sobota, 31 października 2015

Krata, oksfordki i jesień w Częstochowie

Większość moich kłopotów wynika chyba z tego, że jestem niecierpliwa.


 Zawsze, kiedy się na coś złoszczę (a najczęściej frustruje mnie czegoś brak lub niesprawność), to po jakimś czasie (i zwykle nagle) okazuje się... że złościłam się bez powodu, bo mój problem i tak się rozwiązał.


A to udało mi się zdobyć potrzebną do nauki i pozornie niemożliwą do znalezienia książkę (to na studiach - jedna z większych rozpaczy studenta), a to przypadkiem w sklepie za rogiem upolowałam najbardziej pożądany w danym sezonie ciuch (którego wcześniej nigdzie nie szło dostać), a to zepsuty niby sprzęt nagle zaczął działać...


W kwestiach blogowych narzekałam ostatnio (upust temu narzekaniu dałam w dwóch poprzednich postach) na tegoroczną nieobecność złotej odsłony jesieni.

I związaną z tą jej nieobecnością niemożność wykonania typowo jesiennych zdjęć.


I tym razem nie było inaczej, niż zwykle - złota polska jesień zaskoczyła mnie w momencie, w którym w ogóle się jej przyjścia nie spodziewałam!

I kiedy już całkowicie pogodziłam się z tym, że zamiast ozłoconych liści do grudnia będę oglądać mgły i szarzyzny.



Przyszła nagle - w ubiegłe sobotnie popołudnie, kiedy to rezydowałam u Pauli, znanej Wam dobrze z bloga Moda i Takie Tam

Paula zaprosiła mnie do siebie na weekend przy okazji spotkania blogerek, które organizowała.
Chociaż spotkanie miało obejmować blogerki mieszkające w Częstochowie i okolicach, to Paula postanowiła i mnie na nim ugościć - jako gościa honorowego!

Może nie wyglądam na taką, ale uwierzcie mi na słowo - jak ktoś o mnie pomyśli, to wzruszam się jak dziecko!

Nie mogłam odmówić!


Jako, że Lechu nie mógł mi w tej mojej częstochowskiej podróży towarzyszyć (obowiązki służbowe wzywały), to wybrałam się sama.

Pociągiem.

Kilka lat temu pociągami jeździłam często.
Pomyślałam więc, że wielką frajdą będzie ponownie wybrać się w podróż za pośrednictwem PKP.

Dwa lata to czas dla PKP wystarczający, żeby zmiany w organizacji liczne powprowadzać.
Na skutek tych, które wdrożyli w czasie mojej w ich przybytkach lokomocji nieobecności na kolejne takie podróże nie mam ochoty.
Dlaczego, to tłumaczyłam Wam już na fanpejdżu - ściskowi i cenom z kosmosu za usługę nie do końca zgodną z umową mówię nie ;P
Poza tym straciłam już prawo do korzystania ze zniżek - ten biznes przestał mi się opłacać ;P

W każdym razie - do Częstochowy dojechałam nie bez przygód, ale szczęśliwie.


Paula przyjęła mnie u siebie po królewsku.
Nawet zbyt dobrze!

Głowę mam słabą.
A wino, którym Paula mnie poczęstowała było niewyobrażalnie dobre - biedna Mar swoje odchorowała ;P

Stosunkowo szybko doszłam do siebie, bo już w okolicach południa jako tako nadawałam się do życia.
Paula postanowiła zatem wykorzystać tę chwilę czasu, jaką miałyśmy jeszcze do spotkania na zrobienie kilku zdjęć - tak sobie, jak i mnie.
Bo światło było tak piękne, temperatura tak wysoka, że szkoda - szkoda było ich nie zrobić!

Tak! Dobrze przeczytałyście!

Mar pierwszy raz w życiu wystąpiła w roli fotografa!
Wrażeń moc!


Co prawda nigdy wcześniej nie trzymałam w rękach lustrzanki (dobra - czasem trzymałam, ale tylko oglądając efekty jakichś moich z Lechem zdjęć) i nie zdradzam żadnych talentów w kwestii fotografowania ludzi, ale Paula jest z tych zdjęć mojego autorstwa bardzo zadowolona (albo tak mówi, żeby mi przykro nie było ;P), więc chyba misja została zakończona sukcesem :D


Paula do swojego debiutu w roli fotografa Mar podeszła na luzie - ma dziewczyna wprawę, razem z Ewą i Sylwią cykają sobie foty nawzajem i są obyte z tą trudną sztuką, jaką jest fotografia ;P

Tę jej wprawę widać na tych zdjęciach - są bardzo ładne!
Uchwyciła mnie na nich w dokładnie takich kadrach, jakie lubię i na jakich się sobie podobam!
A jak pewnie wiecie - dla blogerki najważniejszą rzeczą jest to, czy akceptuje siebie na zrobionym zdjęciu, czy nie ;P


Mój częstochowsko-spotkaniowy look obmyśliłam sobie już na kilka dni przed wyjazdem.
Miało być trochę elegancko.
Tylko trochę.

Dlatego też postanowiłam ciuchy eleganckie połączyć z czymś luźnym i w mało formalnej kolorystyce.


Wybór padł na eleganckie cygaretki z delikatnym kantem, które trafiły do mojej szafy z okazji obrony (uwielbiam cygaretki - najbardziej za to, że to jedyne spodnie, których nogawka nie jest na mnie za długa i nie muszę ich skracać :D), kamizelkę (którą znacie dobrze, bo od wiosny co jakiś czas przemycam ją w którymś z moich zestawów) i musztardową, wiskozową bluzkę.

Na wierzch zarzuciłam dość ciepły (ale na te plusowe temperatury odpowiedni) wełniany płaszcz (kupiony kilka lat temu w czasie wyprzedaży asortymentu F&F w jednym z łódzkich hipermarketów TESCO i na śmierć zapomniany - dobrze, że mole go nie zeżarły), a na głowę wdziałam mój najnowszy kapelusz, spontanicznie przytargany do domu ze Stradivariusa.


Całości dopełniła piękna chusta w kolorową kratę - ale chustę dobrałam już w Częstochowie.
Pożyczyłam ją od Pauli :)

Co najlepsze - to właśnie chusta (moim zdaniem) dodaje temu zestawowi tego "czegoś".
Bez niej byłby nudny ;)

Także - Paula, Kochanie! Wielkie dzięki :)!


A - prawie bym zapomniała!

Buty!

Butów też tu jeszcze nie było, bo podobnie jak spodnie kupiłam je na obronę.
Miałam w planach kupienie klasycznych oksfordek.
Szukałam w sklepach internetowych i stacjonarnych.

Żaden z dostępnych w nich modeli nawiązujący wyglądem do eleganckich, męskich półbutów jakoś mi nie podchodził.
Kiedy przychodziło do mierzenia, to okazywało się, że nie wyglądam w nich dobrze.

Aż któregoś dnia - w czasie przeglądania ofert na Zalando - wpadły mi w oko właśnie te buty.
Co najlepsze - również nazwano je oksfordkami.
Moim zdaniem nieco im do oksfordek brakuje - ale teraz chyba taka moda, że każde wiązane półbuty opatruje się tą nazwą.

Zatem niech będzie ;)


Kapelusz - Stradivarius
Chusta - pożyczona od Moda i Takie Tam
Płaszcz - F&F
Bluzka - no name
Kamizelka - Top Shop (Cukier Puder Vintage Store)
Cygaretki - H&M
Listonoszka - H&M
Oksfordki - Even&Odd (Zalando)

Fot.: Moda i Takie Tam


No i widzicie!
Mam te piękne zdjęcia w złotym plenerze!

W sumie lubię w sobie to, że cieszę się z takich drobiazgów ;)


Ale!
Spotkanie!

Tyle o nim pisałam, a zdjęć nie wrzuciłam!



Oto i one - wszystkie wykonane w urokliwej Lunchowni.
Było przemiło - jadłyśmy pyszne rzeczy, śmiałyśmy się i cudownie spędziłyśmy czas.


Chcę powtórkę!


Na spotkaniu oprócz mnie obecne były:

Moda i Takie Tam
Bambi BOHO 
Viosna000 
Ewelina 
Ania 



Uciekam!

Ale zanim ucieknę, to pochwalę Wam się jedną rzeczą - wczoraj dostałam mailowe potwierdzenie pozytywnego rozpatrzenia mojej prośby o akredytację na listopadową edycję Fashion Week Poland.

Z kim się widzę :)?


Pozdrawiam Was i ściskam,

Wasza Mar!

wtorek, 20 października 2015

Musztarda, czerń i "moja" elegancja

Udało się!


Jakimś cudem zdołaliśmy upolować wraz z Lechem typowo jesienny plener, zanim październik zamienił się w koniec listopada, a temperatury spadły o dobre piętnaście stopni w dół.


Oczywiście - te opadłe liście znaleźliśmy już w fazie znacznego ich zeschnięcia, ale jakie by nie były... to są!


A to oznacza, że blogowy sezon jesienny roku bieżącego mogę zaliczyć do udanych :D



Prawdę powiedziawszy - sądziłam, że jeszcze jakieś tego typu zdjęcia zrobimy, niestety pogoda postanowiła zakpić sobie z moich sądów.

Trudno.

I tak trzeba się cieszyć, że ten śnieg, który jednego z poprzednich poniedziałków zaskoczył mnie w drodze do pracy (a w efekcie opadów którego docierałam do niej dwie godziny) nie postanowił zostać z nami na dłużej.
Bo wiecie, wszystko zniosę, wszystko przemilczę - ale popitalać w październiku w kozakach, to niezbyt mam ochotę.
Kwękałabym srodze.


Zestaw z dzisiejszego posta jest jednym z najstarszych zestawów, jakie na siebie zakładam.

Te spodnie mają dobre pięć lat.
Gościły już dwa razy na blogu - tu i tu.
Znacie je więc dobrze.

W czasie, kiedy je kupiłam bryczesy i wszystkie spodnie z nieco obniżonym krokiem, szerokie w biodrach i odrobinę zwężane w nogawkach święciły triumfy na ulicach.
Na blogach pewnie też - nie było mnie wówczas w blogosferze, więc nie wiem.
Mnie tam było wszystko jedno, czy inni je noszą - grunt, że ja je bardzo polubiłam.
Chyba dlatego, że świetnie "protezowały" mi wąskie biodra i brak tyłka, nad którymi to deficytami mojej sylwetki zawsze bolałam.

Nabyłam wówczas kilka par takich portek - musztardowe, granatowe, czarne i wykonane z ciemnego denimu.
To z grubszych - z cieńszych oliwkowe i lniane, czarne, które oglądaliście na blogu bodajże tegorocznym sierpniem (z tym, że one są już nieco młodsze).


Wszystkie pary Wam pokazywałam, wszystkie ochoczo nosiłam.
I noszę je do dziś.

Od samego początku odkrywania przeze mnie takiego fasonu spodni najchętniej łączyłam go z bardziej eleganckimi górami.

Przy czym słowo "elegancki" (jak wiecie) ma dla mnie zupełnie inne, niż dla większości kobiet znaczenie - albo znaczenie ma to samo, tylko w realizacji wypada nieco inaczej, niż u ogółu damskiej populacji ;)


Moja elegancja nigdy nie jest elegancją koszulowo - szpilkową.

Owszem, zdarza mi się założyć klasyczną, białą koszulę, zdarza mi się też założyć szpilki.
Kto widział na moim facebooku zdjęcie z mej czwartkowej obrony, ten wie, że czasami bywam nieco bardziej standardowo elegancka (aczkolwiek też nie jestem tam odziana w żadną garsonkę :>).

Ale nie lubię tego, źle się wtedy czuję i kiedy tylko naprawdę nie muszę, to nigdy tak się nie noszę.


"Moja" elegancja to owszem, marynarka albo kamizelka, to owszem - jakaś bluzka albo koszula - ale jeśli marynarka, to zakładana z podwiniętymi rękawami, jeśli kamizelka, to rozpięta, a jak koszula, to najchętniej szyfonowa.

Nierzadko też jakieś połączenie swetra z koszulą albo i sam sweter.


Koszula niekoniecznie biała, najchętniej czarna.

Jeśli już musi być tam jakaś biała bluzka - to tak, wybieram tę z delikatniejszego materiału, ale nigdy o oficjalnym kroju.
Nawet te wszystkie typowo eleganckie i białe koszule, jakie mam, mają w sobie coś fikuśnego - a to krótkie są, a to jakieś kieszenie z suwakami je zdobią, a to mankiety nieco większe posiadają.


Nie lubię nudnej, garsonkowej elegancji.

Wyglądam w niej śmiesznie. Pańciowato.
U kogoś, komu pasuje - szczerze ją podziwiam.
U siebie jej nie znoszę.

Może stąd ta moja do tej klasycznej elegancji awersja, że miałam taki okres w swoim życiu, gdy potrafiłam do codziennych wyjść na uczelnię stroić się tak, jak niektórzy na egzamin albo do pracy w urzędzie.
Wstawać o piątej trzydzieści po to, by zrobić pełen makijaż, ułożyć włosy na szczotce, na stopy założyć szpilki i polecieć tak odstrojoną na jeden wykład.
Nawet zimą, nawet w śnieżycę - po prostu wtedy szpilki brałam jako buty na zmianę.
Chyba wydawało mi się wówczas, że te wszystkie zabiegi dodają mi powagi.

(Jasne, jakby coś było mi jej w stanie dodać :])


Przyczyny tego, dlaczego dziś nie podobam się sobie taką, jaką byłam wtedy upatruję w fakcie, że nie miałam wówczas zbyt dużo pieniędzy - w związku z czym część tych moich ubrań nie była dobrej jakości.

Duża część.

Kiedy odnajdywałam te ciuchy na dnie szafy po iluś od ich noszenia latach, to miałam ochotę zapaść się pod ziemię.

Elegancja "klasyczna" jest wtedy elegancją prawdziwą, kiedy jest dobra jakościowo.

I choć moi znajomi z tamtych lat mówią mi, że każdy był wówczas zachwycony moim "imidżem", to ja nie chcę takiej siebie pamiętać.
Dlatego jeszcze, że malowałam się wtedy tragicznie, w noszonej w tamtych latach fryzurze wyglądałam jak transwestyta i w ogóle... nie, nie, nie... nie było mnie takiej!

Nigdy!


Zatem - jak bryczesy, to góra bardziej "wyjściowa", ale na tyle nie do końca wyjściowa, by pozostawała w zgodności z mało formalnym modelem spodni.
Tak najlepiej bym to podsumowała.

Stąd też i tu te zbluzowane i wywinięte rękawy/mankiety marynarki, stąd bawełniana, acz ładna bardzo bluzka.

Cały ten komplecik nosiłam do pracy w czasach, kiedy pracowałam (krótko, ale jednak) w biurze i parę miesięcy później - gdy sprzedawałam drogie koszule w jednym z manufakturowych butików.
Efekt musiał być dość dobry, bo nikt mi nigdy niedostatków odpowiedniego wizerunku nie zarzucił ;)

Tylko buty miałam wówczas inne - jesienią sztyblety, a wiosną czółenka.
Osobiście uważam, że ani jedne ani drugie tu nie pasowały.
Może dlatego, że bryczesy najlepiej jednak prezentują się z oficerkami (i tak noszę je zimą - w ogóle zimą najchętniej noszę te portki).
A jak nie z oficerkami, to z takimi właśnie jak na tych zdjęciach półbutami.


Tak - buty, pasek, torebka i szalik są tu dość nowe.
Je mam i dodaję do tego zestawu od niedawna.
Buty i pasek znacie, to pisać o nich nie będę.

Ale torebki jeszcze nie widzieliście.

Malutka, bardzo prosta i jak wszystkie niemal moje torebki - czarna.
Ten rok jest dla mnie przełomowy, bo po latach noszenia wielkich tylko toreb codziennych przekonałam się wreszcie do nieco mniejszych modeli.

Ten wypatrzyłam we wrześniu w Deichmannie i od razu mnie zauroczył.
Mały, prosty i pozbawiony zbędnych ozdób.
A mimo tego dość wyrazisty - bo z ciekawym zapięciem.
Mieści szminkę, telefon, klucze i portfel - jedyne tak naprawdę potrzebne mi w codziennym funkcjonowaniu rzeczy.
No i jeszcze e-papierosa, jak się go jakoś bokiem tam umieści.

Wszystko inne trafia do mojej torebki bez jakiejkolwiek potrzeby i tylko mi ciąży.
Nie umiem nad tym zapanować, od zawsze ładuję do torebki kilogramy zbędnych pierdół.
Tylko małe jej gabaryty potrafią mnie przed tym powstrzymać.

To, co mi się w tej torebce mini nie do końca podoba, to dość krótki pasek.
Ja to lubię, jak torebka ma dłuuuugi pasek - im dłuższy, tym lepszy.
Ale nie można mieć wszystkiego.
Nie za takie grosze, jakie za nią zapłaciłam.

Nowy jest też szal.

Tak, przyznaję się bez bicia - był docelowo kupiony do noszenia go z tymi właśnie spodniami ;)
Nie mogę, nie potrafię przejść obojętnie obok jakiegokolwiek musztardowego ciucha.
Każdy ma jakiegoś bzika - ja mam takiego.
Jest stosunkowo niegroźny, choć nie powiedziałabym, że mało kosztowny ;)

Zdjęcia robiliśmy już jakiś czas temu, od dnia ich popełnienia dorobiłam się innego, nieco bardziej subtelnego, ale podobnie klasycznego paska.
I oksfordek.
Albo raczej takich butów, które bardziej od tych tu do oksfordek są podobne.

Dziś wydaje mi się, że o wiele lepiej by tu wyglądały.

Ale wtedy nie miałam ich na stanie - a jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
Może wkrótce Wam je pokażę, wtedy sami i same ocenicie, czy pasowałyby tu lepiej ;)


Okulary - SinSay
Marynarka - Orsay
Bluzka - Stradivarius
Szal - H&M
Bryczesy - no name (Butik Nashe - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Torebka - Deichmann
Pasek - Pepco
Buty - Centro


Dziękowałam na fejsie, podziękuję Wam za trzymanie za mnie kciuków i tu - wszystko się udało, jestem już logopedą i technikiem audiometrii!

Póki co pracy poszukam raczej w tej drugiej branży, bo bez podyplomowej specjalizacji marne są szanse na to, bym załapała się w jakiejś placówce zajmującej się terapią chorych neurologicznie (a jeśli mam pracować jako logopeda, to tylko z takimi pacjentami - do terapii dzieci z dyslaliami, to ja się nie nadaję: dzieci uciekną, a ja się nazłoszczę i rozchoruję).

Ale na to przyjdzie czas - jeszcze się w tym "moim" antykwariacie chwilę pobujam ;)


W każdym razie - w chwili obecnej jestem szczęśliwą, spełnioną Mar.

O, tak szczęśliwą:


Uciekam!

Życzę Wam miłego, spokojnego tygodnia.
W pracy, w szkole, czy gdzie tam chcecie :)

Mamy już wtorek, także piątek przyjdzie do nas na dniach :>
Jest się z czego cieszyć!

Ściskam i pozdrawiam,

Wasza Mar.

sobota, 10 października 2015

Rudości, jesień i boho

Trochę jestem zła.

 

Piękny mieliśmy wrzesień, piękny także był początek października - i nawet te obecne dni są piękne, choć czuć w powietrzu niepokojący bardzo chłód.

Taki... zimowy.

 

Ale gdzie, pytam, gdzie się podziała typowa, ruda jesień? No gdzie?



Ja tam nie wiem, może u mnie wszystko jest dziwne i inne i mieszkam w jakimś miejscu, w którym zakrzywia się czasoprzestrzeń, ale tych kilogramów żółtych, czerwonych i pomarańczowych liści, które zawsze o tej porze zalegały na trawnikach i chodnikach... ja w tym roku nie odnotowałam.

Owszem, jakieś tam liście są.
Leżą sobie - zwłaszcza w parkach.
Jedna, smutna warstewka. 

Większość jest jeszcze teraz nawet nieprzyzwoicie zielona!


Może dlatego, że wrzesień i sierpień były tak ciepłe, że przyroda nie miała czasu się w tych wszystkich zmianach połapać - no wiecie: drzewa się po prostu nie zorientowały, że już pora.

Albo jakoś tak.
Słaby ze mnie botanik.
W czasach, w których uczyłam się biologii zawsze bardziej interesowały mnie anatomia z genetyką, niż te wszystkie nago- i okrytonasienne.
 Wierzę jednak, że w tej mojej teorii tkwi ziarno prawdy.


A ja tak chciałam mieć piękne zdjęcia w liściach!

Nie, żeby jakieś tarzane.
Nie, nie.
Zbyt mocno wszystkich przyczajonych na ziemi i w runie leśnym brudów i bakterii się boję - co to, to nie.

Ale na tle jakichś chociaż!
Na tle takiej wieeeeelkiej liści kupy!


Uwielbiam jesienny klimat zdjęć - właśnie za tę piękną ich kolorystykę.

Postanowiłam więc, że nie poddam się - nie ma rudości naturalnej, to chociaż strojem ją do zdjęć wprowadzę.
A co!


Wygrzebałam do tego celu rzeczy, które noszę nie tylko jesienią, ale jesienią najchętniej do nich wracam - moje rude botki i rudy worek.

Żeby rudości nie było nie było tu mało, to do całości dołożyłam mój całkiem nowy nabytek, bo z końcem wyprzedaży w internetowym sklepie H&M'u wypatrzony - bluzkę.
Tak po prawdzie, to rudości się na niej na żywo nie uświadczy.
Ale na zdjęciach ta jej część wzorów, która w rzeczywistości jest żółta wypada rudo właśnie.


Wybór spodni wydawał mi się oczywisty - tak, jak uwielbiam czerń, tak nigdy jakoś do końca nie grała mi ona dobrze z rudością.
Dżinsy - oczywiście, że dżinsy!

Koniecznie te z wysokim stanem - moja chińska perełka ;)


Nadal jest to jedyna rzecz z chińskiego sklepu, jaką mam - ostatnio próbowałam tą drogą nabyć kamizelkę.

No, fajna przyjechała, fajna... w najmniejszym dostępnym rozmiarze, a wielka, jak na słonia.

Dalszych prób zaopatrywania się w tych przybytkach poniecham :)

 Jak przyszło do dobierania reszty dodatków, to okazało się, że jestem bardziej konsekwentna, niż myślałam - wcale tego nie planowałam, ale jak na nos włożyłam lenonki, a na głowę fedorę, to wyszło mi z tego całkiem, całkiem rasowe boho ;)


Więc jak już szaleć, to szaleć - tak sobie pomyślałam.

Zaraz deszcze, pluchy i zamiecie - nie ma na co czekać.


Postanowiłam wreszcie pokazać trochę świata mojemu wielkiemu naszyjnikowi, który jakiś już czas temu otrzymałam od Happiness Boutique.

No i jego światu zaprezentować, bo w sumie Mar z biżuterią jakąkolwiek na szyi, to nie jest widok dość częsty.


Leżał tak sobie biedaczek w pięknym, zdobnym pudełku, w którym do mnie przyjechał i dusił się tam, usychał w samotności.
A że właśnie w typowo klimatem boho inspirowanych połączeniach go sobie umarzyłam, to nie szło go tu nie dodać :)

To jest bardzo ładny naszyjnik.
Trochę się bałam, czy mi się czasem nie zechce zrywać - bo te wszystkie dyndające na nim pierdółki, to dosyć ciężkie są.
Ale nie - daje radę.

Przynajmniej póki co.

Na żywo prezentuje się nieco lepiej - w dniu, w którym robiliśmy zdjęcia słońce świeciło dość mocno i odbijało nam się w tych jego łańcuszkach i przywieszkach.

Wskutek tego bardzo zlewał się z bluzką.

Raptem jedno zdjęcie wyszło nam w miarę takie, że dobrze się od niej odcinał.

Nie przewidziałam tego, prognozy pogody wieściły nieco większe zachmurzenie.
Ale taka już dola szafiarki - wiatr w oczy, włos w zęby, kamień pod obcas, a słońce w naszyjnik...


Ale że intensywnie (bardzo intensywnie, jak na jesień) dające po oczach słońce wygoniło nas w poszukiwanie jakiegoś cienia, to tylko plus - odkryłam dzięki temu alejki z nieco grubszą warstwą opadłego i rudego odpowiednio listowia!

Nawet nie wiecie, jak się cieszyłam!

Z tego szczęścia, to już nawet gotowa byłam się w tych upragnionych liściach wytarzać ;P
Przed tym pomysłem powstrzymała mnie tylko wizja późniejszego odplamiania bluzki ;P

Także - na paru, bo na paru, ale na jakichś zdjęciach nieco tego, co chciałam mam ;P


Kapelusz - H&M
Lenonki - no name
Naszyjnik - Happiness Boutique
Bluzka - H&M
Spodnie - SammyDress.com
Worek - H&M
Botki - Vices


I jeszcze jesienna portretówka, Proszę Państwa - bo portretówka zawsze spoko!


W ogóle - upraszam wszystkich czytających mnie o to, żeby trzymali za mnie kciuki w najbliższy czwartek.

Tak, tak - dobrze pamiętacie!
Obrona - wreszcie Mar zakończy tę swoją logopedyczną edukację.


Widzę tego jeden minus w kontekście bloga - trzeba sobie będzie inny opis w panelu bocznym stworzyć :/
A ja taaaak nie lubięęę tu czegokolwiek musieć zmieniać ;P


W każdym razie - trzymajcie te kciuki.
I nie dlatego, że zachodzi obawa, iż zaniemówię (oj, ale by się rodzina i znajomi cieszyli, gdyby coś takiego mi się przytrafiło ;P), a że znając mnie zaśpię, spóźnię się albo zamiast dowieźć poczęstunek dla Komisji... spałaszuję go w tramwaju.
Z roztargnienia, powtarzając sobie materiał.


Ściskam mocno!

Wasza Mar.