracy.

Pozdrawiam i ściskam,

Wasza Mar!


P.S. Przepraszam wszystkich, z którymi miałam się spotkać w czasie jednego z niedzielnych pokazów (a raczej po nim) na FW - musicie mi wybaczyć, kaszlę jak stary gruźlik, z nosa mi się leje i pierwszy raz od sześciu lat mam gorączkę.
Naprawdę, przeleżałam całą niedzielę w łóżku i jedyny outfit jaki był mi w głowie, to moja własna piżama.

Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z Was nie mieści się w głowie, że można dobrowolnie zrezygnować z pójścia na Fashion Week (chociaż na chwilę).
A jednak ;)

Nigdy nie ukrywałam tego, że jestem dziwna ;P

P.S. (2) Nie mogłam się powstrzymać!


Musiałam wrzucić "pamiątkową" fotkę z Paulą ;)

sobota, 11 kwietnia 2015

Angora, zakolanówki i stan niepogody

Spośród wszystkich czynności związanych z blogowaniem najbardziej w świecie nie znoszę robienia zdjęć - nic mnie tak nie złości jak moment, w którym trzeba popełnić materiał fotograficzny do kolejnego posta.


Może się komuś narażę, może ktoś sobie o mnie coś złego pomyśli, ale tak - nie cierpię.

Wtedy jak na złość zawsze "pancerna" bluzka/spódnica musi się wygnieść, buty muszą się ubrudzić (bo chwilę przed wyjęciem aparatu z torby wlezie się w największą w okolicy kałużę), nagle doznaje się olśnienia, że ciuchy, które w domu/do tej pory tak nam się podobały razem wyglądają tragicznie, a na domiar złego ulubiony płaszcz ma wielką plamę po czymś pysznym, nie wiadomo od jak dawna na nim goszczącą.
Oczywiście - to wszystko wychodzi na jaw już po zdjęć zrobieniu, kiedy wróci się do domu, kiedy myśli się, że problem z głowy, że wyprawa sukcesem zakończona....

No i samo to wybieranie miejsca na zdjęcia - wyrzuty sumienia, że idziesz na łatwiznę, bo ile razy można park koło bloku wybierać, lepiej gdzieś dalej pojechać...
Ale jeśli nigdzie dalej akurat się nie wybierasz, to co?
Poniechać zdjęć robienia?
Przecież na blogu wszyscy już nowego posta się domagają, bo poprzedni napisany został tydzień temu...

(A są - o zgrozo - też tacy czytelnicy, którzy po dwóch dniach nowości się domagać zaczynają ;P)


Jeszcze kiedy jest ciepło, bo akurat lato w pełni, kiedy się człowiek nie musi martwić tym, że w czasie tego nieszczęsnego "focenia" na łeb pada, a wieje tak, że nawet najtęższym dębom w parkowej alejce gałęzie się zginają, to pół biedy - ujdzie.
Słonko zaświeci, plamy prześwietli, od zagnieceń uwagę odwróci, pięknym plenerem się zachwyt czytelnika wzbudzi...

Ale gdy jest zimno, buro, z nieba siąpi coś, o czym na początku myślisz że jest mżawką, a po pięciu minutach przemienia się w grad albo śnieg z deszczem, to trzeba być albo istotą wyjątkowo mrozoodporną/deszczoodporną albo totalnym narcyzem, żeby pozując do zdjęć (zwłaszcza, gdy jakieś niedostatki stroju już się odkryć zdążyło i jasnym jest, że dobre te zdjęcia nie będą, więc daremne te trudy i niewygód znoszenie...) nie poczuć się jak idiota - wszak kto żyw, ten do wnętrza jakiegoś się chowa albo parasol przynajmniej rozkłada.
A Ty, Blogerko, stoisz na środku ulicy/alejki/placu i uśmiechasz się do swojego Fotografa miną z gatunku "nas*ał w kieszeń" - oboje udajecie, że jest okey, damy radę.

Zrezygnować nie idzie.

Przecież w pozostałe sześć dni w tygodniu pracujesz, uczysz się albo odpoczywasz - w międzyczasie musisz ogarniać też jakieś inne sprawunki.
Nie siedzisz wystrojona każdego dnia w to samo i nie czekasz, aż zza chmury wyjdzie słońce.
Ktoś, kto Ci robi zdjęcia też ma swoje obowiązki.

Dlatego, kiedy przychodzi sobota/niedziela idziesz na zdjęcia - co by się nie działo.
Nawet grad Ci nie jest strasznym!
Sukienkę, kapelusz albo płaszczyk trochę pogniecie, ale od czego jest PhotoShop - wyprasuje się :>

Zdjęcia na blogu muszą się pojawić - choćby świat się miał skończyć!
Inni i inne wrzucają - chcesz być gorszą?
No weeeź...


Trochę ironii jest w tych słowach, ale tak to właśnie widzę.
Dzisiejsze zdjęcia to jedna z dwóch ostatnio popełnionych sesji, które miały wyjść bajeczne, ale coś poszło nie tak.
Kolejna, to świeżynka z drugiego dnia Świąt - ale o tym, jak to śnieg nas zaskoczył posmęcę, gdy ją tu wrzucę.
Za tydzień ;)


Te zrobiliśmy w czasie naszego z Lechem pobytu w Częstochowie.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z Łodzi pogoda była cudna - owszem, upału nie było, ale niebo - czyste, wiatru - zero. Słońca - mnóstwo!

Nie spodziewaliśmy się, że w ciągu dwóch godzin wszystko zmieni się o 360 stopni, wiosna przemieni się w jesień, a temperatura obniży się znacząco.
Nieświadomi tego, co się święci nie spieszyliśmy się więc i żeby nie psuć sobie humoru ani nie opóźniać wyjazdu postanowiliśmy cyknąć parę zdjęć już na miejscu.

Częstochowa powitała nas deszczem, wiatrem, niesamowitą zimnością i potężną burością.
Byliśmy zaproszeni na obiad/kolację u przyjaciół Leszka - nie mieliśmy czasu na czekanie w samochodzie, aż chmury będą raczyły iść sobie w stronę Zagłębia albo gdzieś dalej jeszcze.

Robienie zdjęć kolejnego dnia też nie wchodziło w rachubę, bo ja miałam się spotkać z Pauliną i Ewą, Lechu - z kolegą ze studiów.
Choć oboje wiedzieliśmy, że niewiele dobrego z tego wyjdzie - poszliśmy na żywioł.

Jak to zwykle bywa - jak masz na zrobienie czegoś pięć minut, to małe są szanse na to, że zrobisz to dobrze.
Jak już wróciliśmy do Łodzi i zgraliśmy zdjęcia, to złapałam się za głowę - choć zestaw, który miałam na sobie tego dnia w lustrze wyglądał bardzo fajnie, to po dwugodzinnej podróży autem przestał prezentować się już tak dobrze.
Sukienka mi się wygniotła, zakolanówki okazały się prześwitujące (uprzedzając pytania - tak, one prześwitują nawet, gdy opuści się je niżej... ich góra wykonana jest z nieco "luźniejszej" przędzy...
widząc je w sklepie bardzo się tego efektu bałam, ale ekspedientka wmówiła mi, że różnica będzie minimalna... bardzo żałuję, że ta Pani już tam nie pracuje, bo pokazałabym jej te zdjęcia :]), jedna zsunęła się niżej od drugiej, a chustkę zawiązałam krzywo - bo wiatr mi ją rozchełstał, a lusterko zostało w aucie.
Pal licho sukienkę - wygniotła się z tyłu, od przodu można było zrobić jakieś zdjęcia....

Tylko w teorii - wiało tak bardzo, że rozstać się z kurtką na dłużej, niż parę sekund było fizyczną niemożliwością.

Nie jestem więc zadowolona z tej "sesji" - a bardzo chciałam Wam pokazać ten zestaw, bo jest kolejnym z typowo "moich", choć nie kompletowałam go ostatnio.
Odkryłam go jesienią, wtedy to do zakolanówek dobierałam moje wysłużone już nieco muszkieterki (o, te tutaj).
A zamiast fedory na głowie miałam melonik.
Wiosną muszkieterki zamieniłam na półbuty, fedora także wydaje mi się bardziej od melonika tu pasować.

Uwielbiam ten sweter.
Kupiłam go baaardzo dawno temu, chyba jeszcze w liceum - wypatrzyłam go w jednym ze zgierskich lumpeksów.

Wykonany jest ze świetnej jakościowo mieszanki - jest tam nie tylko mój ukochany moher, ale i angora, którą lubię, bo grzeje bardzo.
Angory jest tam zresztą najwięcej - co dziwi, bo sweter nie linieje zbytnio ;)

Uwielbiam nosić go do tej sukienki, uwielbiam łączyć go z tą też chustką.
Wydaje mi się, że te brązy na niej dodają całości takiego pazura w stylu niby-country.

Chustka już raz gościła na blogu - tu ją pokazywałam.

Pamiętam, że przy robieniu tamtych zdjęć pogoda też płatała nam figle.
Może to jej wina?
Może to ona jakiegoś pecha przyciąga?

Pomimo próśb Leszka - nie zdecydowałam się na ponowne obfocenie zestawu.
Po tej częstochowskiej przygodzie serce mi umarło i ostatnio nie mam na niego nastroju.
To raz.
Dwa - mam taką zasadę, że jak zdjęcia nie wyjdą, to ich nie poprawiamy.
Trąci mi to sztucznością i strojeniem się specjalnie do nich - a tego, to ja nie lubię.

Leszek się śmieje, że ta spsuta pogoda, to jest kara boska - kto to widział paradować w zakolanówkach po parkach pod Jasną Górą ;P
Może coś w tym jest - ale uwierzcie, mając kilka tylko chwil na cały ten proceder nie mieliśmy czasu na szukanie innej miejscówki.
Zostawała jeszcze Aleja NMP, ale tam się jakiś targ przedwielkanocny rozlokował i tylu ludzi, ile nań naszło, to Lechu by nie zdołał nawet w PhotoShopie porozmywać ;P


Kurtka - H&M
Sweter - ZARA (second hand)
Sukienka - H&M
Chustka - z szafy babci
Rajstopy - Gatta
Zakolanówki - Gatta
Rękawiczki - Reserved
Torebka - H&M
Kapelusz - H&M
Półbuty - Centro

Szykuje nam się kolejny weekend w Częstochowie - może wrócimy do tych parków jeszcze, może coś lepszego z tego wyjdzie, trzymajcie kciuki ;)

Uciekam, zostawiając Was z tym postem nie bez uczucia niedosytu - ale może nie będzie źle, zdjęcia które udało się nam z tej wyprawy uratować jakoś tam się prezentują, może je zaakceptujecie ;)

Lecę do pracy (tak, w sobotę...), miłego weekendu Wam życząc!

Ściskam,

Wasza Mar!

P.S. Tak, wiem - słowo "angora" budzi duży niesmak ekologów i miłośników zwierząt.
I mnie doszły słuchy na temat tego, jak niektóre sieciówki pozyskują wełnę z królików angorskich - ale skoro tyle już lat temu sweter ten do domu przyniosłam, to przecież go nie wyrzucę, skoro całkiem dobrze wygląda.
To też by było mocno nieekologiczne zagranie.

Istnieje też spora szansa na to, że w latach, w których sweter został wyprodukowany odbywało się to wszystko zgodnie z zasadami i żaden królik nie ucierpiał.

Tym się pocieszam.

czwartek, 2 kwietnia 2015

The Old Routine

   

Jest jakoś u mnie... tak jak zwykle, jak dotąd - na zachodzie bez zmian, cytując klasyka.

 

I w kwestii tego, co noszę i w kwestii tego, co się u mnie wydarza.

  


 Ta konsekwencja ubraniowa której ostatnio jestem dość wierna nawet mnie cieszy -  coraz rzadziej miewam już problemy z gatunku: "co dziś na siebie włożyć?".

Przez kilka poprzednich tygodni udało mi się skompletować z zasobów mojej szafy kilka zestawów, w których jest mi naprawdę "swojo" i które może są mało odkrywcze - a nawet i wtórne nieco - ale w których czuję się tak bardzo sobą, jak dawno już się nie czułam.


Kilka lat dążyłam do takiego stanu - skłamię, jeśli powiem, że odnalezienie przeze mnie samą pewnego "mojego" stylu nie jest zasługą mej bytności w blogosferze ;)
I zaglądania do Was.
Sporo z Was ciągle jest dla mnie kopalnią inspiracji.
Do wielu rzeczy, dodatków i detali wyglądu nigdy bym się nie przekonała, gdyby nie blogi i Wasze "outfity" - dużo bym na tym, myślę, straciła.


Kapelusze, kwiaty i frędzle to tylko niektóre z nich - tak, jeszcze rok temu nie wierzyłam, że kiedykolwiek będę nosiła kapelusze ;)
I że będę się sobie i innym w nich podobać.


Zawsze sądziłam, że Mar + jakiekolwiek nakrycie głowy = mniejsza lub większa katastrofa.

No cóż - dziś czuję się bardzo nieswojo, gdy muszę z któregoś z nich zrezygnować ;P


Na przykład - idąc na uczelnię.

Na uczelni nie mam za bardzo gdzie kapelusza zostawić - chyba, że zabieram ze sobą moją Torbę Borbę (do niej kapelusz bez problemu się mieści i wiem, że jest w niej bezpieczny ;P).


Gdy dużej torby nie biorę - kapelusz zostaje w domu.
Panie z mojej uczelnianej szatni odmawiają przyjęcia go na wieszak :(
A w moich wykładowych salach pulpity są tak małe, że nie chcę ryzykować tego, że coś na niego wyleję, że go zrzucę, podepczę albo zostawię w auli (wiele rzeczy zdarzyło mi się zostawić w uczelnianych murach - od portfeli, przez ogromny klaser z notatkami, na parasolach skończywszy... o książkach z wydziałowej biblioteki nawet nie wspominam...).


 Z frędzlami rozstawać już się nie muszę - przemycam je więc niemal codziennie.
Na torbie, na swetrze, narzutce, szalu...
Trochę ostrożniej podchodzę do kwiatów - faza przekonywania się do nich jeszcze się u mnie nie zakończyła.
Dopiero się oswajamy.
Ale już się - przynajmniej - nie krzywimy na siebie ;)



Ten dzisiaj prezentowany Wam zestaw jest jednym z tych właśnie, jakie udało mi się ostatnio wykombinować, a w których tak dobrze się czuję - i należących jednocześnie do tych, które w ciągu kilku sekund bym na się przywdziała w razie usłyszenia polecenia:
Pokaż mi swój "styl"! 

To zabawne...
Rok temu - kiedy pokazywałam Wam tę to kwiecistą koszulę (dopiero co wówczas kupioną) - pisałam, że nie ma czegoś takiego jak styl, który mnie definiuje.
To chyba najlepszy dowód na to, że blogowanie na coś mi się przydało ;)


Teraz uważam, że trzymanie się jednego stylu w pewnym sensie ułatwia życie - nie wydajesz pieniędzy na rzeczy, w których nie wyglądasz najlepiej ;P


Nie oznacza to jednak, że przestałam bawić się modą, nie łączę ciuchów, nie eksperymentuję z kolorami - spokojnie, nadal mi się to zdarza.
Ale czynię to rzadziej.

Wiecie, ja z natury jestem rutyniarą - nie lubię zmian, a jeśli coś mi się spodoba (relacja z jakąś osobą, praca, schemat postępowania) to trudno mnie przekonać do zrezygnowania z tego;P
Kwestią czasu tylko był więc dzień, w którym uznam, że i w ubraniowej sferze mojego życia trafię w punkt, z którego nie zechcę się już zbytnio wycofywać ;)


Nie potrafię ostatnio rozstać się z tą kamizelką - widzieliście ją już poprzednio, w wersji "na sweter".
Jesienią pokazywałam ją zarzuconą na bluzę.
Teraz forsuję ją w wydaniu "na koszulę".


Ta koszula jest dość zwiewna, ale bardzo, bardzo fajnie moja kamizelka prezentuje się też z klasyczną, elegancką bluzką koszulową - w tym połączeniu miały mnie okazję widzieć w niedzielę Moda i takie tam i Viosna000.
Bo pewnie widzieliście i widziałyście już na moim facebook'u i dziewczyn blogach, że w zeszły weekend zawitaliśmy wraz z Lechem do Częstochowy ;)
Grzechem było nie spotkać się z tak sympatycznymi osobami, jeśli nadarzyła się ku temu okazja ;)
Dziękowałam za spotkanie już chyba milion razy - podziękuję i milion pierwszy ;)

Dziewczyny - jesteście kochane!


Kamizelka jest dość uniwersalnym ciuchem, jednym z tych, jakie trafiły do mojej szafy przypadkowo i których braku obecnie sobie w niej nie wyobrażam, ale jest dość wymagająca.

Dlaczego?

Widać to na niektórych z tych zdjęć - a "na żywo" mniej (nad czym boleję, bo gdybym była tego świadoma wcześniej, to i te zdjęcia lepsze by wyszły).
Bardzo wydłuża sylwetkę, w związku z czym najlepiej wygląda, jeśli dobierzemy do niej buty na słupku lub obcasie (to przewidziałam), a ją samą rozepniemy (tego już nie...).
Teraz - gdy już tę wiedzę posiadam -  o wiele łatwiej mi się z nią współpracuje.
Ale na wspomnienie pierwszych w podobie tego zestawów z nią w roli głównej nie mogę się nie uśmiechnąć do siebie samej - jak ja komicznie musiałam wyglądać ;P

Także pamiętajcie - długą kamizelkę rozpinamy ;P
Albo zapinamy na niektóre tylko guziki ;P


Torebka pojawiła się na blogu już w roku ubiegłym - kiedy ją kupowałam, to nikt nie sądził nawet, że frędzle będą za kilka miesięcy robiły taką furorę.


Ot, chciałam mieć wtedy coś frędzlowego.
Cieszę się, że to chciejstwo dopadło mnie z takim wyprzedzeniem - dziś zapłaciłabym za podobny model kilkanaście złotych więcej (jak nie lepiej!).

Gdybyście nie pamiętali/pamiętały innych zestawów, w którym ją Wam pokazywałam, to proszę - gościła choćby tu.


Im dłużej patrzę na te zdjęcia, tym częściej łapię się na tym, że głupi ma zawsze szczęście - miejscówkę wybraliśmy tę, co niemal zawsze: Park Julianowski.
Bo obok Nas, bo najbliżej.
A tu proszę - roślinność parku dopasowaliśmy do kolorystyki koszuli wybornie ;)
Szkoda tylko, że te barwy sprawiają wrażenie, że wcale nie wiosna się zaczęła (choć w sumie jest to temat dyskusyjny - w Łodzi od poniedziałku termometr pokazuje kilka stopni, pada sobie grad, a i śnieg z deszczem widziano razy kilka...), a jesień.


W sumie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - nie wiedzieć dlaczego, ale stylistyka boho najbardziej pasuje mi właśnie do klimatu wczesnej jesieni ;)


Koszula - b. young (Outlet 99 - Łódź, ulica Piotrkowska)
Kamizelka - Top Shop (Cukier Puder Vintage Store)
Tregginsy - H&M
Botki - Sarah Karen (dla BOTI/CCC)
Melonik - H&M
Rękawiczki - Butik Nashe (Zgierz, ulica Parzęczewska)
Torebka/worek - no name (Allegro)


Jak co post - zostawiam Was z moją pisaniną i uciekam do pracy.
Chociaż nie... podzielę się z Wami jeszcze piosenką, której tytuł pasuje mi do myśli przewodniej i tytułu posta, a której klimat łączy mi się z tymi dzisiejszymi zdjęciami:


Trzymajcie się ciepło i nie popadnijcie w szał przedświątecznych porządków.
Przed Świętami nie pojawi się tu żaden nowy post, dlatego już teraz życzę Wam z ich okazji wszystkiego co dobre - spędźcie je w najlepszej atmosferze, w jakiej możecie je spędzić.
I z kochającymi ludźmi u boku.
Kalorii nie liczcie - jajka w sumie tak dużo ich nie mają ;)

Ściskam mocno - Wasza Mar :)


P.S. Miałam być poważna, ale nie potrafię - gdyby ktoś nie wierzył, że w czasie wizyty w Częstochowie byłam "stylowa" jak zawsze, to tu jest na to dowód ;P:

klik!

(Tak, "stylowa" celowo ujęłam w cudzysłów ;P
Ładniejsze zdjęcie ze spotkanie krąży po fanpejdżach - moim i Dziewczyn ;P)