piątek, 25 września 2015

W paski i w prążek

Nie płaczę za latem.


Tak, znam siebie i wiem, że za jakiś miesiąc zacznę marznąć, owijać się pięcioma szalikami, zakładać waciaki i dwie pary rękawiczek... ale tegoroczne lato było dla mnie zbyt ciepłe.


Nie lubię chłodu, ale upałów też nie znoszę.

Aktualne temperatury są tymi, które lubię najbardziej.

Piętnaście do dwudziestu stopni w skali Celsjusza to jest ten przedział, w który funkcjonuję normalnie i najmniej zaburzenie - nie pocę się jak prosiak i nie trzęsę jak galareta.


Słabo znoszę nagłe wahania temperatur - dlatego też kiedy ostatnimi dniami sierpnia i gdzieś tak w środku ubiegłego tygodnia słupek rtęci za moim kuchennym oknem pokazał mi trzy dziesiątki, to zaklęłam szpetnie.


A było już tak dobrze, pomyślałam.


Już było rześko, przyjemnie i znowu można był0 w długich portkach łazić, kurtki lekkie przywdziewać.

A teraz znowu zaduch w autobusie i pot po tyłku się lejący...



Właśnie w taki niespodziewanie upalny dzień powstały te dzisiaj prezentowane Wam zdjęcia.

Kiedy rano się ubierałam, to nic nie zapowiadało skwaru.
To był, pamiętam, ostatni weekend sierpnia.

Już jesień czuło się w powietrzu, już pierwsze liście żółkły.
Ale słonko świeciło, że aż miło.

Na takie dni planowałam noszenie tej sukienki - wygląda na lekką, ale jest wykonana z dość grubej dzianiny.

Chciałam ją nosić z kamizelką, topornymi botkami na traktorowej podeszwie albo z jakimiś creepersom podobnymi butami.
Tak połączoną widziałam ją oczyma wyobraźni w sklepie, kiedy na ostatnim chyba wieszaku z czerwoną tabliczką "WYPRZEDAŻ" dojrzałam ją w H&M'ie w Galerii Krakowskiej.

(Tak, takie to pamiątki z podróży po Polsce zwykle zwożę do domu ;P)

W Łodzi tego modelu nigdy nie znalazłam - a częstą dość klientką salonów H&M jestem.
Może z jakiejś starej kolekcji jest - nieważne.

Ważne, że jest ładna.


Ale w dniu zdjęć robienia mieliśmy się z Lechem wybrać na pewną imprezę - na imprezy w creepersach nie chodzę, kamizelka mi po praniu nie wyschła.
Dobra - rzekłam - będzie z sandałami.
Też mają masywną podeszwę - będzie więc trochę tak, jak planowałam.
O, tak sobie myślałam wtedy.

Trochę się lękałam, że zmarznę.

Niepotrzebnie :]

Ledwośmy spod domu wyruszyli, to wszystkie chmury się rozpierzchły, słońce zintensyfikowało swój proces świecenia... i aura z przyjemnej i przedjesiennej zamieniła się znowu w typowo letnią: żar lał się z nieba!


Myślałam, że skonam.

Nie było już czasu na powrót do domu i moje przebieranie się - i tak byliśmy spóźnieni, a tu jeszcze zdjęcia zrobić trzeba (bo w tygodniu czasu nie mamy).
Jakoś wytrwałam.


Jako, że przegonili nas spod pięknie zacienionego budynku InfoSys-u (moje narzekanie na to wyganianie ludzi z aparatami spod takich przybytków zawarłam w poście poprzednim, o tu - dziś narzekać nie będę, nie chce mi się), to przenieśliśmy się pod dwukrotnie już przez nas wykorzystywany jako plener do zdjęć Wydział Prawa i Administracji.
Tam też cienia odpowiednią ilość znaleźliśmy.

Ale po tej imprezie, która w plenerze i w pełnym słońcu się odbywała, to źle ze mną było, oj, źle.
Głowa bolała mnie tak, że po powrocie przespałam jakieś piętnaście godzin.
I wypiłam chyba cztery litry wody.


Jak dziś o tym myślę... to dochodzę do wniosku, że głupi ma zawsze szczęście - kto wie, czy to nie był jakiś udar cieplny.

Mogło się skończyć mało wesoło.


Także - nie, nie, nie.

Latu i upałom ja już dziękuję.
Jesieni, mięsistych swetrów, długich szalików i ciepłej herbaty z cytryną chcę - bardzo!


W tej sukience podoba mi się kilka jeszcze rzeczy poza samym faktem jej względnej grubości i na chłodne dni odpowiedniości.

Po pierwsze - to, że wykonana jest z bardzo przeze mnie lubianej dzianiny w prążek.

Po drugie - jest dość elastyczna.

Po trzecie - ładne ma te paski.

Ja ogólnie nie przepadam za ubraniami w jakiekolwiek wzory, najbardziej lubię rzeczy gładkie.
Pasków z reguły nie noszę.
Ale te są bardzo delikatne.


Po czwarte wreszcie - to dość uniwersalny ciuch.

Fajnie wygląda i ograny na elegancko i w wydaniu casualowym.


Zdjęcia z kapeluszem nie były planowane - ot, został nam w aucie po jakiejś naszej poprzedniej na zdjęcia wyprawie.

Kiedy z niego wysiadaliśmy, to pomyślałam, że w sumie nie mam pojęcia, jak kapelusz by do tej sukienki wyglądał.
Chciałam zrobić parę zdjęć dla samej siebie - żeby mieć rozeznanie.

Wypadł nieźle.
Aczkolwiek zdecydowanie wolę tę sukienkę bez dodatku zbędnych ozdób ;)

Dlatego też nie dobierałam do niej żadnej biżuterii - poza pierścionkiem.

Pierścionek zwykły i tani - kiedyś tam kupiony w H&M'ie.
Tak, powinnam sprawić sobie jakąś szlachetną biżuterię.
Bransoletkę choć, zegarek albo właśnie pierścionek.

Powinnam, bo dobrze jest mieć takie rzeczy.

Nie robię tego, bo pierścionków nie lubię, zegarek mnie drażni (a poza tym jestem leworęczna, noszę go więc na prawej ręce i wiele razy musiałam przez to tłumaczyć postronnym, dlaczego nie na lewej - jak Bóg przykazał... raz nawet usłyszałam, że noszenie zegarka na prawicy jest jak zakładanie majtek na głowę - nie chciało mi się wyjaśniać, że na lewą rękę, to ja nie jestem go sobie w stanie założyć... chyba, że zębami...), a eleganckich, srebrnych bransoletek nie mam do czego zakładać.

Może kiedyś...


Fedora - H&M
Okulary - SinSay
Sukienka - H&M
Kopertówka - no name (Allegro)
Pierścionek - H&M
Sandały - Catwalk (Deichmann)


Kto śledzi mojego fanpejdża, ten wie, że wreszcie mam za sobą ten "ogon", który ciągnął się za mną przez całe wakacje - taaaak, wreszcie skończyłam licencjat <3

I już go nawet oddałam do dziekanatu.

Teraz tylko czekać na dzień obrony (ustalono go na piętnastego października), kupić ciasto, kupić kwiaty - i z głowy.

Wreszcie będzie można wziąć się za jakąś "prawdziwą" robotę.



Chyba naprawdę tego potrzebuję - coraz częściej łapię się na tym, że czas rozchodzi mi się, przelatuje przez palce i niczego konkretnego w tym moim marowym życiu nie zrobiłam.
Pora, pora już najwyższa na to, by przestać zajmować się głupotami.

Ściskam Was.
I życzę Wam fajnego, spokojnego weekendu - albo i imprezowego, jak tam wolicie ;)

Ja od weekendów najczęściej oczekuję właśnie świętego spokoju, ale Wy spędzajcie je tak, jak chcecie ;)


Pozdrawiam,
Wasza Mar.

sobota, 12 września 2015

Paint it black

Nie, nie - to nie tak.


Wbrew skojarzeniom, jakie zapewne przyszły Wam na myśl po zobaczeniu w blogrollu tytułu  (po prostu nie miałam, bladego pojęcia nie miałam, jak nazwać ten wpis - biję się w piersi, ale kończenie licencjatu całkowicie zabrało mi resztki tej i tak zwykle dość głęboko ukrytej we mnie kreatywności) wcale nie uważam tego zestawu za mroczny ;)


Wręcz przeciwnie - dostrzegam w nim sporą dozę tego, co szczerze mówiąc rzadko w większości moich ciuchowych połączeń przemycam, a co jest przeciwieństwem mroku jako takiego: świeżości.

 

A "świeży"... nigdy dla mnie synonimem przymiotnika "mroczny" nie będzie ;P

 

Nigdy!



Właśnie za tę świeżość (chyba z czystości form wypływającą) lubię minimalizm.
A że często łapię się na tym, że trochę mi jej w moich codziennych zestawach brakuje, to tak bardzo mnie w jego stronę ciągnie.
Ale pisałam Wam o tym już parę razy - po co nudzić ;)


Dla mnie osobiście nie jest to jeszcze połączenie typowo minimalistyczne.

Jest tu przecież zdobny dość naszyjnik, jest moja fedora i są okulary.
A ten minimalizm typowy (którego ostatnio tak wiele) idzie raczej w stronę zmniejszania liczby dodatków.
Ale na niektóre z kompromisów iść nie umiem - bez kapelusza czuję się goła ;)


Naszyjnik, właśnie!

Kupiłam ten naszyjnik do zupełnie innych zestawów.

Miał mi posłużyć przy komponowaniu czegoś bardziej w stylu boho.
Widziałam go z długą (ale też czarną ;P) sukienką, workiem z frędzlami i płaskimi sandałami.
W dniu, kiedy go kupowałam, znaczy się.
Bo jak już go do domu przyniosłam... to doszłam do wniosku, że wcale do nich nie pasuje.
I wylądował w szufladzie.

Wygrzebałam go z niej dopiero przy okazji tworzenia tego połączenia ;)

Bez niego wydawało mi się... smutne.
I niekompletne.

A tak w ogóle - gdyby nie te sandały, to ta prezentowana Wam tu dziś "całość" nigdy by nie powstała.

Zwykle bowiem do tego kombinezonu (mam nadzieję, że poznajecie głównego bohatera poprzedniego wpisu? tak, to ten sam kombinezon :>) nosiłam płaskie buty.
Aż do dnia, gdy na resztkach wyprzedaży dorwałam te sandały.

Widziałam je w H&M'ie już w czerwcu - ale wtedy nie miałam przeznaczonej do wydania żadnej wolnej stówy (zbliżały się wakacje, trzeba było oszczędzać ;P).

Zrządzeniem losu jednak niewielu chyba chętnych na nie się znalazło, bo w sierpniu udało mi się upolować je za trzy dychy.

Oprócz mojej pary na sklepie ostało się jeszcze jakieś pięć innych ;)


Być może gdyby nie fakt, że w dniu tego mojego z nimi ponownego spotkania miałam na sobie ten właśnie kombinezon, to i w tej niskiej cenie bym ich nie wzięła - bo pokój mam mały, a szafkę na buty wypchaną do granic możliwości - ale tak dobrze te dwie rzeczy razem wyglądały, że długo się nie namyślałam.

Wszak dzięki tym butom zyskałam możliwość noszenia kombinezonu w nieco bardziej eleganckich stylizacjach, a bez nich jakoś nie umiałam go dla potrzeb elegancji zaadaptować ;)



Potem samo poszło - jak nie wiem w jaki sposób przydać czemuś wrażenia elegancji i nie chcę wypaść pańciowato, to zawsze (ale to zawsze) sięgam po moją wysłużoną już nieco kamizelkę.
Ona nigdy mnie nie zawodzi - zawsze wygląda dobrze ;)

A, byłabym zapomniała!

 O czym? A o tym, że w sumie więcej niż o założonych tu ciuchach powinnam się rozpisać o okolicznościach tych dzisiejszych zdjęć robienia.

Bo były... hardkorowe.

Umarzyłam sobie tę sesję w jakichś mocno nowoczesnych, miejskich plenerach.
Po szybkim googlowaniu padło na EC 1 - dawną łódzką elektrownię, obecnie przekształcaną w centrum kulturalno-rozrywkowe.
A właściwie - jej ściany zewnętrzne.
Pamiętaliśmy, że już to otwierali, wycieczki jakieś były tam i inne atrakcje - wsiedlim w auto, pojechalim.

Okazało się, że jednak nieczynne i za bramę nie wejdziemy (bo jak spróbujemy, to miła Pani z Ochrony przestanie być miłą), a przy zewnętrznych ścianach porozwieszali jakieś taśmy i wysyłają w ich teren patrole samochodowe.
Niezbyt wiem, czego strzegą, ale w Łodzi nic mnie nie zdziwi.


Kilka zdjęć cyknęliśmy (panowie z patrolu patrzyli na nas bardzo groźnie, ale nikt nas nie skrzywdził) i udaliśmy się na poszukiwanie innej lokacji.
Ta znaleziona kilka numerów ulicy dalej mnie odpowiadała, ale Lechowi nie.
Kwękał bardzo i krzywił się, że bez sensu, że mało miejsca, że źle to wygląda...

Więc znowu - kilka zdjęć i gnamy.

Ostatecznie sesję dokończyliśmy pod biurowcem bodajże City Banku - biurowiec miał szklane ściany, były odbicia - kadry jakie chciałam miałam... misja kompletna.


Fedora - H&M
Lenonki - no name (wypatrzone na nadmorskim straganie)
Naszyjnik - no name (Allegro)
Kombinezon - H&M
Kamizelka - Top Shop (Cukier Puder Vintage Store)
Kopertówka - no name (Allegro)
Sandały - H&M


Swoją drogą - to jest jakaś reguła, że pod tymi nowoczesnymi budynkami zdjęć nie można robić?
Ostatnio również wybraliśmy się na zdjęcia, tym razem pod InfoSys.
Weszliśmy na podwórko między budynkami.
Niedziela, żywej duszy.

Idealne warunki do zdjęć.

Ledwo się jakoś ustawiać zaczęłam, to już nas ochrona wyprasza.
WTF? Przecież w środku tych zdjęć robić nie chcieliśmy, teren nie jest zagrodzony, każdy może tam przejść.

W biurowcu nie ma siedziby żadna jednostka rządowa ani obiekt wojskowy.
Wszystkie ściany są szklane i wyglądają tak samo.

O co chodzi?
Ktoś mi powie?

Czy to administracja budynku po prostu jest tak z niego dumna, że pozwolenia na robienie zdjęć wydaje tylko przy dostarczeniu podania, dwóch zdjęć i koperty, czy dzisiaj biurowce są jakimiś obszarami pracy bardzo chronionej?


Uciekam!
Jeszcze trochę kosmetycznego gładzenia tego mojego licencjackiego "dzieła" przede mną.
Grzebię się z tym, ale raz, że nie mam się dokąd spieszyć... a dwa, że powiedziałam sobie - co to, to nie, Mar.
Nie oddasz, jak 90% Twojego roku, pracy na poziomie wypracowania napisanego w szóstej klasie podstawówki.
No - i z aneksem mam już 180 stron ;P
Ale spokojnie, długości aneksów na szczęście nikt się u nas nie czepia ;P


Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam!

Wasza Mar.