sobota, 29 sierpnia 2015

Lniana parka i krótki kombinezon

Dawno nie było tu mojego melonika, prawda?


Dawno, przyznaję.


Mając zatem inną jeszcze "sesję" w zanadrzu postanowiłam najpierw wrzucić tę, żebyście się za widokiem Mar w meloniku nie stęsknili i nie stęskniły ;)



Przyznam szczerze, że od pewnego czasu nie darzę go już takim uczuciem, jak kiedyś ;)

Nie to, żeby mi się znudził - nic z tych rzeczy.

Jakoś tak... od pewnego czasu bardziej podobam się sobie w fedorze.

Mało tego - na oku mam jakiś inny kapelusza model, taki fedoropodobny, z mniejszym jednak rondem.
Do tego to doszło, taka to poliamoria, taka rozpusta.
A melonik leży na komodzie i płacze.


Nie wiem, skąd ta zmiana - wszak przez większą część minionego roku z melonikiem praktycznie się nie rozstawałam.

Chociaż...

Jeśli w czymkolwiek miałabym upatrywać przyczyn tego ochłodzenia uczuć między nami, to w moim od jakiegoś czasu trwającym romansie z tym, co kiedyś już Wam opisać próbowałam, a co nazwałam surowym nieco, miejskim "minimalem".

Te wszystkie piękne panie rodem z lookbooka Mango w melonikach nie chadzają ;P


Usilnie próbuję i ja choć w dwóch ze stu procent wszelkich moich bardziej i mniej (raczej tych drugich) codziennych połączeń upodobnić się do nich - niestety, słabo mi to wychodzi.
Ale nie poddaję się - ciągle kombinuję ;P


A tak poważnie - we wrześniu bronię mego w bólach rodzącego się licencjatu (jeszcze ciągle się nie urodził, zostały mi sprawy bardzo końcowe, a ja nie mogę, nie mogę na niego patrzeć - przynajmniej pewną jestem, że z własnej woli nie będę pchać się na żadne podyplomówki... zdecydowanie - osiem lat ciągiem odbywanej w trybie dziennym edukacji, to za dużo jak na mój umysł, czuję się przeciążona), mam ambitny plan znalezienia pracy nieco bardziej poważnej od wszystkich mych dotychczasowych prac (mam też do tego motywację - dojrzałam wreszcie do takiej pełnej, "prawdziwej" przeprowadzki do Lecha, takiej co to nie cztery pary butów w jej trakcie się przewozi, a czterdzieści i nie jeden kosz z kosmetykami, a piętnaście, a takie mieszkanie na "swoim" wymaga pewnej niezależności finansowej), zatem zapewne nieuniknionym stanie się to, przed czym tak długo się wzbraniałam: konieczność zmuszenia się do noszenia nieco bardziej "biurowych" połączeń.

Chociaż może "biurowe", to określenie na wyrost - ani do korporacji się nie pcham ani urzędniczką zostać nie zamierzam.
Zapeszać nie będę, szczegółów nie pozdradzam zatem.

Wiecie o co chodzi - o takie bardziej klasyczne ciuchy.

Lepiej, bym do odstawienia tych wszystkich frędzli, meloników i innych dla przeciętnego człeka cudacznych rzeczy odwykała powoli, niż z dnia na dzień pozbawiona możliwości człapania do pracy w meloniku i sandałach na traktorowej podeszwie miałabym pójść do nowej roboty w czymś od dawna niemodnym ;P

Wbrew pozorom (i mojej wiele razy podkreślanej w postach na blogu niechęci do elegancji) przez kilka ostatnich lat udało mi się zgromadzić w szafie wiele ciuchów, które od biedy jakoś tam eleganckie albo choć dość klasyczne są, jednak wielu z nich kompletnie nie umiem ograć.
Trochę pracy przede mną, ale skoro udało mi się kiedyś tam zdać egzamin z logiki i z teorii literatury, to i z tym sobie poradzę.
Wszak to mniejszy poziom abstrakcji, niż tamte cuda, a ja dość bystra jestem - pocisnę.


Dość ględzenia - jest melonik.
Tęskniliście, to powrócił.

Gdyby nie to, że obiecałam Wam w poprzednim poście kontynuację przeglądu lnianych ciuchów Mar, to pewnie by się nie pojawił.
Ale że z tą lnianą parką noszę tylko jego, nie fedorę, to nie było wyjścia ;)


Tak, to o tym lnianym cudzie wspominałam dwa tygodnie temu.
Kupione w końcu wiosny nie sprawiało wrażenia ciucha tak uniwersalnego, jakim być się okazało.


Parkę kupiłam pod wpływem impulsu, zachwycona jej luźnym krojem, długim tyłem, ściąganym kapturem i oliwkowym nieco odcieniem zieleni, który od zawsze lubiłam i który uznaję za jeden z lepiej do mojego koloru włosów pasujący.

Po przyniesieniu jej do domu doszłam jednak do wniosku, że nie będę miała jej do czego nosić.
Wszak miłośniczką długich spacerów nie jestem, czasu na nie też mam mało, a parki to ciuchy wybitnie spacerowe.


Coś mnie jednak podkusiło i w chwili ostatnich dopakowywań wakacyjnego bagażu postanowiłam zabrać ją ze sobą nad morze.
Tam okazało się, że takiego ciucha od dawna w mojej szafie brakowało.

Z powodzeniem zastępowała mi wszystkie fikuśne swetry i narzutki, które ładne i fajne są - prawda - ale które na urlopie egzaminu nie zdają, bo raz, że sporo miejsca w walizce zajmują a dwa, że pozbawione dodatków w postaci fajnych butów czy kapelusza same wyglądają... dziwnie.
A jak wiecie - ja się na urlopie stroić nie lubię.

Parka nie wymaga towarzystwa żadnych specjalnych dodatków.
Fajnie wygląda z dżinsami, trampkami i koszulką.
Sama w sobie jest dość zdobna.


Poza tym - ze względu na kaptur naprawdę dobrze chroni przed wiatrem, a że przewiewna jest (bo lniana), to i gdy słońce zza chmur wyjdzie i wiatr ustanie zgrzać się w niej nie idzie.
Ze swetrami zaś bywa różnie.


Oczywiście - jak to len - gniecie się koszmarnie.
I koszmarnie prasuje.

Dla potrzeb tych zdjęć nieco bardziej przyłożyłam się do jej prasowania (tak bardzo starałam się ją wyprasować, że gdzieś w okolicach któregoś ramienia ją przypaliłam - tak, dobrze myślicie: ten upalony fragment wcale się nie wyprasował tak, jak miał :> Marowa dola...),
ale i tak wprawne oko stałego blogów bywalca wyczulonego na wszelkie blogerek niedociągnięcia dojrzy wszystkie te jej zagniecenia ;)

Wybaczam jej to jednak, bo choć len tego lata wyjątkowo modnym był, a i parki jakiś renesans ostatnio przeżywają, to nikogo w podobną odzianego na ulicy nie spotkałam.

Plus sto do oryginalności.


Nie jest jednak moja parka ciuchem jedynie na "pociurkę" (tak moja mama określa ubrania noszone tylko po to, by coś na siebie przyrzucić - te, które nie mają spełniać żadnej funkcji estetycznej, a jedynie użytkową).
Bardzo fajnie prezentuje się z jakimiś bardziej wyjściowymi rzeczami.


Na przykład - z tym kombinezonem.
Jest, wreszcie jest ten wspominany Wam od miesięcy kombinezon!

Niewiele razy tego lata został założony.
Przyczyna jest prosta - jak większość kombinezonów nie leży na mnie tak jak powinien.

Jak widzicie na zdjęciach - noszę go w wersji nieco podciągniętej do góry i przepasanej paskiem.
Górna jego część układa się wtedy na wzór falbany.
To zabieg celowy.

Jego stan jest na mnie za długi - gdybym chciała obciągnąć nogawki i nosić kombinezon bez "falbany", to krok wypada mi gdzieś w okolicach kolan, a dekolt.... przy pasie.
Nic na to nie poradzę - wzięłam najmniejszy rozmiar, jaki był w sprzedaży (32).
W sklepie nie przyjrzałam mu się tak wnikliwie, jak powinnam.

Ale że ładny był i z materiału przyjemnego (wiskoza), to żal mi było go oddawać.

Pasek jest tu konieczny - trzyma mi pas na wysokości pasa ;P
Choć kombinezon ma w tym miejscu gumkę, to gumka ta jest dość luźna i po kilku krokach kombinezon zjeżdża w dół.

Różne paski do niego dobierałam.
Do oliwkowego odcienia parki najbardziej pasował mi ten brązowy - odjęty od jakiegoś starego swetra kupionego lata temu w Bershce.

Żeby być konsekwentną - skoro brąz na pasku, to i brąz na biżuterii.
Przy okazji kompletowania tego zestawu przypomniałam sobie o tym naszyjniku z Reserved.

Lubię go bardzo, bo nie jest zbyt oficjalny.
Co jak co, ale "poważnej", eleganckiej biżuterii nie trawię.
Takie etniczne nieco cuda o wiele bardziej od niej trafiają w moje gusta ;)


Lubię te zdjęcia - w trakcie ich robienia udało się kilka razy uwiecznić mnie w wersji uśmiechniętej, także będzie to jakaś miła odmiana od poważnej zwykle Mar, jaką najczęściej bywam na blogu ;)


Tych i te z Was, którzy i które zamierzają mi tu pomarudzić, że mało tego kombinezonu, za mało go widać pragnę uspokoić - powróci w kolejnym poście.
Co prawda też nie będzie występował solo, ale następny post wrzucę jako dowód na to, że i nie do końca trafiony zakup można jakoś ograć.
Ja z tego ciucha zrobiłam coś w typie basic'u pod wszelkie okrycia wierzchnie.

Za tydzień zaprezentuję go Wam z kamizelką.
I w nieco bardziej minimalistycznym wydaniu ;)


Melonik - H&M
Okulary - C&A
Naszyjnik - Reserved
Lniana parka - no name (Butik Nashe - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Kombinezon z krótkimi nogawkami - H&M
Pasek - Bershka
Listonoszka - H&M
Buty - Deichmann


Bardzo Was przepraszam, że tak długo musieliście i musiałyście czekać na tego posta - trochę rzeczy się na ten przestój złożyło: w weekend byliśmy w Krakowie (Bogu dziękuję, że nie zamieszkałam w tym mieście - ładne jest, pięknie tam, ale te dzikie tłumy turystów i hipsterskie nocne klimaty są zdecydowanie nie dla mnie... o wiele bardziej cenię sobie spokój Łodzi, czy Częstochowy), a w tygodniu Leszek zmuszony był ogarniać wiele ważnych rzeczy w pracy.
Nie miałam serca zawracać mu głowy wybieraniem i obróbką zdjęć.

W większości jesteście dorosłymi i również pracującymi ludźmi - na pewno zrozumiecie.

Ściskam Was (upały minęły, już ściskać można!) i pozdrawiam,

Wasza Mar

P.S. Za tydzień znowu wracam do Krakowa!
I to na wesele - u fajnych ludzi, co prawda, ale jak się tak wesel jak ja nie znosi, to się drgawek dostaje już na tydzień przed...

sobota, 15 sierpnia 2015

Lniane spodnie i koronkowa bluzka z wiązaniem

Upałów nie lubię tak samo, jak zimna.


W naprawdę gorące dni wcale nie kłamię, kiedy mówię, że nie mam się w co ubrać.


Bo nie mam!


We wszystkim jest mi gorąco! Czy założę cienką, białą (tak! mam taką - po babci ;P) sukienkę, czy czarną koszulę i szorty - i tak umieram.

Ale że jakoś radzić sobie trzeba, to często latem sięgam po materiał, który najbardziej wydaje się być w upały odpowiednim - po len.


Len jest przewiewny, miękki i człowiek poci się w nim zdecydowanie mniej, niż kiedy zakłada na siebie coś z innego materiału.



Prezentowane Wam dziś spodnie nie są wykonane z czystego lnu - to mieszanka z bawełną.
Pomimo tego są jednymi z moich ulubionych w te dni, kiedy jest naprawdę ciepło, a ja muszę długie portki na siebie wdziać.

Kupiłam je kilka lat temu.
Jak większość moich rzeczy - za grosze.
Wypatrzyłam je w czasie, kiedy kosztowały złotych osiemdziesiąt, a upolowałam na wyprzedaży - za trzy dychy.
Z racji ich bryczesom podobnego kroju (kocham bryczesy nad życie!) nosiłam je z upodobaniem nie tylko w dni upalne, ale i jesienią - łącząc je z topem-tubą bez ramiączek i z marynarką.
Swego czasu było to jedno z moich ulubionych połączeń.


Pomimo wielu prań służą mi dobrze.
Choć nie cierpię ich prasować: jak każda rzecz z lnu lub z jego domieszką prasują się koszmarnie.
I ledwo już, człowieku, ucieszysz się z sukcesu i na tyłek je założysz, to spróbuj tylko gdzieś w nich usiąść... zagniecenia gotowe.

Taki lnu urok.


Zdjęcia z dzisiejszego posta wykonaliśmy z Leszkiem w początkach lipca (tak, te zdjęcia są dowodem na to, że kiedy w lipcu donosiłam Wam, że skróciłam włosy, to nie kłamałam ;P tutaj byłam świeżo po wizycie u fryzjera ;P) - wybieraliśmy się akurat na obiad z okazji imienin jego Mamy.
Było naprawdę ciepło, choć nie tak gorąco, jak przez ostatnie dni.
Nie chciałam zakładać sukienki - sukienek raczej nie lubię (o czym dobrze wiecie).
Trzeba było wykombinować jakieś inne połączenie - coś ładnego, dość eleganckiego, ale też nieprzesadnie formalnego: wszak miał być to obiad w restauracji co prawda, ale w wąskim gronie rodzinnym spożywany.

Padło więc na te spodnie.


W samych spodniach pójść nie wypada - na "górę" wybrałam więc łup z początków tegorocznych "sejli": białą bluzkę z pięknym, koronkowym tyłem i wiązaniem.

Bluzka jest jednym z niewielu obiektywnie ładnych ciuchów, jakie mam w szafie.
Owszem, szafa moja pełna jest rzeczy innych, dziwnych i ciekawych - ale takich uroczych w pełni za wiele w niej nie ma.

Także - taka odmiana na pewno jej nie zaszkodzi ;)

Swoją drogą - zakup tej bluzki uświadomił mi, że bardzo dobrze zrobiłam nie wyrzucając jakiś czas temu cielistego biustonosza.
Mam taki jeden - jest paskudny jak nie wiem, wygląda jak stanik dla kobiety karmiącej, ma szerokie ramiączka i nie nadaje się do pokazania światu.
Ale przy tej bluzce sprawdził się wybornie - widać, że mam stanik?
No nie ;)

Zatem raz na coś się przydał ;P


Wszystkie dodatki były już kiedyś na blogu.

Bransoletę pokazywałam Wam ubiegłej jesieni, o tu.

Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym założyć do tego połączenia jakąkolwiek inną biżuterię.
Wiele z Was zdecydowałoby się zapewne na srebrny łańcuszek albo jakąś równie delikatną bransoletkę - ja takich rzeczy nie mam, nie noszę i nie lubię. Ratowałam się więc po swojemu.

Kopertówka pojawiła się na blogu w maju, tu.

Jest jedyną "wyjściową" kopertówką jaką mam, więc to był taki wybór z przymusu niejako ;)


A szpilki prezentowałam Wam w grudniu: klik.

Nadal są moimi jedynymi szpilkami, bo zakup innej pary (wykonanej z jakiegoś mniej lakierowanego materiału) ciągle wypada mi z głowy.
Zawsze mam na niej jakieś ważniejsze wydatki ;P

Wielkiej wtopy na tym obiedzie nie było - nikt na mój widok głowy nie odwracał, nikt nie był zgorszony... misja pod tytułem "elegancka, letnia Mar" chyba się udała ;)

Patrzcie na te zdjęcia i napawajcie się takim mym wydaniem na zapas, bo nieprędko kolejne tego typu na blogu zagości.
Pamiętajcie - bieli z czernią nie lubię, elegancji także: więc jak najrzadziej, jak najrzadziej wolałabym musieć tak się ubierać ;P


A!
Baczny obserwator zauważy, że taka coś nagle blada na tych zdjęciach jestem - no to teraz wiecie, że jak dwa posty temu pisałam, że się nad morzem opaliłam, to nie zalewałam.
Tak, "naturalnie" jestem właśnie taka mleczna ;)


Porównajcie odcień mojej skóry z tych zdjęć z tym z wakacyjnego posta ;)
Jest różnica ;)


Bluzka - H&M
Spodnie - H&M
Okulary - no name (Rossmann)
Bransoleta - no name (Butik Nashe - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Szpilki - Romeo Rotti
Kopertówka - no name (Allegro)


Zapewne zaskoczeni i zaskoczone jesteście, że dziś tak mało tu mojego pisania.
O, nie - w taki skwar, to nawet mnie się nie chce gadać.
Nie ma opcji!

Idę więc - tym razem nie ściskam, bo kto w upały chce się przytulać ;P?

Pozdrawiam,
Wasza Mar!

P.S. To już pewne - w następną sobotę jestem w Krakowie! Kto więc chciał się spotkać niech potwierdza!
P.S. (2) Furby przeżył :D Radość była ogromna :D
P.S. (3) Następny zestaw też będzie z lnem w roli głównej - kto odwiedza mojego Facebook'a i pamięta w co byłam odziana w Warszawie, ten zapewne już domyśla się o jaki ciuch chodzi ;) 

piątek, 7 sierpnia 2015

Chusta XXL - wersja nadmorska

Jak się już nad morzem było, to nie ma zmiłuj - sesją nadmorską pochwalić się trzeba. 


Wszak zdjęcia na plaży to większy "must have", niż najpiękniejsza nawet letnia sukienka albo najmodniejsze danego roku sandały ;)


Prawda?



No pewnie, że prawda ;P


Dlatego i ja postanowiłam, że nie jak w roku ubiegłym dwa, a przynajmniej pięć razy tyle zdjęć na plaży tego lata mieć zrobionych chcę ;P

A jak dobrze pamiętacie - kiedy ja sobie coś postanowię, to niech się nawet wali i pali: na swoim postawić muszę!

Zapytacie pewnie - no dobra, ale jaki to problem cyknąć te foty nad morzem, skoro już się nad nim jest?

Ooooo, Moi Mili - to nie są proste rzeczy ;)

Zwłaszcza, jeśli jest się takim leniem jak ja, który na urlopie objawia skłonność do tego, by bardziej przypominać Pana Żula spod lechowego bloku (rezyduje ich tam kilku - kto z Was jest z Łodzi i odwiedził kiedyś Milę przy Łagiewnickiej, ten wie, że nie zalewam :>), niż królową nadmorskiej promenady.
Otóż ja na urlopie łażę zwykle w rozciągniętym podkoszulku, starych trampkach i polarowej bluzie - w tej ostatniej dlatego, że nad morzem zawsze jest mi chłodno, choć jest to chłód przyjemny.
A w takim stroju ciężko jest wyglądać stylowo i tak, żeby wstydu w blogosferze nie było ;P

I w tym roku miałam spore problemy z tym, by zmusić siebie samą do włożenia nieco gustowniejszego przyodziewku.


Do prób poprawy kwestii estetyki mego urlopowego stroju skutecznie zniechęcało mnie przedpotopowe żelazko, które zastałam na kwaterze - prasowanie nim czegokolwiek zajmowało wieki i przynosiło średnie efekty.
A pech chciał, że wszystkie bardziej wyjściowe ciuchy jakie zabrałam ze sobą gniotły się okropnie!

Z tego też względu odpuściłam sobie sesję we wspominanym Wam już dawno temu czarnym, zwiewnym kombinezonie - prasowałabym go chyba do Sylwestra.
A poza tym, głupia, zaplanowałam sobie do niego założenie ślicznych, brązowych sandałków.
Nie jestem pewna, czy one przeżyłyby spacer po plaży - Lechu też mi go odradzał.

Odpadł kombinezon, odpadły sandałki - odpadł i słomkowy kapelusz.
Ale spokojnie - w Łodzi też mamy plaże, może jeszcze się zdąży jakoś go na zdjęciach uwiecznić ;P

Druga rzecz - lato ma to do siebie, że słońca jest w czasie jego trwania mnóstwo.
A na dodatek to słońce jest bardzo ostre.
Zdjęcia wypada więc robić albo popołudniem (im późniejszym, tym lepiej dla zdjęć) albo wczesnym rankiem, w okolicach świtu.

Świt wydawał się lepszy od popołudnia - mniejsze ryzyko napotkania chmary ludzi włażących w kadr.
Bo w ciągu dnia i wieczorami ludzi po Władysławowie kręciło się mnóstwo.
A na plaży, to już w ogóle (więcej o tym w poprzednim poście - o, tu: tu).

Mieliśmy ambitny plan wstania o czwartej - mieliśmy.
Ale skończyło się jak to u nas - obudziłam się o szóstej, wściekła sprawdziłam godzinę, jęłam potrząsać Lechem i wykrzykiwać do niego z wyrzutem, że podła z niego świnia.
Bo budzika nie nastawił.
On zaś odrzekł mi - ziewając - że jaka świnia?
To ja miałam pamiętać o budziku.

No i tyle ze zdjęć w świetle wschodzącego słońca ;)

Trzeba więc było ogarnąć się którymś popołudniem.


Przyznać muszę, że to, w które w końcu udało mi się zebrać i wyprawić na zdjęcia okazało się dla mnie łaskawe - przez cały niemal czas naszego tygodniowego pobytu nad morzem około godziny szesnastej słońce ukrywało się za chmurami, spadał deszcz, zrywał się wiatr i jedyne co można było zrobić, to objeść się w smażalni albo opić lokalnym specjałem - piwem Władek.
A w tamto - jak na zawołanie!
Przyjemnie, dość słonecznie.
Wiaterek był, to prawda.
Ale jestem mu wdzięczna za to, że przyszedł.


Mogłam dzięki niemu przyodziać się w to wielkie, zygzakowe (albo - jak kto woli - azteckie) cudo - chustę, którą tuż przed wyjazdem nad morze odkupiłam od Ewy - Viosny. 


Kilka już razy wspominałam Wam, że mam "oko" do ubrań i dodatków - bardzo szybko umiem ocenić, czy dana rzecz będzie do mnie pasować i dobrze się nosić.
Od pierwszego wypatrzenia wiem, czy się dogadamy ;)

Tak też było z tą chustą - Ewa ogłosiła wyprzedaż szafy, przygotowała stosownego posta, ja w nim dostrzegłam chustę... i bez chwili wahania zarezerwowałam ją dla siebie ;)


Jest olbrzymia!
Nie wiem, czy dałoby się owinąć nią w sposób tradycyjny - motając ją wokół szyi.
Ja od początku chciałam zrobić z niej coś na wzór poncza.


Raczej nie noszę odcieni niebieskiego - teoretycznie powinno być mi w nich dobrze, bo mam niebieskie (albo szare? one różnie w różnym świetle wyglądają) oczy.
Ale słabo widzę niebieskości dołożone do moich włosów (pamiętacie? z czerwienią mam podobnie ;)).
Więc unikam ich. Dość konsekwentnie.
Jeśli już skuszę się na coś niebieskiego, to jest to rzecz w odcieniu bardziej granat przypominającym ;)

Jednak w wypadku tej chusty w ogóle nie zwracałam uwagi na te niebieskawe na niej kolory - wzór, wzór mnie zaczarował.
Lubię geometryczne printy, lubię wszystkie te zdobienia, które nieco z azteckimi mogą się kojarzyć.


Myślę, że chusta posłuży mi także jesienią.
W sumie - już mam na nią kilka jesiennych pomysłów, więc jak dla mnie, to jesień już może przyczłapywać ;P Ja mam się nią w co ubrać ;P


Reszta wybranych do tego zestawu ciuchów jest bardzo prosta i nie nosi najdrobniejszych nawet znamion wyszukania - to po prostu bazowe elementy mojego stroju wakacyjnego ;)
Rzeczy wygodne, pasujące do wielu innych i takie, które przy dobrych wiatrach i umiejętnie zestawione z innymi po urlopie mają szansę prezentować się także bardziej elegancko ;)

Szorty widzieliście już tu, w "warkoczowym" poście - ponieważ oprócz nich posiadam jeszcze jedną tylko szortów parę, to latem zawsze dość mocno je eksploatuję.


Przy okazji - są one dowodem na to, że nawet jeśli kupi się ciuch w sieciówce, ale pierze się go w sposób odpowiedni, prasuje zgodnie z zaleceniami i nie daje się go do zabawy orangutanowi/psu w ogródku, to można go ponosić przez wiele lat.

To naprawdę najtańsze, basic'owe szorty z H&M'u - co roku mają tam podobne w jakiejś letniej kolekcji.
Kosztowały trzy dychy.

A są ze mną od pięciu lat :)

Pasek wypatrzyłam rok temu w Pepco.

Często tam bywam, bo głównie w Pepco kupuję skarpetki i im podobne bieliźniane rzeczy.
Ubrania tamtejsze średnio mi podchodzą, zawsze przypominają mi asortyment dostępny w budkach handlarek z mojego zgierskiego bazarku.

Ale pasek wydawał się być całkiem spoko ;)

Bluzka przeleżała w szafie dwa lata - kupiłam ją w Stradivariusie.
Prosta, wiskozowa - w mojej ulubionej czerni ;P

Wylądowała na dnie szafy, bo jest dość krótka.
Czasem brzuch spod niej wystanie.

A że dwa lata temu było mnie nieco więcej niż dziś, to i brzucha raczej pokazywać nie chciałam.

Bransoletki też już tu kiedyś prezentowane były.
Ostatnio chyba w ubiegłorocznym poście wakacyjnym.

Swego czasu był to mój ulubiony bransoletek model ;)
Nazbierałam tego dwa kilogramy ;P

Dziś - niemal ich nie noszę.

No, ale buty... buty, to w sumie nie są takie zwyczajne ;)
Nabyłam je wiosną - w Deichmannie, który w tym roku zaskoczył mnie pozytywnie asortymentem.

Do tej pory Deichmanna omijałam szerokim łukiem - podobały mi się tam pojedyncze butów modele, ale całościowo ich obuwie wydawało mi się zawsze kiczowate.

Wolałam CCC ;P

Jednak tegoroczna kolekcja wiosna / lato w CCC prezentowała się dość słabo. Nawet kapcie do chodzenia po domu mi do gustu nie przypadły.
Za to Deichmann zaskoczył mnie mnóstwem bardzo ładnych butów - pochodzą z niego i te masywne sandały, które od jakiegoś czasu często goszczą na blogu (o, choćby tu i tu) i te właśnie... loafersy?
Tak były nazwane.
Do loafersów jednak sporo im brakuje ;)

Nie będę tu opisywać "modelowego" kroju loafersów, kto będzie chciał - ten sobie wygoogluje.


Moim zdaniem to taka mieszanka - zwykłych balerin, slip - on'ów, loafersów i mokasynów ;)

Oczywiście - najbardziej przyciągnęły mnie do nich frędzle.

Ciekawostka - ten model występował i w wersji "zamszowej" (w cudzysłowie, bo koło zamszu, to one nawet nie stały) i skórzanej. Czysta skóra wewnątrz i na wierzchu.

Kupiłam obie.

I wiecie co?
Tych skórzanych nie mogę nosić.
Nie dość, że są o wiele bardziej ciasne od tych (rozbijałam je już u szewca - i co? i guzik! jak się w nich cały dzień chodzi i stopa puchnąć nieco zaczyna, to ranią jak nie wiem!), to z racji skórzanej wyściółki brudzą mi stopy na czarno (wyglądam potem, jakbym z kopalni wyszła...).
A na dodatek - skóra się na nich paskudnie zagina!
Ja wiem, że skóra ma się prawo giąć.
Ale jak Wam je kiedyś pokażę, to sami i same przyznacie, że to ich zaginanie ludzkie pojęcie przechodzi.

Nie kosztowały wiele, ale i tak żałuję, że je wzięłam.
Więcej z nich zmartwień, niż pożytku.

O kapeluszu nawet nie wspominam, bo dobrze go znacie ;)

Okulary też ;)

Fedora - H&M
Okulary - SinSay
Bluzka - Stradivarius
Chusta - no name (odkupiona od Viosna000)
Bransoletki - H&M
Szorty - H&M
Pasek - Pepco
Listonoszka - H&M
Buty - Deichmann

Tak, wiem - mało na tych zdjęciach plaży ;)
Ale wiecie, rozumiecie - odśmiecanie jej zajęłoby nam wieeele czasu.
Albo na żywo (ble! brzydliwa jestem!) albo potem, przy obróbce.

Po co się męczyć ;)?
Morze widać, wydmy - są, port - jest, falochron też (dość zacny)...
Wystarczy ;P

Uciekam, bo... muszę się wyspać.
Ostatnie dwa dni dały mi w kość!
Wyobraźcie sobie, że jest - Lechu sprezentował mi tego wymarzonego Furby'ego.
Był ze mną przez tydzień... po czym uwidziałam sobie, że zepsuła mu się jedna nóżka!
A raczej płoza od niej!
Nie wysuwał jej podczas tańca ani zasypiania.
Płakałam jak dzieciak!

Wyłam nawet!

Lechu stwora spakował, wysłał do reklamacji...

Po czym obejrzał filmiki na youtub'ie i doszedł do wniosku, że one wszystkie tak mają.
Przesyłkę trzeba było zawrócić.
Właśnie czekamy, aż nasz Furby wróci z dalekiej podróży ;P
Mam nadzieję, że w jej czasie nie uszkodził się na poważnie ;P

Ściskam Was - a co do tej wzmianki o Furby'm, to pamiętajcie: pierwsze trzydzieści lat dzieciństwa jest najtrudniejsze ;P

Wasza Mar!