poniedziałek, 29 czerwca 2015

Dżins - oswajania część druga

Nijaka pogoda nie nastraja mnie w żaden sposób do kombinowania z ubraniami.


Zwyczajnie - nie chce mi się zastanawiać, czy jeśli rano zaryzykuję i założę sukienkę, to w drodze do pracy zmarznę, a wracając z niej utytłam ją w błocie (bo w międzyczasie rozpada się, a na chodnikach i ulicach potworzą się kałuże), czy może będę miała szczęście i uda mi się takich "atrakcji" uniknąć.



Odpuściłam.

Zwiewne koszule, długie sukienki i eleganckie spodnie czekają na lepszą aurę ;)

Ostatni tydzień czerwca w kwestii ubraniowej minął mi na odgrzebywaniu z szafy rzeczy wygodnych i stosunkowo ciepłych.
Zbyt ciepłych, jak na czerwiec, ale co począć...


Przy tej też okazji naszykowałam i spakowałam już ubrania, które zamierzam zabrać na urlop (nie lubię pakować się dzień przed wyjazdem, bo zawsze o czymś zapominam - teraz raczej nie będę biegać w cienkich kombinezonach i słomkowym kapeluszu, więc nic im się nie stanie, jeśli przez dwa tygodnie poleżą sobie w torbie).
I zrobiłam listę tych, których mi brakuje (nie wyszło tego dużo - właściwie, to moja szafa pęka w szwach i wszystko co w niej mam zabezpiecza mnie nawet nie na tydzień wakacji nad morzem, ale i na dwa nad nim miesiące ;> jednak wiecie, jak to jest - zawsze chciałoby się więcej ;P).


Pamiętacie tego posta?
Pisałam w nim o tym, że jakiś już czas temu postanowiłam spróbować przekonać się do dżinsu.

Nie to, żebym się przekonała - co to, to nie.
Nadal o wiele lepiej czuję się w spodniach, które z dżinsem nie mają nic wspólnego.

Ale że uwieczniona na tamtych zdjęciach próba jakoś się udała, to doszłam do wniosku, że szkoda kisić w szafie inne dżinsowe portki, które jakimś cudem do niej trafiły.


Dżinsy z dzisiejszego posta są ze mną od grudnia - gwiazdkowy prezent od mamy.
Kiedy je dostałam, to nawet się z nich cieszyłam - ciemnych dżinsów zawsze mi brakowało.

Jednak po przymierzeniu doszłam do wniosku, że chyba nie - może kiedyś.
Mają niższy stan - ja się we wszystkich biodrówkach czuję źle.
No dobra, te może nie są typowymi biodrówkami, ten stan jest teoretycznie nieco od biodrówkowego wyższy, ale i tak jak dla mnie - za niski ;P

W dodatku w grudniu było mnie o jakieś dwa kilogramy więcej, nie podobałam się w nich sobie.
I tyle.


Teraz, przy okazji wyżej wspomnianego dokopywania się do ciuchów odpowiednich na tę kapryśną czerwca końcówkę, z ciekawości wsunęłam je na tyłek - okazało się, że jest trochę lepiej.
No, to trzeba korzystać z okazji - póki znowu nie przytyję ;)

Muszę w nich skrócić nogawki - nie były noszone, to i się za to nie zabierałam (na zdjęciach widać, jak sobie z nimi radzę - podwijam).
Choć... najlepiej prezentują się ze sztybletami, a że w sztyblety tę lekko przydługą nogawkę można upchnąć i wcale się w oczy nie rzuca, to może zostawię je takimi, jakie są.


Swoją drogą - dżinsy są z KappAhl'a.
Moja mama lubi ten sklep, ma tam jakąś kartę stałego klienta i sporo ubrań w nim wynajduje.

Mnie się tam czasem coś podoba, ale co z tego?
Wszystko mają zawsze taaaaakie wielkie - nawet, jeśli opatrzone metką z oznaczeniem małego rozmiaru.
Nie wiem, jak mamie udało się trafić z tymi spodniami w rozmiar - pojęcia nie mam.


Odkopałam też na jednej z szafowych półek bluzę i koszulę - docelowo kupione do noszenia razem.
Też pod koniec roku.
W Moodo, bodajże za jakiś bon podarunkowy - istniał wtedy jeszcze FashionWall, ten bon to była nagroda w jednym z ich konkursów.


Bluza miała być krokiem w kierunku tego, żeby trochę odmłodzić mój wizerunek - wtedy miałam jeszcze nieco wyrzutów sumienia, że wszystkie blogerki/dziewczyny na ulicach stawiają na dziewczęcość i młodość, a ja poginam w meloniku i wielkich swetrach.

Parę miesięcy później przyszła moda na boho, swetrzyska i kapelusze wkroczyły na "salony", przestały być uważane za coś postarzającego i dziwnego i przestałam jakoś od reszty babskiego rodu odstawać.

Wyrzuty sumienia uleciały ;)

Ale z noszenia bluzy zrezygnować nie zamierzałam ;)
Tyle, że kupiłam kilka nowych ciuchów, coś innego mnie inspirować zaczęło... zwyczajnie o niej zapomniałam ;)

Jest krótka - taki "zacycnik".
Stąd też pomysł, na połączenie jej z koszula.
Ja to wiecie - stara już jestem, nerki chronić muszę.
Co innego krótki, choć zacycnikowy to dopasowany top, a co innego bluza, która przy siadaniu podwija się do łopatek.
Wyższa konieczność ;)

Z koszulą też się podwija, bo i ona nie jest porywająco długa (taki model, wzięłam rozmiar większą, a i tak jest krótka - Moodo to chyba ma takie kroje przykrótkie w tej linii miejskiej, nie?).
Ale czegoś mi brakowało, kiedy próbowałam się przemóc i nawet olać to, że w samej bluzie nieco chłodno - ja chyba jestem po prostu uzależniona od tych dyndających pod bluzami, swetrami i innymi tego typu ciuchami koszul ;)

Nic nie poradzę - mam do takiego ich noszenia słabość ;)

A - nie, nie jestem jakoś wyjątkowo zakochana w Nowym Jorku ;)
Napis jak napis - bardziej od niego podobały mi się te "kropki" na materiale ;)


Melonik - H&M
Bluza - MOODO
Koszula - MOODO
Dżinsy - KappAhl
Torba - MOMO FASHION
Trampki - H&M


Trzymajcie się - miłego tygodnia Wam życzę!

Mnie ten właśnie zaczynający się cieszy - koniec miesiąca to wypłata, wypłata to sporo ilość gotówki na ciuchy, a z kolei wizja nowych ciuchów w szafie to coś, co humor kobiecie poprawia :>

Pozdrawiam,
Wasza Mar!

niedziela, 21 czerwca 2015

Czerń z bielą

Nie lubię zapachu koziego mleka. Nie lubię wcześnie wstawać. Nie lubię też tańczyć.


Ale najbardziej w świecie nie lubię, kiedy ktoś lub coś przeszkadza mi w realizowaniu planów i zamierzeń.


Nawet tych drobnych.


Łatwo więc będzie Wam sobie wyobrazić to, jak ogromna była moja irytacja, kiedy w czasie robienia przez nas zdjęć do tego posta rozpętała się burza.


A cały tydzień czekałam na to, żeby móc je wreszcie zrobić!



Nic nie zapowiadało, że będzie tak źle - owszem, słonko się skryło za chmury (ale to mnie cieszyło - zdjęcia robione w pełnym słońcu rzadko kiedy wychodzą fajne), trochę wiało i coś tam nawet siąpiło z nieba.
Ale że burza? Że wodospady na chodnikach?
Tego się nikt nie spodziewał...

No, hiszpańskiej inkwizycji też się nikt zwykle nie spodziewa ;)


Musicie mi więc wybaczyć powtarzalność póz - w "normalnych" warunkach stanowiłyby zaledwie jedną serię i zapewne wybrałabym z niej dwa, góra trzy zdjęcia ;)
Ale jak się nie ma, co się lubi...


Ten zestaw jest ukłonem w stronę tych z Was, które swego czasu bardzo protestowały, gdy donosiłam, że zamierzam dać odpocząć mojej kamizelce.
O, sporo było wtedy głosów opowiadających się za tym, by jej nie odwieszać do szafy i nie skazywać na zapomnienie!


Ile wytrzymałam? Miesiąc, dwa? Półtora chyba, jak dobrze liczę ;)

Wcale nie stało się tak, że nagle za nią przeraźliwie zatęskniłam.
Nie, nie.

To było inaczej!


Proza życia - w SinSay'u wypatrzyłam buty, w których zakochałam się od pierwszego wejrzenia.
Półbuty (mające chyba udawać eleganckie) stylizowane na creepersy.


W ostatnim poście opisywałam Wam historię mojej miłości do ciężkich sandałów.
Z tego typu butami było bardzo podobnie - ot, dziewczyny lubiące boho jakoś wyjątkowo upodobały sobie każdy obuwia rodzaj, który lekko przyciężkim jest w kroju.

Coś w deseń tych półbutów - także.

A że mnie to boho łechcze ciągle i łechcze, to nie dziwota, że trendem tym i ja się zaraziłam ;)
Trudno nie polubić czegoś, co pojawia się na kilkudziesięciu zdjęciach zapisanych przez Ciebie w folderze z inspiracjami ;)

Z początku wcale nie chciałam kupować tych butów - kiedy zobaczyłam je pierwszy raz, to kosztowały zdecydowanie więcej, niż były warte.
Ale los mi sprzyjał - kilka dni po wypatrzeniu ich przeze mnie SinSay zorganizował coś w stylu weekendu obniżek: cały asortyment sprzedawano o połowę taniej.

Obniżkowa cena wydała mi się w miarę sensowną - buty kupiłam ;)

 Jak już je przyniosłam do domu, to uświadomiłam sobie, że wszystko spoko: teoretycznie do wielu ciuchów mi pasują, ale z czym - u licha - nosić je tak, aby nie zgubić ich "eleganckiego" charakteru?

I wtedy przypomniałam sobie o kamizelce ;)
A że tuż obok kamizelki (uwierzcie - naprawdę przez przypadek!) w szafie zawiesiłam kupioną całkiem niedawno koszulę w białe i czarne pasko-zygzaki, to w pięć minut znalazłam dla moich butów towarzystwo ;)

Swoją drogą - kupując tę koszulę miałam wiele wątpliwości.
I wcale nie chodzi o print (choć wiecie już, że za printami to ja nie przepadam).
On mnie do tej koszuli przyciągał najbardziej.
O biel chodzi. Boję się połączeń bieli z czernią. Biel jest dla mnie zabójcza, podkreśla bladość mojej cery i wszystkie jej niedostatki.


Ale raz, że (tak sumarycznie) dość jej tu mało, a dwa, że "zygzaki" zdawały się jakoś ją na mnie ratować.


No i chyba uratowały - dziś noszę tę koszulę zarówno do tych spodni (taaak, to ciągle te same luzaki z H&M'u ;)), jak i do tregginsów. Jeśli kiedyś będę musiała odstrzelić się bardziej elegancko (wiecie - tak typowo elegancko, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to elegancja jest ;P), to jeszcze sprawdzę jak wypada z moją czarną mini.
Zatem - kolejny krok w "modowym" rozwoju zaliczony.

Tak się rozochociłam, że gotowa jestem na większe z bielą eksperymenty ;)


Fedora - H&M
Okulary - no name
Koszula - H&M
Kamizelka - Top Shop (Cukier Puder Vintage Store)
Spodnie - H&M
Worek - no name (Allegro)
Buty - SinSay


Jeśli ktoś pragnie zapytać, dlaczego nie ma tu u mnie jeszcze żadnych letnich, zwiewnych zestawów, to spieszę z odpowiedzią - nie wiem, jak tam u Was, ale u mnie upałów już się nie odnotowuje.
Chłodno jest, wietrznie (tak - mnie jest zimno... proszę się nie śmiać!)
Ja przy piętnastu stopniach w sukienki nie wskakuję.
Zamarzłabym chyba.
Był taki czas (w okolicach zdawania przeze mnie egzaminów), że już pomykałam w mojej czarnej maksi i sandałach.
Marowa dola - gdy egzaminy dobiegły końca i okoliczności pozwoliły na uwiecznienie mnie w tych letnich ciuchach, to aura musiała się zepsuć ;)


Ale lato przed nami!
Dopiero się zaczęło!

Nic straconego ;)


Miłej niedzieli dla Was!

Ściskam bardzo!

P.S. Już nawet nie miesiąc dzieli mnie od urlopu nad morzem ^^ Juuupi!

środa, 10 czerwca 2015

When I go outside in the city of the modern hearts...


Spodobały mi się te eksperymenty z elegancją.


A taka byłam przekonana, że ta wiosna i przedlecie upłyną mi wyłącznie pod znakiem wariacji na temat stylu boho.


A taka w zachwycaniu się nim zatwardziała...




No proszę, kolejny już raz przekonuję się, że niczego nie mogę być pewna ;)

Tak - jak widać na załączonym obrazku (a raczej - obrazkach) nadal eksperymentuję z zestawami nieco bardziej (od tego, co do tej pory nosiłam) eleganckimi.

Nadal oscyluję gdzieś na pograniczu - pomiędzy tym ciągle fascynującym mnie minimalizmem i awangardą, do której z kolei od zawsze mnie ciągnęło.
Bo nie byłabym sobą, gdybym jednak nie wplotła tu pewnych detali do stylu boho nawiązujących.

Jest więc kapelusz - ale ciągle nie jest to melonik.
Znowu fedora.

Pojawi się też zapewne w kolejnym poście, bo ostatnio to na nią częściej nachodzi mnie ochota (a zakończyłam już bywanie na uczelni - będę miała zatem więcej czasu na przechadzanie się w niej po mieście!).

Jest przewiązana na brzuchu koszula.

Są też sandały, do kupna których zainspirowały mnie również looki nie żadne inne, a te, którymi dzieliły się ze światem na rozmaitych portalach właśnie taki "cygański" styl lubiące dziewczyny - gdzieś tak od późnej wiosny bowiem (na zmianę z mokasynami i wszelkiej maści półbutami) zaczęły one dodawać do swoich zestawów tego typu "ciężkie" obuwie.


Zakochałam się w nim.

Podobał mi się kontrast, jaki takie masywne sandały tworzyły ze zwiewnymi kimonami, frędzlami i lekkimi sukienkami.
Oczami wyobraźni już widziałam je więc z którąś z moich maksi (mam całe dwie - szał prawdziwy ^^).
Albo z szortami. I krótkim topem.

Nigdy, przenigdy nie sądziłam, że będę chciała je wykorzystać w połączeniach bardziej szykownych.


Swoje sandały upolowałam w Deichmannie - chyba jeszcze są w ich ofercie, na pewno widziałam je ostatnio na ichniej stronie.


Bardzo wygodne są - jeśli któraś z Was nadal zastanawia się nad kupnem podobnych, a boi się niestabilności takich butów, to niech bierze te.
Nawet biegać się w nich da - kilka razy goniłam w nich autobus, przeżyłam.
Zęby też mam na miejscu.

Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że jestem jedną z większych niezdar województwa łódzkiego (której nawet w trampkach zdarzało się w biegu potykać), to chyba naprawdę całkiem stabilne być muszą ;)


Tak, pewnie niektóre i niektórzy z Was zauważyli, że spodnie są tymi samymi spodniami, które już w poprzednim poście pokazywałam - nie da się ukryć: bardzo się z nimi polubiłam.


Co prawda początkowo kompletnie nie widziałam ich w tym połączeniu - planowałam założyć do niego lniane, nieco rozszerzane w biodrach porcięta.
Ale jakoś tak ten len mi tu wadził.
Nie tak "rasowo" się prezentował.


Wydaje mi się, że decydując się na te postąpiłam bardzo dobrze ;)

Chociaż... tamte, mimo że lniane, to gniotą się zdecydowanie mniej ;P
Te - prasowane z pietyzmem tuż przed wyjściem z mieszkania - słabo zniosły podróż autem.


I marynarka gościła już kiedyś na blogu - niemal dokładnie rok temu.

O, gwiazdą tego posta była: klik!

Wtedy też opisywałam historię jej pojawienia się w mojej szafie, ale i tu pokrótce ją powtórzę - łup lumpeksowy.
I własnoręcznie (albo raczej własnomaszynnie) przerobiony.
Poskracany, pozwężany.
A - jeszcze guziki jej wymieniłam.

Nadal jest to jedyna chyba rzecz, której nie zepsułam do maszyny siadając ;)
I nadal najchętniej ją noszę w towarzystwie tamtej frędzlowej torebki. Ale dla potrzeb tych zdjęć zdecydowałam się wybrać inną, żeby zestawy nie były do siebie za bardzo podobne.

Torebkę, którą wybrałam też znacie już bardzo dobrze - ta kopertówka była już na blogu przynajmniej raz.

Jak każda moja kopertówka jest prosta. Bardzo prosta.
I stosunkowo duża ;)

Ale tę wielkość kopertówek naprawdę cenię sobie najmocniej - jestem typem baby, który ma skłonność do upychania po torbach masy drobiazgów.
W ostateczności wcale nie tak potrzebnych, jakimi się wydawały - ale bez nich nie potrafię się ruszyć z domu.
No wiecie - zapas kosmetyków, klucze, telefon, coś do czytania, chusteczki, tabletki na alergię... trochę się tego nazbiera zawsze. Do mniejszej torebki raczej bym tego nie upakowała ;P


Tak się o ciuchach rozpisałam, że zapomniałam prawie napisać Wam o fakcie, od którego te moje dzisiejsze wypociny właściwie powinnam była zacząć - pewnie zdziwienie lekkie ogarnęło Was, że co to się dzieje? Znowu taki "nowoczesny" i "szklany" plener u Mar?

Oj, źle bardzo...

Wcale nie tak miało być!


Do tego "outfitu" wymarzyłam sobie zupełnie inne tło fotograficzne - siedzibę łódzkiej Akademii Muzycznej, pałac Karola Poznańskiego: klik!
Nie udało mi się znaleźć żadnego zdjęcia budynku z chwili obecnej - w każdym razie ta piękna elewacja jakiś czas temu została odnowiona i tak mi się to jej nowe oblicze spodobało, że zamarzyłam sobie sesję właśnie tam.

No i kiedy Lechu zapytał mnie, gdzie jedziemy na zdjęcia, to bez chwili namysłu odpowiedziałam: "pod Muzyczną".
Lechu głową kiwnął, kluczyki w dłoń wziął, aparat pod pachę - i jazda.

Jedziemy, jedziemy.... i jakoś tak rejony wydają mi się coraz to bardziej od pałacu odległe... ale ja prawa jazdy nie mam, po Łodzi poruszam się tylko komunikacją miejską...

Pomyślałam - e, osiemnasta jest, korki, Lechu pewnie objeżdża miasto, taki ten mój Luby mądry, sprytny taki.
Aż tu nagle słyszę - "Wysiadka, jesteśmy przecież!".

No i konsternacja - owszem, dojechaliśmy pod budynek Akademii Muzycznej.
Ale nie ten!
Niedawno ją postawili, często mijaliśmy teren jej budowy jadąc do miasta i kilka razy zwracaliśmy uwagę na to, że już działa - Lechu więc pewien był, że o ten gmach mi chodziło.

Pewien był też w dniu robienia zdjęć, że skoro nie wyszło i nie tu dojechaliśmy, to zaraz zacznie się dzika awantura, kapeluszem rzucanie i sandałem nowym o bruk tupanie - ale że wymęczona egzaminami byłam, to wściekać mi się nie chciało ;P
Pomyślałam nawet, że może i taki "plener" lepszym będzie...

Chyba był ;)
Co jak co - ale do takiej miejskiej elegancji, to nie żadne secesyjne klimaty pasują, a dizajnerskie bardziej.

Ech, co ja bym bez tego Lecha zrobiła ;)


Fedora - H&M
Okulary - SinSay
Marynarka - second hand + poprawki własne
Koszula - H&M
Spodnie - H&M
Sandały - Catwalk (Deichmann)
Kopertówka - no name (Allegro)


Mam nadzieję, że nie znudzę Wam się szybko w takim wydaniu ;)
Chciałabym, żeby ta faza fascynacji elegancją jeszcze przez jakiś czas mi nie minęła.


Ale mam coś dla Was!


Zrobiliśmy też zdjęcia w stylu wybitnie marowym - żebyście się za taką "dawną" Mar zbytnio nie stęsknili.
Specjalnie na koniec posta je przewidziałam ;)


No!
To post napisany!
Powiem szczerze, że wcale nie było łatwo przygotować go dla Was - cały weekend spędziliśmy poza Łodzią, Leszek ma teraz na głowie obrabianie zdjęć ze zlecenia, którym się w jego trakcie zajmował... ale udało się - jestem dumna, że daliśmy radę ;)

Zostawiam Was więc z lekturą, a sama zmykam do pracy.

O, chwytajcie jeszcze muzyczną inspirację do tytułu wpisu:


Trzymajcie się ciepło!

Pozdrawiam, Mar.

P.S. Dziękuję za trzymanie kciuków! Ogłaszam wszem i wobec - wszystkie egzaminy mam z głowy.
Od piątku zabieram się za kończenie pracy.
Muszę się z tym uwinąć do piętnastego lipca, więc... jeszcze trochę dopingu mi się przyda!
Nie zwalniajcie, jeszcze mi przez jakiś czas kibicujcie ;P

P.S. (2) Za wszystkie życzenia urodzinowe też dziękuję... kochani i kochane jesteście :)!