środa, 29 lipca 2015

Po urlopie - o nadbałtyckim wypoczynku Mar słów parę

Wróciłam. Jestem. Żyję.


Z mnóstwa otrzymanych wiadomości prywatnych, komentarzy i pytań o kolejnego posta wnioskuję, że nieco zdążyliście i zdążyłyście się za mną stęsknić - a że popełnione przez nas zdjęcia typowo blogowe nadal są w fazie selekcji, to postanowiłam nie kazać Wam czekać na nowy wpis przez kolejny tydzień.


Wpadłam na pomysł stworzenia takiego oto interludium - posta w typie tych, których nigdy nie tworzę, bo uważam je (zgodnie z prawdą, w sumie - bądźmy z sobą szczerzy :>) za zapychacze.


Ale raz w roku można sobie pozwolić na złamanie zasad ;)


Będzie duuużo tekstu, więc żebyście za szybko stąd nie uciekli macie moje zdjęcie w jednej z trzech wakacyjnych pamiątek, jakie ze sobą przywiozłam - w lustrzanych lenonkach.
Jak ktoś się dobrze przyjrzy, to i Lecha w nich zobaczy.
O dwóch pozostałych "suwenirach" też będzie, spokojnie ;>

Kocham polskie morze.
Jako dziecko spędzałam nad nim niemal każde wakacje.
Przebywanie nad Bałtykiem od zawsze dostarcza mi silnych przeżyć - o których jeśli napiszę, że są mistycznymi, to niewiele przesadzę.
Zawsze trudno mi uwierzyć, że właśnie dotarłam na koniec (albo - jak kto woli - początek) Polski.
Że to już jest granica.

Poraża mnie i wzrusza ta wielka przestrzeń morska.
Mogę stać na wydmie (dobra, zalewam - wolę siedzieć na ławce, ale nie w każdej nadmorskiej miejscowości wzdłuż wydm stawia się ławki ;P) i wpatrywać się przez wiele godzin w tę wielką, błękitną toń.
A przy tym tak dobrze mi się nad naszym morzem oddycha!
Nikną gdzieś wszelkie moje odwieczne problemy z chorym uchem i paskudnie suchym nosem.
Cuda, no.

Zupełnie bez emocji natomiast podchodzę do gór - podróżowałam w nie niewiele, dwa razy byłam w Karkonoszach, raz w Górach Sowich i raz też jeden w Zakopanem.

Nigdy się w nich nie zakochałam - w mojej rodzinie nie jeździło się na nartach, nie wspinało na szczyty. 
Ominęły mnie więc wszystkie te elementy wypoczynku w górach, które zwykle ściągają w nie turystów i które niektórzy zaczynają uwielbiać już jako dzieci.
Owszem - dużo zwiedzaliśmy, łaziliśmy popularnymi szlakami i podziwialiśmy cuda tamtejszej przyrody.

Morskie Oko było piękne.
Wodospady w okolicach Karpacza również.

Ale męczył mnie górski chłód (zawsze trafiałam w góry w czasie gwałtownego załamania pogody :> w czasie mojego pobytu w Tatrach na Giewoncie spadł śnieg i temperatura obniżyła się znacząco - przypłaciłam to zdrowiem, bo pojechałam tam z lekkim bólem gardła a wyjechałam z zapaleniem krtani, nie mogąc wydusić z siebie słowa), denerwował wiatr (pamiętam, że na Śnieżce dęło tak, że łeb mi chciało urwać!), a od łażenia w niewygodnych traperach bolały mnie stopy.

Kiedy trochę podrosłam i w moim otoczeniu zaczęli pojawiać się ludzie zafascynowani górami, to mogłam, mogłam jeszcze spróbować się do gór przekonać.
Proponowali mi oni wspólny wypad w Bieszczady czy inne Sudety, ale na myśl o spędzeniu nocy pod namiotem, w schronisku (z piątką obcych ludzi na łóżkach dookoła o.O) albo szałasie dostawałam drgawek.
Wypoczynek według Mar = relaks, a nie survival pod nazwą "Żywi nas las".

No fun Mar.
Sztywniara co się zowie.

Więc morze - mogłoby być jakieś zagraniczne (kilka lat temu spędzałam wakacje na południu Europy - przyznać trzeba, że nasz Bałtyk chowa się przy wielu tamtejszych plenerach, a i flamingi są o wiele bardziej od mew urocze ;>), tylko że ten sam odchył, który powstrzymuje mnie od noclegów w górskiej kniei każe mi też bać się wszelakich zemst faraonów, terrorystów, brudu, zbyt wysokich temperatur (w czasie wspomnianego wypoczynku na Côte d'Azur niemal w ogóle nie korzystałam z uroków plażingowania - ja Was przepraszam, ale 40 stopni to jest temperatura odpowiednia do tego, by wylądować na lokalnym oddziale kardiologicznym, a nie do opalania) i wreszcie: latania samolotem!
Co to, to nie. Tylko w razie wyższej konieczności.

Więc jak rasowa Cebula z Prowincji (Łódź to w sumie prowincja - nie ma się co oszukiwać) co roku dążę do tego, by choć przez chwilę móc zamoczyć swój szczypior w wodach Bałtyku.

Były takie lata, w których mi się to nie udało - i zawsze powtarzałam, że to nie były prawdziwe wakacje.
No trudno, tak już mam. Nasiąknęłam tym morzem w lato za młodu, a stare nawyki niezwykle trudno jest wykorzenić.

Po zeszłorocznym, kilkudniowym zaledwie i odbytym w końcu sierpnia urlopie we Władysławowie przysięgłam sobie i Leszkowi, że nie ma opcji - za rok tam wracamy.

Władysławowo po sezonie urzekło mnie w stu procentach - ogrom przestrzeni, piękne i czyste uliczki, mało ludzi, dużo drzew... i względna cywilizacja!
Przede wszystkim - normalne miasto mniejsze niewiele od mojego rodzinnego.
A w nim względnie normalne knajpy (nie jakieś budki z kebabami starszymi od węgla), markeciki (można bez bólu kupić mleko do kawy, piwo i twarożek na śniadanie i nie zapłacić za nie milionów monet), apteki (mam talent do chorowania na wakacjach ^^)...
Nie żadna dziura zabita dechami, w której jak coś Ci się stanie, to odnajdą Cię dopiero kolejni turyści - po roku.
No i blisko na Hel! Blisko terenów, w których się zakochałam.

Kiedy więc Leszek znał już termin swojego urlopu, to bez chwili wahania stwierdziłam, że o przysiędze pamiętam i w tym roku wracamy do "Władka".
Pech jednak chciał, że lechowy urlop okazał się być najbardziej "gorącym" okresem polskiego sezonu wakacyjnego - przypadł na drugą połowę lipca...

Jak wspomniałam - wiele razy jeździłam nad Bałtyk, jednak nigdy nie odwiedzałam go w lipcu.
Czerwiec, sierpień.. to, to i owszem.
Ale lipiec?
Już moja mama i babcia powtarzały, że w lipcu to i pogoda niepewna (największe upały albo już przeszły albo dopiero się do ataku szykują) i ludzi chmara.
Ale pomyślałam sobie, że ostatni prawie tydzień lipca to to samo co sierpień, więc różnica żadna.
Detal, drobiazg - niczego nie wnosi.
A my innego terminu wybrać i tak nie możemy, jeśli chcemy pobyć tam dłużej, niż przez weekend.

Decyzja została podjęta, nie pozostało więc nic innego, jak szukanie jakiegoś zakwaterowania - i tu powoli zaczęłam przestawać się dziwić zdaniu mamy i babci.
W pierwszych dziesięciu miejscach które obdzwoniłam dowiedziałam się, że czego ja szukam w maju? W maju? Kwatera na lipiec?
O, Pani! W marcu trzeba było dzwonić, wszystko zajęte - teraz to ja mogę Pani, Pani Kochana, garaż wynająć w tym terminie.

Nasza ubiegłoroczna kwatera też była zajęta.

Po pięciu kolejnych telefonach pojawiła się nadzieja - gdzieś miejsce się znajdzie, zapraszają nas i oczekują!
Ale niestety - będzie to apartament.
Doba 200 złotych.
A - pościel i czajnik proszę zabrać z domu.

Apartament.
200 złotych.
I własna pościel.

Dobrzeście przeczytali.

Spasowałam, szukanie pokoju scedowałam na Lecha.
Jemu znalezienie go zajęło pięć minut.
Znalazł willę w centrum miasta, z pokojami w rozsądnej jak za wynajem w lipcu cenie (55 złotych od osoby), gustownie urządzonej (żadnego linoleum, żadnych peerelowskich tapczaników o długości maksymalnej metr pięćdziesiąt), z łazienką i dostępem do kuchni.
A oprócz tego z miejscem parkingowym na terenie posesji.
Żyć, nie umierać - zaliczkę przelaliśmy i lipca wypatrywać zaczęliśmy.

Nadszedł szybciej, niż się go spodziewaliśmy ;)
W odpowiednim dniu spakowaliśmy torby i siup - pojechaliśmy.

Podróż minęła bez negatywnych atrakcji, zajechaliśmy planowo, ja się cieszyłam jak dzieciak... wszystko spoko.

Tyle że to, co zastaliśmy na miejscu nieco nas zaskoczyło.

Okazało się, że Władysławowo w sezonie nieco różni się od Władysławowa z końca sierpnia.
Ludzi najechało tyle, jakby coś tam rozdawano za darmo!

Zawsze mi się wydawało, że opowieści o tym, jak to w pewnych miejscach na polskim wybrzeżu na plażę trzeba wychodzić o siódmej, bo inaczej nie znajdzie się na niej nawet kawałka miejsca są wyssane z palca i tworzone przez ludzi, którzy mają skłonność do ubarwiania rzeczywistości.

W tym roku przekonałam się, że to wszystko prawda :]

Niestety - na plażę nie nosiliśmy ze sobą aparatu.
Jest to zbyt niebezpieczne dla sprzętu.

Nie zrobiliśmy więc żadnego zdjęcia tego, co tam się wyprawiało, ale uwierzcie mi - ścisk był taki, że ludzie rozbijali się nawet przy koszach na śmieci i toaletach.
Cała plaża zawalona.
Cała.
Pomiędzy rozstawionymi przez plażowiczów parawanami nie dało się zrobić kroku.
Szukanie kawałka wolnego miejsca zajmowało nam zawsze około czterdziestu minut.

A kiedy już udało się jakieś znaleźć, to zanim człowiek zaczął rozkładać te wszystkie koce, ręczniki i inne plażowe klamoty... musiał jeszcze oczyścić teren z petów.

Ludzie, ja paliłam "normalne" papierosy przez dziesięć lat, a nigdy w życiu nie zostawiłam na plaży nawet połowy niedopałka!
Do tej pory nie uważałam się za kogoś szczególnie dobrze wychowanego, ale najwyraźniej cenię się zbyt nisko.

Ale żeby tylko niedopałki w piasku wygrzebywać, to jeszcze byłoby bajecznie...

Puszki po piwie, butelki, zużyte chusteczki - takie skarby można było znaleźć nad samym brzegiem morza :]

Być może wcześniej bywałam na jakichś wyjątkowo odludnych plażach - wątpię w to.
W każdym razie taki syf nad polskim morzem widziałam pierwszy raz.


Tak, ilość śmieci pozostawianych przez ludzi na władysławowskiej plaży zdecydowanie mnie zasmuciła.

Ja rozumiem - gdyby jeszcze nie było tam koszy na śmieci, to można by to jakoś usprawiedliwiać: że nikt nie będzie niedopałków do kieszeni zbierał, a puszek po piwie upychał po torebkach...

Ale one są!
Od kilku lat każda, nawet najmniejsza plaża jest wyposażona w rząd koszy na śmieci ustawionych przy każdym zejściu na nią.
A te w "kurortach" mają ich szczególnie dużo.
To taki problem przejść się dwa metry i wrzucić puszkę/niedopałek/zużytą pieluchę/foliówkę po słodkiej bułce do śmietnika?

Powyżej wstawione zdjęcie przedstawia konstrukcję stworzoną na plaży w porcie we Władysławowie.

Piękna jest, zaprawdę...

Całe szczęście, że ani pasjonatami plażowania nie jesteśmy (w związku z czym wystarczało nam godzinne ledwie każdego słonecznego dnia leżenie na niej) ani nie planowaliśmy w czasie tego urlopu wykonania więcej niż jednej sesji na bloga - zrobienie zdjęć nad morskim brzegiem w porze innej, niż popołudnie lub blady świt nie wchodziło w grę, bo usuwanie przechodniów i plażowiczów z kadrów mogłoby być zbyt pracochłonne :>

Jedną udało nam się machnąć późnym popołudniem w porcie - tam ludzi było trochę mniej.

Zatem - pamiętajcie: jeśli plany urlopowania nad Bałtykiem dopiero są u Was w fazie dookreślania ich, to (gdy rozważacie wypoczynek w miejscu dość tłumnie przez turystów odwiedzanym i naprawdę chcecie w pełni korzystać z uroków wypoczynku na plaży lub popełnienia na niej jakichś w miarę ładnych zdjęć) albo z góry nastawcie się na to, że na plaży będziecie bawić się w udawanie sardynek... albo od razu poszukajcie jakichś dzikich lub półdzikich plaż.

My w końcu odkryliśmy, że na plaży tuż obok Chłapowa tłumów nie ma.
Ostatniego więc dnia urlopu mieliśmy dla siebie jej połowę :]

Drugą sprawą, która zaskoczyła nas bardziej nawet od tłumów i brudu na plaży była jakość świadczonych usług mieszkaniowo-hotelowych ;)

Krótko i zwięźle rzecz ujmując - nasza "piękna" i cudem niemal w maju znaleziona kwatera okazała się być pozbawioną ciepłej wody między godziną 22 a 7 rano ;)

Kiedy zapytaliśmy Panią Właścicielkę, dlaczego to tak i czemu, u licha, nie poinformowała nas o tym przez telefon ani nie odnotowała tej informacji na żadnej ze stron, na których się reklamuje... usłyszeliśmy, że:

a) wody ciepłej nocą nie ma, bo jak jest, to jej w rurach coś stuka i spać nie może [sic!]
b) nikomu to dotąd nie przeszkadzało, to i po co pisać - innym też nie powinno
c) "jak chcieliśta luksusów, to do hotelu jakiego było pójść se, o!"

Opadły mi ręce.
I majtki.

Jeśli ciepła woda jest luksusem, to ja chyba dawno już straciłam kontakt z rzeczywistością...

Wiecie, ja bym to mogła przeżyć - nawet słowem bym się nie odezwała.
Ale gdyby zawołano ode mnie nie 55 złotych za dobę, a 30.
55 to już cena wypoczynku w całkiem porządnym hostelu albo akademiku - a tam ciepła woda jednak jest przez całą dobę i bez limitów ;)

Pani nie zamierzała włączyć nam tej wody nawet na jedną noc - bo mieliśmy silne postanowienie wstania przed świtem i zrobienia porannej sesji na plaży.
No i przydałoby się wziąć prysznic i umyć włosy świeżo przed nią, a nie wieczorem.

Nie, nie ma opcji - będzie jak jest, a jak się nie podoba, to tu są nasze pieniądze i szukać możemy czegoś innego.

No to forsę zabraliśmy, spakowaliśmy się i poszliśmy szukać innego lokum ;)
Przyszło nam to tym łatwiej, że oprócz braku wody nie pasowało nam też kilka innych rzeczy - jak choćby to, że obiecany wcześniej parking "na terenie posesji" okazał się być miejscem na ulicy.
A że ulica ta znajdowała się dość blisko centrum (pełnego klubów i niezbyt trzeźwej młodzieży), to... nieco słabo ;)

Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że ta reglamentowana ciepła woda jest we Władysławowie standardem - w pierwszej wolnej kwaterze jaką udało nam się znaleźć okazało się, że ciepłej wody nie ma nie tylko po 22, ale i w ciągu dnia.

Oczywiście - na stronie tego obiektu również nie umieszczono żadnej na ten temat informacji.

Na dowód prawdziwości moich słów macie to oto zdjęcie, proszę:

Fajnie, nie?
Jedziesz sobie na wakacje z małym dzieckiem na przykład, wpadnie Ci taki szkrab w jakieś błoto, poleje się sokiem albo czekoladą z gofra... i nic nie zrobisz, nie wykąpiesz go ;)

Z ciekawostek - doba w tym z kolei przybytku wyceniona została na 65 złotych od osoby.
Przybytek również nazwano "willą" ;)

Z innych atrakcji zawartych w tej cenie wymienię tylko: brak dostępu do jakiejkolwiek kuchni, zakaz wstawiania napojów do znajdującej się na piętrze lodówki i umieszczoną na rezerwuarze spłuczki klozetu informację, że woda może do niej nie lecieć, to się zdarza.
Nie należy wtedy panikować - trzeba popukać w wężyk i gitara: na pewno poleci.

Także - kolejna rada Mar: jak się, człowieku, wybierasz nad Bałtyk i pytasz o kwaterę jakąś, to nie zapomnij dopytać się o to, jak tam stoją z ciepłą wodą.
Być może bowiem nie tylko własną pościel musisz zabrać, ale i przenośny bojler ;)

Zdaję sobie sprawę z tego, że niektórym z Was takie kwestie mogą wydawać się mało istotnymi.
Wydaje mi się jednak, że jeśli komuś nie są straszne takie kwestie jak brak wody, to noclegu szuka raczej na campingu.
Ktoś, kto rozgląda się za pokojem ceni sobie większy stopień komfortu i w głowie mu się nie mieści, że wynajęcie pokoju z łazienką nie jest tożsame ze swobodą korzystania z niej przez całą opłaconą przecież przez niego dobę.

Mnie się naprawdę nie zmieściło - i nie mieści do dziś.

Tyle mojego marudzenia ;) Zdecydowanie więcej rzeczy mi się w czasie tego naszego urlopu spodobało!

Trochę odpoczęliśmy nad tym naszym polskim morzem - objedliśmy się za wszystkie czasy (codzienne i sute bardzo objady zjadane w zaprzyjaźnionej już w pewnym sensie smażalni dały mi się we znaki: jestem w trakcie gubienia dwóch nadprogramowych kilogramów ;P), spotkaliśmy się z naszymi przyjaciółmi z Częstochowy, mnie udało się zobaczyć z przesympatyczną Joanną C i jej uroczą pociechą (Asiu - jeszcze raz dziękuję Ci za spotkanie! jesteś bardzo ciepłą osobą, przemiło było! a synka wycałuj i wyściskaj ode mnie - jeśli ja każę uściskać jakieś dziecko, to ono musi być naprawdę czarujące ;)), a przede wszystkim - w tym roku znacznie więcej czasu spędziliśmy na Helu.

Ta piękna plaża na zdjęciu wyżej to widok z helskiego cypla.
W oddali majaczy Trójmiasto.

Cały półwysep jest moim zdaniem miejscem magicznym.

Te widoki na jego początku, gdzie w najszerszym miejscu ląd ma około 300 metrów i z lewej strony majaczy Ci za drzewami otwarte morze a z prawej widzisz przystanie na zatoce chyba tylko kogoś wyjątkowo niewrażliwego mogą nie zachwycić!

Pomimo dużego dość zainteresowania turystów plaże są względnie puste i duże, bardzo piaszczyste, pełne muszelek.
Woda od strony morza jest najbardziej przejrzystą chyba wodą na całym naszym wybrzeżu.

W samym Helu można spacerować zaś tuż nad morskim brzegiem po szerokich, nowoczesnych pomostach.
Da się tam wjechać z wózkiem - i na wózku.
Są tam ławki - można usiąść i wpatrywać się w morze :)

Albo popatrzeć na Kopiec Kaszubów, stojący na samym końcu cypla od 2013 roku:


Teren Helu jest też prawdziwym rajem dla osób interesujących się historią II wojny światowej i/lub militariami.
W helskim lesie kryje się wiele pozostałości po kampanii wrześniowej - jak zapewne pamiętacie, to właśnie Hel bronił się w jej czasie najdłużej, bo do 1 października.

Nie będę Wam tu opisywać tego, co można tam zobaczyć.
Zostawię Wam tylko link do strony Muzeum Obrony Wybrzeża, o: 

http://helmuzeum.pl/muzeum/obiekty#mow

Ale Hel to nie tylko plaże i militaria - Hel to też latarnia morska!

Jedna z ładniejszych w Polsce, moim zdaniem ;)
A przynajmniej jeśli o jej wnętrze chodzi ;)

Widok z jej szczytu jest równie ładny, tylko wiecie... przez szybę ciężko zrobić zdjęcie ;P
W tej latarni nie wychodzi się na żadną zewnętrzną galerię.

Zatem zdjęcia widoku z góry nie mamy, jest za to trochę przerażona Mar.
Jak wiecie - mam lęk wysokości.
I to taki srogi ;P

Latarnie morskie kocham jednak do tego stopnia, że zawsze na nie włażę.
I zawsze jestem z siebie dumna!

Mniej zadowoleni za to z tego, że się na nie wspinam są inni zwiedzający - w dół schodzę z prędkością żółwia, trzęsąc się i jęcząc.

No i fokarium!

Nawet, jeśli nie jarają Was zabytki militarne ani latarnie morskie, to i tak musicie odwiedzić Hel - po to, żeby zobaczyć z bliska foki szare.

Zwłaszcza, jeśli macie dzieci - dzieci na pewno będą się cieszyć z tej wizyty.


Fokarium jest obiektem unikatowym w Polsce - to nie jest żaden ogród zoologiczny ani cyrk, to placówka Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego.
Celem jej działalności jest wspomaganie odtworzenia i ochrony fok szarych w Morzu Bałtyckim.

Pracujący tam naukowcy i wolontariusze opiekują się stadem hodowlanym fok szarych (obecnie na terenie fokarium znajduje się sześć fok - dwa samczyki i cztery samiczki), rozmnażają je (a po odchowaniu wypuszczają młode foki do Bałtyku - foczki wypływają zaopatrzone w specjalne nadajniki satelitarne, dzięki temu można je śledzić i dowiadywać się, w jak dalekie rejony morza się zapuszczają :)), monitorują liczebność fok szarych w Morzu Bałtyckim, rehabilitują ranne lub chore foki znalezione na nadbałtyckich plażach i zbierają informacje na temat stanu ich zdrowia/tego co im zagraża/gdzie najchętniej lubią przebywać.

 Prowadzą też działalność edukacyjną.

Właśnie edukacja jest głównym celem, dla którego do fokarium wpuszcza się turystów.

Dzięki pobytowi w nim można dowiedzieć się czegoś na temat ekosystemu naszego morza, poznać innego mieszkańca Bałtyku - Morświna - i raz na zawsze zapamiętać, że jeśli w czasie nadmorskiego wypoczynku napotkamy na swojej drodze foczą istotę, to za żadne skarby nie należy jej dotykać i próbować robić sobie z nią selfie ;)

Foki cenią sobie spokój - lepiej im nie przeszkadzać, bo zaniepokojone mogą ugryźć.
I to dotkliwie ;)

Zwiedzając fokarium można obserwować karmienie i trening medyczny fok - to nie jest pokaz sztuczek, chociaż foki wykonują różne polecenia, podają łapy (a właściwie płetwy), aportują piłki i gumowe kółka, a czasem nawet się obracają.

A za każdą prawidłowo wykonaną czynność dostają śledzia.

Trening służy kontroli stanu zdrowia zwierząt i temu, co najprościej będzie nazwać ogólnym rozruszaniem fok.

Kiedy zwierzę podaje łapę opiekunowie mogą sprawdzić, czy z jego płetwami wszystko jest w porządku, a kiedy wychodzi na brzeg ocenia się stan jego uzębienia i zakrapla mu oczy.

Taki okresowy przegląd, no ;)
Odbywa się trzy razy dziennie.

Godziny treningów i wszystkie przydatne informacje na temat odwiedzin fokarium znajdziecie tu: 

http://www.fokarium.com/wazneinf.html

Od siebie powiem tylko tyle, że jeśli chce się oglądać trening i karmienie fok, to warto przybyć do fokarium jakieś 40 minut wcześniej - żeby zająć dobre miejsce obserwacyjne.
Dzieją się tam cyrki podobne tym z władysławowskiej plaży ;)

Od lewej prezentują się przed Państwem foki: Unda Marina, Bubas i Ania.

Bubas jest wieeeeelki :)
Na zdjęciach tego nie widać aż tak, ale to zacna foka jest ;) 

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Gdańsk.

Nie żeby go zwiedzać - na to zdecydowanie potrzeba więcej czasu, niż nasze dwie spędzone tam godziny.

Ale Stare Miasto zobaczyłam!
Chociaż w części!
I Motławę!

Wstyd się przyznać, ale chociaż dwa lata temu byliśmy z Leszkiem w Gdańsku, to na Stare Miasto nie dotarliśmy.
Nie byliśmy wtedy sami na urlopie, nie mieliśmy auta - wtedy dobiliśmy za to do Sopotu i do Gdyni-Orłowa.
Rok temu, w drodze z Władysławowa, wstąpiliśmy ledwie na Westerplatte - z czego bardzo się cieszę, bo od dziecka chciałam tam pojechać.
Bardzo lubię odwiedzać wszelkie historyczne miejsca.

Gdańsk jest piękny, na mojej liście miejsc, które chcę w nim zwiedzić jest bardzo wiele punktów (oczywiście - latarnia morska jest na pierwszym miejscu ;P).
Będę molestować Leszka o to, żeby przyszłoroczne wakacje spędzić właśnie tam.

Myślę, że w Trójmieście, to już ciepłą wodę przez całą dobę mają ;P
Dwa lata temu była ;P

Do Gdańska zawitaliśmy głównie po to, żeby spotkać się z Ruby Fridays.

Chciałyśmy zobaczyć się od dawna - ale jak dzieli Cię od drugiej osoby pół Polski, to dość trudno to spotkanie zorganizować ;P
Ruby (czyli prześliczna i przemiła Natalia) trochę nas po tych pięknych gdańskich przestrzeniach oprowadziła, za co jeszcze raz w tym miejscu wraz z Lechem dziękujemy!

Lechu cyknął nam pamiątkowe foty.
Miałam sporo oporów przed wrzuceniem ich w sieć, bo przy eleganckiej i stylowej Natalii ja w moim typowo turystycznym stroju, w zakurzonych trampkach, kapeluszu kompletnie do nich niepasującym (zabrałam go z auta po to, żeby Natalia mogła nas rozpoznać w tłumie ;P) i w potarganych od wiatru włosach wyglądam jak Kopciuszek... ale post okolicznościowy to post okolicznościowy, niech będą!


Kochana - mam nadzieję, że jak za rok uda nam się przyjechać do Trójmiasta na wakacje, to razem wybierzemy się na plażę ;)
Mnie nie odmówisz ;P
Jak odmówisz, to Cię zagadam na śmierć ;P

O!
A taki to lokal minęliśmy w drodze do jakiejś kawiarni, w której można było na spokojnie usiąść i pogadać - co prawda jego nazwę pisze się trochę inaczej, niż nazwę mojego bloga (a po wizerunku Marleny Dietrich wnioskuję, że pisać powinno się ją w jeszcze inny sposób - no, kto błąd znajdzie?), ale nie mogłam się powstrzymać przed uwiecznieniem go ;)


No - i tak mi minął ten urlop ;)

Zbyt szybko, w każdym razie ;P
Uwierzcie mi - tak mnie rozleniwił, że teraz nie chce mi się nic.
Kompletnie!

Dobrze, że sierpień zapowiada nam się też dość wyjazdowo - w ten weekend wybieramy się do Warszawy (odwiedzamy moją bardzo dobrą koleżankę z polonistyki i jej narzeczonego - bardzo się stęskniłam za Jolą i nie mogę się doczekać piątku!), w kolejnym pewnie odwiedzimy Kraków (planowaliśmy, że zrobimy to w ten weekend, ale tęsknota za Jolą była silniejsza :>).

A może potem też gdzieś wyskoczymy?

Ja jestem leniwa, ale Lechu jest człowiekiem czynu, więc kto wie - jest opcja, że gdzieś mnie jeszcze w te wakacje porwie ;P

Trzymajcie się - za kilka dni wrzucę tu posta z moim nadmorskim "outfitem".
Będziecie mogli popodziwiać Mar zsuwającą się z falochronu ;P

Ściskam Was bardzo i ciepło pozdrawiam,

Wasza Mar!

P.S. Na pytania o to, gdzie jest moja nadmorska opalenizna odpowiadam już tu - chociażby na nogach ;P Można porównać odcień skóry na moich nogach z tym z poprzedniego posta.
Zmieniłam kolor ze śnieżnobiałego na biały?
Zmieniłam.
No to o co chodzi ;P?

P.S. (2) Wspomniane przeze mnie na posta początku dwie pozostałe pamiątki... to maskotki Furby'ego :D
Pierwszego dnia pobytu wypatrzyłam taką w automacie z zabawkami.
Takim, z którego ponoć można jakąś zabawkę wyciągnąć, jak się wrzuci monetkę i wajchą pokręci.
Tak głosi legenda, bo nie znam nikogo, komu by się to udało.
Ja też Furby'ego nie wyciągnęłam ;P

Żebym nie płakała, to Lechu kupił mi dwie takie maskotki na pobliskich straganach - jedną wtedy, a drugą w dniu wyjazdu.

Te zabawki przypomniały mi, że w dzieciństwie marzyłam o "prawdziwym" Furby'm.
I nigdy go nie dostałam :( Leszek obiecał mi więc, że on mi go podaruje :D
Od trzech dni nie myślę o niczym innym, tylko o tym... który model wybrać :D
I oglądam w internecie filmiki, na których Furby tańczy do "Ona tańczy dla mnie" ;P

Tak, też sądzę, że zaszkodziła mi któraś z zeżartych na urlopie ryb.

Ciekawe, czy będzie gorzej...

środa, 15 lipca 2015

Warkocz i niby-zamsz

"Warkocz" to dla mnie słowo, po usłyszeniu którego dostaję drgawek.

 

 Ten nieszczęsny warkocz bowiem prześladował mnie przez całe moje dzieciństwo.

Każdego ranka trefiła mi go na głowie mama - ku mojemu niezadowoleniu i wydawanym przeze mnie wówczas krzykom rozpaczy.



Od zawsze miałam gęste i grube włosy, nie wiedzieć więc czemu rodzice postanowili hodować je na mojej głowie długie do granic możliwości - tak, jakby nie domyślali się, że może mi to przeszkadzać i ciążyć.

Kilka razy sięgały nawet za moją pupę - nigdy jednak nie wolno było mi wyjść z domu z włosiem rozpuszczonym, smaganym wiatrem, powiewającym na nim.
Takie próby zawsze kończyły się ganieniem mnie i ostrzeganiem, że się potargam, że chodź, chodź, Martysiu, popleciemy, kokardkę zawiążemy - będzie ładnie...

Czasami udało mi się wybłagać zwykłego "kucyka", ale to zdarzało się naprawdę rzadko ;)
A ja tak chciałam pobiegać sobie po przyblokowej łące z fryzurą rodem z tych wszystkich baśni, do których ilustracje przeglądałam wówczas z wypiekami na twarzy (czytać jeszcze wtedy nie umiałam)...

Nie było mi więc dane się nimi nacieszyć...

Kobieta zmienną jest i zaczyna nią być już w wieku kilku lat, nic zatem dziwnego, że w okolicach zerówki łażenie z warkoczem mi się znudziło.
Chciałam się go pozbyć, mieć krótkie włosy przepasane opaską (najmodniejsza dziewczęca fryzura okolic roku '95) ale to wcale nie było takie łatwe - rodzice bronili tego mojego warkocza, jakby był ze złota.

Na początku podstawówki mówiono mi, że mam zapuszczać włosy do dnia Pierwszej Komunii, że potem mi się je obetnie.

Guzik!

Nie dość, że wcale mi ich nie obcięto, to jeszcze nawet w dniu uroczystości nie pozwolono mi ich rozpleść.
Były plany zakręcenia na nich loków.
Mama sprowadziła wtedy do domu nawet jakąś fryzjerkę, która to miała się podjąć misji zalokowania małej Mar - misja się nie powiodła, loki rozkręciły się po piętnastu minutach (nic dziwnego, kto to widział grube, sztywne i długie włosy, na których to się udało?).
Mama się zdenerwowała, fryzjerkę pogoniła i dawaj - jęła pleść warkocz.

Byłam wściekła, bo wszystkie dziewczynki (z wyjątkiem tych krótko obciętych - farciary...) przystąpiły do komunii z burzą puszczonych luzem włosów.
A ja - choć naprawdę miałam włosy najdłuższe i najmocniejsze i wszystkie Agniesie z Dominikami oraz Kasiami mogłyby mi ich zazdrościć - stałam w tej na biało przybranej ławce z moim nieszczęsnym, ciężkim jak wszyscy diabli (hehe, trochę to porównanie nie na miejscu ;)) warkoczem i zgrzytałam zębami.

Właściwie nie wiem, skąd w mojej mamie ten lęk przed pozwalaniem mi na chodzenie w swobodnie puszczonych włosach.
Bała się, że ktoś mi je zauroczy? Że coś mi się w nie wplecie (nietoperzy w łódzkiem nie ma, a poza tym one wcale się wplatać we włosy nie lubią)? Że oślepnę (moja ówczesna wychowawczyni wygadywała takie bzdury - że jak dziecku włosy wchodzą do oczu, to wzrok mu się od tego psuje... przecież jak coś człowiekowi do oka włazi, to bierze i to odgarnia... tak, no - uroki wychowywania się i edukacji na prowincji, musicie to zrozumieć -.-)?
Do dziś tego nie pojęłam.

Mama zapytana o to mówi zawsze coś w stylu: "Oj tam, ładnie ci przecież było w warkoczu".
Nie - nie było.
Może w czasach przedszkola, kiedy byłam małym pulpetem, miałam pucołowate policzki i rumieńce.
Wtedy wyglądałam z tym warkoczem (albo dwoma!) przeuroczo, zwłaszcza jak mi się go przewiązało kokardką.

Potem schudłam i związywanie mi włosów połączone z wysokim ich upinaniem tylko wywoływało we mnie kompleksy.
Bardzo nie lubiłam siebie w takiej fryzurze, nie wyglądałam w niej dziewczęco.
W dodatku dość wcześnie zaczęłam chorować na trądzik i jedyne na co miałam ochotę, to zasłonienie mojej facjaty przed światem - najlepiej workiem, ale włosy też by dały radę.

No i rzecz najważniejsza: miałam najserdeczniej w świecie dość tych wszystkich zabiegów pielęgnacyjnych, jakich wymagały moje włosy - mycie zajmowało pół godziny, suszenie półtorej, a codzienne zaplatanie warkocza zmuszało mnie do wstawania przed szóstą rano.
Nigdy też nie umiałam sama go na sobie wykonać, więc jeśli mama musiała wyjść z domu bardzo wcześnie, to i ja musiałam zerwać się na nogi o świcie.
Nie jestem bez winy - nigdy nie wyrażałam zainteresowania ogarnięciem tej trudnej sztuki "warkoczowania".
Stwierdziłam, że sama na siebie bata kręcić nie będę i własnoręcznie oszpecać się nie zamierzam!

Włosy obcięto mi (do ramion! jaka ja byłam szczęśliwa!) w wakacje przed moim pójściem do piątej klasy szkoły podstawowej, kiedy to po raz pierwszy jechałam na kolonie - mama i babcia jednogłośnie stwierdziły, że nie będę ich na pewno umiała nawet sama dobrze rozczesać i wreszcie pozbyłam się mojego zatyłkowego balastu.

Później zapuściłam je na nowo, jednak nigdy już nie wyhodowałam ich tak długich.
No i nikt już nie był w stanie zmusić mnie do związywania ich ;P
Okresami miewałam też krótką czuprynę - a nawet bardzo krótką.
Ale to już w czasie pierwszych studiów.

Najbardziej lubię siebie w półdługich włosach sięgających za ramiona, takich które zasłaniają mi policzki.
Czuję się bezpiecznie, kiedy wiem, że mogę się nimi zakryć ;)
Zwłaszcza, kiedy wychodzę do ludzi bez makijażu.
Jak powszechnie wiadomo - warkocz tego nie ułatwia ;P

Długi to wywód, wiem, ale czasami pytacie mnie, dlaczego zawsze mam taką samą "fryzurę".
Teraz już wiecie, dlaczego ;)


Nigdy więc nie sądziłam, że kiedykolwiek jakaś siła (albo człowiek jakiś) zmusi mnie do ponownego związania moich włosów w warkocz.

Zmusiłam się sama.
Łatwiej poszło, niż mogłam przypuszczać.


Ostatnie miesiące to apogeum mojej od czasu do czasu tylko ujawniającej się dotąd miłości do stylu boho i wszelkich wokół niego kombinacji.
Sporo kojarzących się z nim atrybutów chętnie dość przygarnęłam do swojej szafy i równie też chętnie zaczęłam je na siebie przywdziewać.
A to mi się zaczęły podobać kapelusze z dużym rondem, a to z kwiatami się polubiłam...

Któregoś dnia na jakimś lookbook'u albo innej chictopii trafiłam na profil użytkowniczki, która w swoim albumie z inspiracjami umieściła około dwustu zdjęć przedstawiających dziewczyny ubrane w stylu folk/boho... i z warkoczem na głowie :)

O, rany!
Jakże mi się te zdjęcia podobały!


Pomyślałam sobie, że dobra, no - masz przecież plan skrócenia włosów, Mar, wkrótce już nawet związanie ich w koński ogon będzie problematyczne.
Uczesz się w ten warkocz choć raz, może fajnie będzie, a w każdym razie - inaczej jakoś.

Jak zaplanowałam, tak zrobiłam - efekt był tak ciekawy i tak się w lustrze poznać nie mogłam, że z miejsca wykonałam szybki telefon do Lecha.
Stwierdziłam, że nie ma opcji: idziemy na zdjęcia!
Teraz, zaraz - niech po powrocie z pracy bierze aparat i focimy, focimy!
Bo jak tak pochodzę z tym warkoczem za długo, to jeszcze dojdę do wniosku, że mi się nie podoba, rozmyślę się i przepadnie okazja do wprowadzenia pewnej odmiany wizerunkowej na blogu ;)

No i jest warkocz, proszę Państwa ;)

 Jak już warkoczu utrefionym został, to trzeba było dobrać do niego jakieś ciuchy, które fajnie by się z nim prezentowały.
Warkocze kojarzyły mi się zawsze z takim nieco bardziej kowbojskim stylem, a że w mojej szafie niewiele tego typu ciuchów jest, to postawiłam na improwizację.

Najbardziej "w klimacie" wydawała się być marynarka, o której zakupie donosiłam Wam jakiś już czas temu na facebook'u.

Tak, to jest MARYNARKA.

A przynajmniej tak nazywał się ten ciuch na Zalando, gdzie go dojrzałam.
Marynarka z frędzlami - z poliuretanu.
Tak było napisane.
Marynarki z frędzlami jeszcze u nikogo nie widziałam - bez namysłu zatem zamówiłam, a co!
Kto bogatemu zabroni!

Maturę zdałam jakiś już czas temu, z chemią za wiele kontaktu od ukończenia edukacji licealnej nie miałam... ale najwidoczniej mam spore w niej braki, skoro nie spodziewałam się, że materiał poliuretanowy okaże się być czymś udającym zamsz.

No i że ciuch będzie bardziej kurtkę, niż marynarkę przypominać ;)

Po odpakowaniu przesyłki bardzo się więc zdziwiłam.

Ale że zamsz jest teraz ponoć "w trendach" i że mój zakup bez względu na jego przynależność gatunkową i tak podobał mi się bardzo... to mimo niezgodności zostawionym i nieodesłanym został ;)

Dumna z niego jestem, bo rożne już tej wiosny i lata frędzlowe okrycia wierzchnie widziałam, ale takiego - nie.
Takiego jeszcze u nikogo nie wypatrzyłam ;)


Lubię tę moją niby-zamszową ni kurtkę, ni marynarkę - za to między innymi, że ciężko ją pognieść.
Nawet zwinięta w kulkę i upchnięta w torbie po wyjęciu z niej prezentuje się jak prosto z wieszaka ;)


Do kurtki dobrałam kolejną z moich względnych nowości - naszyjnik, który upolowałam ostatnio w Stradivariusie.

Ciężko namówić mnie na zakup biżuterii, częściej traktuję ją jako zbędny dodatek, niż ozdobę... ale to cudo zauroczyło mnie z miejsca ;)


Torbę już znacie - podobnie jak kurtka wykonana jest (w niektórych miejscach) z czegoś, co ma zamsz przypominać.
Pomyślałam więc, że będzie do niej pasować.


Jest fedora - no bo jakby to było, gdybym miała kapelusza nie założyć ;)?
Melonik mi się tu słabo dość widział.


Są wreszcie szorty - coś, co zdaje się być ciuchem u mnie niespotykanym.
Wszak cały niemal rok łażę zwykle w długich spodniach.
Cieńszych, grubszych.... ale w długich ;)


Czasami jednak wybieram krótsze - co widać na załączonych obrazkach ;)


W zasadzie, to wypadałoby uzupełnić te moje szortowe zapasy.
Oprócz tych ze zdjęć mam tylko ich bliźniaczą parę - granatową.
Rozważałam zakup jakichś innych - docelowo miały mi posłużyć na wkrótce rozpoczynanym przeze mnie urlopie.

Ale że prognozy nań układane jakieś takie mało upalne się wydają... to odpuściłam.
Stwierdziłam, że pewnie i tak będą się kurzyć w szafie albo gnieść w torbie.
Może będę żałować - w razie czego za rok będę już mądrzejsza.


Fedora - H&M
Okulary - SinSay
Kurtka/Marynarka - Only (Zalando)
Naszyjnik - Stradivarius
Top - H&M
Szorty - H&M
Listonoszka - H&M
Sandały - Catwalk (Deichmann)


Powiem Wam, że nie mogę się już doczekać mojego sobotniego wyjazdu.
Kilka ostatnich dni spędziłam na kończeniu pracy licencjackiej, więc jestem już bardzo, ale to bardzo zmęczona.
Chcę odpocząć, popodziwiać zachód słońca nad Bałtykiem, porozczulać się nad fokami w helskim fokarium, zdobyć kolejną latarnię morską i objeść się do bólu brzucha goframi z bitą śmietaną.
Albo wędzoną rybą.
Może być nawet i tym i tym naraz - wszystko jedno, szpitale tam jakieś mają, ja po prostu chcę już wyjechać z Łodzi!

W ogóle najbliższe dni zapowiadają się super, bo po powrocie znad morza wybieramy się z Lechem do Krakowa.
Parę już razy wspominałam Wam o tym, że swego czasu pomieszkiwałam w tym mieście - nic więc dziwnego, że przez trzy lata nieobecności w nim zdążyłam się za Krakowem stęsknić.

Także tego - jeśli wśród moich czytelników jest jakaś krakowska dusza, która chciałaby się ze mną spotkać, to zapraszam do kontaktu.
Chętnie się z Wami zobaczę :)

Ściskam bardzo i pozdrawiam ciepło,

Wasza Mar!

P.S. Dobra, już wiem, skąd ten warkocz! Mama sobie przypomniała!

Ponoć gdzieś w okolicach początków mojej edukacji przedszkolnej, kiedy to na imieninach dziadka pozwolono pohasać mi w rozpuszczonych włosach, wpadłam na genialny pomysł przytulenia się do wentylatora - w który, oczywiście, te moje długie kłaki się wkręciły.... ^^

Nic więc dziwnego, że potem rodzice bali się puszczać mnie do ludzi bez zabezpieczenia w postaci warkocza ;P

Co jak co, tulenie się do wiatraka to idea prawie tak genialna, jak huśtanie na huśtawce jarzębiny - to chyba mniej więcej w tym samym czasie było.
Huśtałam kilka kiści jarzębiny, jedna mi spadła, schyliłam się po nią.... a huśtawka była w ruchu ;)

Finał historii jest prosty do przewidzenia ;)
Dobrze, że skończyło się na rozciętym uchu.

Tak,  byłam dzieckiem bardziej kreatywnym, niż można przypuszczać ;)