czwartek, 31 grudnia 2015

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

Początkowo miałam zamiar uraczyć Was po Świętach (i przed Nowym Rokiem jeszcze) nowym postem ciuchowym, ale szybko zrezygnowałam z tego pomysłu - to czas specyficzny, większość z Was przebywa wtedy przy komputerze z doskoku, bo albo ciągle jesteście w rozjazdach albo już przygotowujecie się do pożegnania Starego Roku.


Ja też funkcjonuję w tym czasie bardzo leniwie, dlatego postanowiłam, że wpis ubraniowy przygotuję już po powrocie z Częstochowy (bo tam w tym roku "baluję").


Za to nie zostawię Was bez życzeń - bo jakoś tak polubiłam te blogerskie rytuały.


Jak to tak - życzeń nie złożyć?


Wielkich podsumowań roku robić nie będę - to związane z blogiem popełniłam w listopadzie, przy okazji drugich Lilly Marlenne by Mar urodzin.
Tych pozablogowych w sumie robić nie chcę, bo dawno już postanowiłam sobie, że nie będę obnosić się w sieci z niczym, co uważam za dość prywatne i osobiste.

Niektórymi z nich mogę się jednak z Wami podzielić.

Ogólnie uważam ten rok za bardzo dobry - znalazłam fajną pracę, której w kolejnym roku (mam nadzieję!) nie porzucę, a że przy okazji od stycznia zaczynam też drugą, to już inna kwestia ;)
Wreszcie trafiłam na normalnego, fajnego Szefa, więc praca nie oznacza już dla mnie stresu i codziennego domyślania się, jakie tym razem pozbawione sensu humory będzie mieć mój przełożony :>

W innych aspektach mojego życia również jestem z tego mijającego roku zadowolona - doceniam fakt, że na dzień dzisiejszy jest ono ustabilizowane, a w kłopotliwych chwilach (których ten rok mi właściwie nie przysporzył - ot, takie zwykłe, codzienne sprawy i parę przykrości) miałam i mam przy sobie ludzi, na których wsparcie mogłam i mogę liczyć.

Cieszę się, że to już kolejny Nowy Rok witany w towarzystwie Leszka - wiele razy podkreślałam, iż mam szczęście, że trafił mi się taki fajny facet, ale powtórzę to znowu (i nie, nie tylko dlatego fajny, że fajne zdjęcia mi robi ;P).
Tak, nie wiem, czy powinnam za to dziękować Bogu (nie jestem zbytnio wierząca), sobie, czy po prostu losowi, ale komuś tam dziękuję, że takiego Lecha postawił kiedyś tam na mojej drodze.

W mijającym roku poznałam też wiele fantastycznych osób spośród Was, moich Czytelniczek i Czytelników - Paula, Sylwia, Ewa: to o Was piszę ;P

Wielu rzeczy nie zrobiłam - na przykład nie zarobiłam milionów monet, nie wypiękniałam i nie zmądrzałam (mądrość nie idzie w parze z ilością studiów, które udało się ukończyć, gdyby ktoś chciał mi wytknąć, że przecież w tym roku skończyłam kolejne już studia ;P), jednak wcale tego nie żałuję.

Było kilka przykrych chwil, owszem.

Ale... zawsze mogło być gorzej!

I tego życzę i Wam, Moi Mili i Moje Miłe, w tym kolejnym, Nowym Roku - żebyście przeżyli go tak, abyście nie powiedzieli o nim, że był złym rokiem.

Cieszcie się z drobnostek, doceniajcie wszystkie te oczywiste z pozoru sprawy, których codziennie doświadczacie.

Bądźcie szczęśliwi. I szczęśliwe.

Ot, takie to życzenia ode mnie - Waszej Mar!

P.S. No i oczywiście - bawcie się dziś najlepiej, jak potraficie!

P.S. (2) Nie, w czasie robienia tego zdjęcia nie bolała mnie głowa - po prostu wiało tak, że czapę mi porwać chciało ;P Musiałam ją mocno trzymać ;P

Ogólnie rzecz biorąc, to nieco przymroziło tu, w Łodzi.
Dobrze, że chociaż śniegu nie ma ;P
Bo po Świętach, to już żadna ze śniegu radocha ;P

czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt - czyli życzenia od Mar

 Doczekaliśmy się - przyszły Święta!

 

  Co prawda nie są białe, nie są też mroźne - jednak są.

 

 Okoliczności przyrody nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia - to my tworzymy atmosferę Świąt, nie ozdoby, śnieg i dekoracje.


 Święta to magiczny czas spędzany w gronie najbliższych naszemu sercu osób.

To często jeden z nielicznych momentów w ciągu roku, kiedy możemy zobaczyć się z rodziną (na co dzień mieszkając daleko, daleko od niej).

Wykorzystajmy go na cieszenie się obecnością bliskich - nie myślmy przy wigilijnym stole o blogowaniu, ubraniach i modzie.
Nie jest ważne, w co ubranymi zasiądziemy do wspólnego kolędowania i uroczystej kolacji - ważne jest to, że mamy z kim spędzić te wyjątkowe dni.

Dlatego też z całego serca życzę Wam tego, żebyście potrafili i potrafiły docenić to, że otaczają Was dobrzy ludzie, którym na Was zależy - nie myślę tu wyłącznie o bliskich w znaczeniu ukochanej/ukochanego.

Nawet jeśli jeszcze nie udało Wam się spotkać miłości swojego życia, to i tak nie jesteście sami - macie rodzinę, przyjaciół: grono osób, które każdego dnia dają Wam do zrozumienia, że jesteście dla nich ważni.
Nie zapominajcie o nich - zakochać można się wiele razy, rodzinę ma się jedną.

Przyjaciela często też.



Spędźcie te Święta w spokoju, uśmiechu i zdrowiu - nie przejadajcie się, nie kłóćcie, nie rozprawiajcie o polityce (nie dzieje się dobrze, ale jeszcze zdążycie się nadenerwować).

Niech wszystkie prezenty, które daliście najbliższym sprawią im moc radości - a te, które Wy otrzymacie trafią w Wasze gusta.

I cieszcie się, po prostu cieszcie się, że to kolejne już Święta, które przeżywacie - życie jest piękne, jeśli umie się cieszyć z prostych rzeczy.

Tego Wam życzę ja - Wasza Mar.

P.S. Jeszcze nie ubraliśmy z Lechem choinki, dlatego też zamiast niej wrzucam Wam zdjęcie moich korzennych ciasteczek - ta druga, wigilijna partia wyszła mi nieco mniej creepy ;>

Chociaż Leszek twierdzi, że ten renifer bardziej osła, niż renifera przypomina...

niedziela, 20 grudnia 2015

Łódzka Rajtuza - dobre, bo łódzkie (i na Święta w sam raz)

W moim stosunku do elegancji nic nie uległo zmianie - nadal na hasło "elegancja" dostaję drgawek i ataku paniki.


Jednak dni, tygodnie i miesiące mijają - robię się coraz starsza.


A choć nie należę do tego ludzi gatunku, który każdą kobietę po dwudziestym piątym/trzydziestym roku życia ubrałby w zgrzebny wór i beret z moheru (bo w innym stroju, to czegoś i komuś tam nie wypada), to nie przeczę - wychodzę z założenia, że w pewnym wieku warto, naprawdę warto umieć ubrać się nieco bardziej wyjściowo ;)


Kiedy przestaje się mieć te kilkanaście lat, to coraz trudniej człowiekowi unikać sytuacji, w których musi się bardziej nieco, niż "normalnie" odstroić.

Nagle okazuje się, że strój "galowy" to nie tylko wdzianko na szkolne akademie i egzaminy - bo i na rozmowy o pracę, oficjalne spotkania, niektóre imprezy i wszystkie te uroczystości rodzinne, o których istnieniu często za dzieciaka nie miało się nawet pojęcia (bo jak tylko można było, to się człowiek wykręcał: a to brzuch go bolał, a to uczyć się musiał, a to wreszcie rodzice wcale go zabierać nie chcieli, bo przykre to i po co dziecko stresować - u mnie w domu tak było z pogrzebami, z zasady na żadne ani mnie ani brata do osiągnięcia pewnego wieku nie zabierano).

O sytuacji, kiedy z dnia na dzień dostaje się pracę w miejscu, w którym elegancki mundurek jest wymogiem dyskusji niepodlegającym nawet nie wspominam.

Jeśli elegancji nie lubimy, a życie oszczędziło nam konieczności codziennego paradowania po biurze w spódnicy i białej koszuli, to jeszcze jakoś można się przez te wszystkie szykowniejszej nieco oprawy wymagające okazje prześlizgnąć - na przykład co Święta wmawiać rodzinie, że biały sweter jest przecież biały i co to za różnica: koszula czy sweter?

Albo upierać się, że sukienka w kotki nadal jest sukienką, a sam fakt sukienkowości już jest wyznacznikiem elegancji, więc o co, Mamo i Tato, kaman?

Jednak co za dużo i za długo, to niezdrowo!

W pewnym momencie człowiek ma za dużo rzeczy i spraw na głowie, żeby kombinować i to, czego nie lubi skrupulatnie obchodzić (byle tylko na swoim postawić).
Tak stało się ze mną - swego czasu byłam wyznawczynią poglądu, że elegancja tylko wtedy, kiedy mało nudna, fikuśna jakoś, wymyślna. Ba - nadal tak uważam.

Lecz gdy czasu mało, rzeczy wiele do zrobienia i wszystkie te okazje do eleganckich strojeń wypadają tak, że na przebranie się ma człowiek tylko kilka chwil, to szkoda, naprawdę szkoda czasu na kombinowanie - proste rozwiązania są o wiele praktyczniejsze.

A prosta, skromna i czarna sukienka wcale nie ma mniej uroku, niż najpiękniejsza nawet koszula z bufiastymi, hipisowskimi nieco rękawami (tak, marzy mi się taka koszula od dawna - i nigdzie jej dostać nie mogę).

Sukienki noszę niechętnie, bo nie lubię odsłaniać nóg - to już mniejsza o to, czy mi się te moje nogi podobają, czy nie (wiadomo, że nie - widział ktoś kiedyś kobietę zadowoloną ze swojej figury? każdej zawsze coś w niej samej nie pasuje).

Nie czuję się w nich też tak swobodnie, jak w spodniach.

Ale gdy raz na kilka miesięcy nachodzi mnie ochota na to, żeby wyglądać kobieco, to okazuje się, że żaden ciuch nie nadaje się do tego kobiecości podkreślania lepiej od nich ;)

Ponieważ tegoroczne Święta Bożego Narodzenia mam zamiar spędzić nieco inaczej, niż wszystkie poprzednie (w skrócie - bardziej przyłożyć się do ich zorganizowania, niż tylko do konsumowania tego, co mi się pod nos podstawi), to bardziej od wymyślania stroju na Wigilię i świąteczne spotkania zajmuje mnie to, co przyrządzę.

Mam już za sobą próbę pieczenia piernikopodobnych ciastek i opracowywania dwóch rodzajów farszu do pierogów, ten weekend z kolei spędzam na sprzątaniu rodzinnego domu.

Bardzo dużo uwagi poświęciłam też kupieniu bliskim fajnych prezentów. 

Gdybym miała tydzień lub dwa zastanawiać się, co założę na siebie w te ważne dni, to chyba bym zwariowała.


Sukienka - H&M
Marynarka - MOODO
Kopertówka - no name (Allegro)
Rajstopy - Łódzka Rajtuza (Gabriella)
Szpilki - Romeo Rotti

Kiedy jakiś czas temu porządkowałam swoją szafę (w poszukiwaniu tych ubrań, które najbardziej ze wszystkich przydadzą mi się zimą) to odnalazłam w jej czeluściach kilka całkiem ładnych sukienek, których z jakiś względów dawno nie nosiłam - jedną z nich była czarna, trapezowa nieco sukienka.

Kupiona dwa lata temu, na przykrą okoliczność, bo specjalnie na pogrzeb babci.
Później nosiłam ją rzadko - ciągle źle mi się kojarzyła.
Ale nosiłam. Raz nawet wykorzystałam ją dla potrzeb jednej z blogowych sesji.

Sukienka jest jednak tak ładna, że szkoda ją zostawiać w szafie - ma sporo zalet: dość gruby materiał (nie zmarznę w niej więc nawet wtedy, jeśli na Wigilię u moich rodziców organizowaną będę musiała przejechać przez pół miasta tramwajem), odpowiednią długość (jeśli już mam nosić sukienki i spódnice, to akceptuję tylko te sięgające mi do połowy uda) no i kolor - co czerń, to czerń ;)
Nawet w Boże Narodzenie nie wyobrażam sobie siebie w innym sukienki kolorze, niż w czerni ;)

Pomyślałam sobie - może będzie nudno, ale przynajmniej z klasą :)


Szybko jednak okazało się, że wcale ten mój świąteczny "outfit" nie musi być nudny!

Może być niebanalny - właśnie tak, jak lubię!

A wszystko to za sprawą... rajstop! 


Szczerze powiedziawszy nigdy nie sądziłam, że rajstopy mogą być fajnym dodatkiem - ot, rajstopy to rajstopy.
Najlepsze te, których nie widać.
Jeśli już muszą być widoczne, to też niech będą czarne.

Ale koniecznie gładkie.
Wzorów na rajstopach nosić nie lubiłam - zawsze wydawały mi się wulgarne lub infantylne (i - szczerze mówiąc - w przeważającej większości wypadków nadal takimi mi się wydają).

Nie miałam więc pojęcia, że kiedykolwiek jakąś wzorem ozdobioną parę założę na swoje nogi.


Te wzorzyste rajstopy to prezent - prezent nie od byle kogo, a od Łódzkiej Rajtuzy.

Łódzka Rajtuza zaś to i ludzie i marka - i idea, przede wszystkim idea!

To projekt znanej chyba większości Polek firmy pończoszniczej - Gabrielli.
Jednego z największych producentów rajstop i pończoch tak na rynku polskim, jak i europejskim.

Przy okazji - firmy łódzkiej.


I nie, Gabriella nie jest w tym biznesie jedyną łódzką firmą!

Pomimo kryzysu, jaki po upadku poprzedniego ustroju dotknął skoncentrowaną wówczas głównie w Łodzi i okolicach branżę tekstylną i włókienniczą (a który zaowocował bankructwem dużych i bardzo licznych zakładów produkcyjnych, do końca lat '80 dających zatrudnienie przeważającej większości mieszkańców całego województwa łódzkiego) produkcja rajstop i pończoch wcale się z łódzkich progów nie wyniosła - wręcz przeciwnie, ma się świetnie.

Wbrew temu, co zapewne sądzi statystyczny Polak ;)

Większość tych rajstop, które zapewne macie w swoich szufladach produkowana jest właśnie tu, w moich rejonach - znana z kontrowersyjnych bilboardów marka Adrian ma swoją siedzibę w moim rodzinnym Zgierzu, Gatta i Wola w Zduńskiej Woli, Agatex - w Aleksandrowie Łódzkim.
Typowo łódzkie są zaś oprócz Gabrielli jeszcze marki takie jak Marilyn i Fiore.

Mniejszych, nie tak dobrze znanych, ale świetnie się mających firm produkujących rajstopy, skarpetki i pończochy działa w naszym województwie jeszcze więcej - pogooglujcie, to się przekonacie, że nie kłamię ;)

Łódzka Rajtuza to owoc przemysłu kreatywnego, tej przemysłu gałęzi, w której rozwoju polska gospodarka pokłada obecnie bardzo duże nadzieje - przemysł kreatywny łączy przedsiębiorczość z kreatywnością, a technologię z pomysłowością.
I to, co znane od dawna z tym, co nowe i często zaskakujące - w tym wypadku jest to produkcja wyrobu dobrze znanego w regionie i poza nim, takiego, który z Łodzią jest dość dobrze kojarzony, ale przy wykorzystaniu nowych pomysłów.

To projekt wart uwagi, bo promujący Łódź - brakowało takich marek u Nas!

Śląsk już kilka lat temu odkrył, że może się "sprzedawać" - mało tego: że może być modny!

Każdy i każda z Was zapewne zna przynajmniej kilka śląskich firm produkujących (dawniej na mniejszą, dziś już na masową skalę) koszulki, kubki, poduszki i inne gadżety - a to z wizerunkami charakterystycznych dla Śląska budynków/obiektów, a to ze śmiesznie brzmiącymi zdaniami zapisanymi etnolektem śląskim.

Reszta Polski pokochała Śląsk, a sami Ślązacy są ogromnie z niego dumni - i nie mają nic przeciwko promowaniu go na rozmaitych produktach użytkowych.

Dlaczego więc tyle czasu trzeba było czekać, aż w ślady śląskich marek pójdą te łódzkie?

Nieważne - ważne, że wreszcie mamy coś, czego inni mogą nam zazdrościć ;)

Twórcy Łódzkiej Rajtuzy przyznają, że przy wymyślaniu jej inspirowali się wyłącznie tym, co kochają - Łodzią... i kobietami.

 ( Nic, co jest tworzone z miłości nie może się nie udać ;) )

Chcieli zaprojektować rajstopy, które łódzkie kobiety mogłyby nosić z dumą - dumą i z siebie (bo rajstopy miały być przede wszystkim kobiece!) i ze swojego miasta.

Dlatego też uwiecznili na nich te łódzkie obiekty, które najlepiej z Łodzią się kojarzą: pomnik Tadeusza Kościuszki z Placu Wolności (jedynego w Europie ośmiokątnego placu!), bramę dawnej fabryki Izraela Poznańskiego (dzisiejszej Manufaktury) i kominy fabryczne, które mają upamiętniać przemysłowy rodowód miasta (a przy tym są nieodłącznym elementem łódzkiego krajobrazu).


Łódzka Rajtuza to gratka nie tylko dla kobiet lubiących łódzką architekturę - to także coś dla pań ceniących gwarowe smaczki ;)

Tak, tak - gwara łódzka też istnieje ;)

I ma się dobrze ;)

Smaczki te ukryły się w opisie rajstop - na odwrocie ich kartonowego opakowania:

"100 % galanty* wybór - 0% badziewia* - 100% łódzka produkcja

Rajtuzy idealne do siajowej* roboty, jak i na fajowy* dansing* na Pietrynie*.
Na rajtuzie tej znajdziesz rozmaitości z miasta Łodzi*: bramę przy zakładach Poznańskiego, Kościuszkę z placu Wolności i zwyczajne dla oczu łodzian fabryki.

Kup je bystro*!"

Jeśli nie wiecie, co oznaczają ogwiazdkowane wyrazy (będące niczym innym, jak łodzianizmami właśnie - acz niektóre z nich zostały zaczerpnięte z innych regionów, niekoniecznie polskich), to odsyłam od razu do Post Scriptum - tam je wyjaśniam.


Podoba mi się ta "rajtuza" - informację o tym, że taki produkt jest w przygotowaniu znalazłam w sieci sama, na długo, długo przed tym, zanim dział marketingu Gabrielli postanowił sprawić mi taką fajną, świąteczną niespodziankę :)

Swoim entuzjazmem związanym z moim nowym odkryciem nie omieszkałam podzielić się z Wami na fejsbuku, pewnie to pamiętacie.

Planowałam sama sprezentować sobie jedną chociaż parę - ale nie byłam pewną, czy zdążę upolować ją przed Świętami.
Dlatego nawet nie uwzględniałam rajtuzy w moich świąteczno-sylwestrowych planach ubraniowych.
Jednak jako że już ją mam, to decyzja zapadła - w tym roku siadam do świątecznego stołu odziana w produkt w pełni regionalny, a co!

Łódzka Rajtuza jest tak ładna, że trzeba się nią chwalić ;)


Jeśli jesteście z Łodzi i okolic, lubicie Łódź albo doceniacie przemysły kreatywne - rozważcie sprawienie sobie takiego prezentu.
Tak, kupcie sobie rajtuzę w świątecznym prezencie - o innych już zdążyłyście zadbać, teraz pomyślcie o sobie!

Być może tak jak ja odkryjecie w niej idealny dodatek do świątecznej stylizacji :)

Ewentualnie - spójrzcie przychylnie na rajtuzę, jeśli jeszcze szukacie fajnego prezentu dla innej młodszej lub starszej damy (Łódzka Rajtuza to nie produkt tylko dla nastolatek :>).
Albo podszepnijcie swojemu mężczyźnie, że wcale się nie obrazicie, jeśli dorzuci Wam jedną jej parę do gwiazdkowego podarunku.

Rajstopy pięknie wyglądają na nogach i ładnie je modelują - sama przyjemność dla męskich oczu oglądać w nich swoją Lubą ;)

W ogóle - pewnie zaskoczeni i zaskoczone jesteście, że mając możliwość sfotografowania Łódzkiej Rajtuzy i wszystkich tych nadrukowanych na niej łódzkich obiektów w naturalnym, łódzkim plenerze nie skorzystaliśmy z niej.

Powiem wprost - raz, że obecnie jest zbyt zimno jak dla mnie na paradowanie po ulicy w rajstopach i w samej sukience (bo z kurtką, to ja tego zestawu nie widzę), a dwa, że jak propozycja stylizacji na Święta, to i świąteczne wnętrze.

Takiego ładnego, stylowego i świątecznymi dekoracjami przystrojonego wnętrza użyczyła nam siostra Leszka - to w jej sklepie  SENEKO - Kolorowych Snów je zrobiliśmy :)

Jeśli bardziej od ciuchów kręcą Was dizajnerskie meble i dodatki do domu, to będąc w Łodzi koniecznie wpadnijcie na ulicę Świętej Teresy 100!
Agata Was dobrze ugości - i pokaże Wam takie ładne fotele i sofy, że już będziecie wiedzieć, na co chcecie przetracić swoje oszczędności ;P

Pozdrawiam Was przedświątecznie i biegnę ubierać choinkę!

Wasza Mar!

P.S. Obiecany słowniczek łodzianizmów z rewersu opakowania Łódzkiej Rajtuzy:

Galanty - dobry, duży, zacny (w Łodzi mówi się tak też o udanym wypieku albo dobrze odżywionym dziecku :>)

Badziewie - bubel, tandeta, rzecz nietrwała lub brzydka

Siajowy - to słowo po części oznacza to, co może oznaczać rzeczownik badziewie ;)
Albo inny, będący w użyciu w całej Polsce - szajs.
Pochodzi od imienia jednego z dziewiętnastowiecznych łódzkich fabrykantów - Szai Rosenblatta.
Wieść niesie, że produkowane w jego fabryce tkaniny bawełniane były tak kiepskie, że nie nadawały się do niczego.
Siajowy zwykło się więc mówić w Łodzi na coś beznadziejnego.

Od siebie powiem Wam tylko tyle, że mnie do beznadziejnej pracy szkoda by było zakładać takie ładne rajstopy ;P

Fajowy - przeciwieństwo siajowego: coś fajnego - po prostu :)

Pietryna - to potoczna nazwa jednej z ważniejszych łódzkich ulic: Piotrkowskiej, dawnego serca Łodzi - jeszcze dwadzieścia lat temu była ona reprezentacyjną ulicą Łodzi, pod koniec lat '90 zaczęła nieco podupadać, a obecnie na nowo rozkwita.

Dansing - starsi mieszkańcy Łodzi mówią tak na każdą imprezę taneczną, bez względu na to, przy dźwiękach jakiej muzyki się ona odbywa ;)

Z miasta Łodzi - oglądaliście Bilet na KsiężycPamiętacie dziewczynę, którą w bardzo niezręcznych okolicznościach poznał główny bohater - Adam?
Zapytana o to, skąd jest, bez wahania odpowiedziała, że z miasta Łodzi.
Otóż starsi łodzianie mają jakiegoś kręćka i za wszelką cenę chcą podkreślać, że "ich" Łódź to nie jest taka łódź, jak wszystkie inne łodzie.
To jest MIASTO ŁÓDŹ! Żeby odróżnić nazwę własną od rzeczownika pospolitego zawsze dodają to "miasto".
Dla mnie ten zabieg jest zbędny, ale akceptuję ludzkie dziwnostki ;)

Bystro - szybko, prędko, natychmiast (ten wyraz nie jest łodzianizmem, to rusycyzm, ale w pozostałych regionach naszego kraju raczej się nie przyjął - tylko w Łodzi i jej okolicach jest w powszechnym użyciu)

niedziela, 13 grudnia 2015

Prawie jak Mondrian - ponczo w kwadraty

Wielu rzeczy nie wiem - niektóre z nich należą do tych, do których wstyd się przyznawać.


Nie wiem ile to jest 7 razy 8 (muszę się chwilę nad tym zastanowić, bo tabliczka mnożenia już od wczesnej podstawówki sprawiała mi duży problem), co czynić, żeby spać pięć godzin i rano wstawać rześką niczym skowronek i jak nie przypalać ryb podczas smażenia.

Nie mam też pomysłu na to, jak odchudzić moją kotkę.

I jak pozbyć się z Leszego balkonu gołębi, które już jakiś czas temu zdecydowały, że będą się lęgnąć właśnie na nim - na żadnym innym.


Ale jedno wiem na pewno - nie mogę, za żadne skarby tego świata nie mogę przynieść już do domu żadnego poncza.


Po przeliczeniu tych, w posiadaniu których jestem... okazało się, że mam ich ponad dwadzieścia sztuk!


Nigdy specjalnie nie przeszkadzała mi ta ich wielość - poncza lubiłam nosić od zawsze, zawsze bowiem ceniłam sobie ich luźność i krój znacznie bardziej awangardowy, niż w wypadku tradycyjnych swetrów.

Zwracają uwagę, w cieplejsze dni z powodzeniem zastępują płaszcze i kurtki, poza tym jak żaden inny ciuch świetnie prezentują się w połączeniu z kapeluszami.

Tyle, że w życiu każdej baby przychodzą takie momenty, kiedy bardziej od najbardziej nawet pięknego poncza potrzebny jest jej "normalny", standardowy sweter - jednym z tych momentów jest początek sezonu zimowego.


Mar w tym okresie ciepłego swetra potrzebuje bardzo, bo wozi tyłek po mieście nie klimatyzowanym autem, a komunikacją miejską - na przykład takim wyziębionym tramwajem, który ma nieszczelne okna, niedomykające się drzwi i prowadzony jest przez motorniczego odpowiadającego na pytanie odnośnie tego, dlaczego nie włączy ogrzewania zawsze w ten sam sposób: "Bo tak!".

No i dyskutuj tu z takim...


Kilka ostatnich dni pozwoliło zapomnieć nam o tym, że właściwie za chwil parę zaczyna się zima, ale koniec października był naprawdę zimny.

I niektóre listopadowe dni też.

Kiedy wstawałam wtedy bladym świtem z łóżka i próbowałam znaleźć w mojej szafie coś, co nadawałoby się do tego, żeby nie zamarznąć w drodze do pracy... to myślałam, że wyjdę z siebie: pamiętałam bowiem, że jakieś grube, ciepłe swetry swego czasu kupowałam.

I że muszą, po prostu muszą gdzieś być.

Okazało się, że są - cztery na krzyż.


Jeszcze niedawno było ich więcej, ale zużyły się, poniszczyły - wyrzuciłam.

Zamiast kupić na ich miejsce jakieś inne, może nie do końca ładne, ale na pewno ciepłe - uzupełniłam szafę kilkunastoma nowymi ponczami -.-'

Frustracji było mnóstwo, na szczęście nie zdążyłam się zbyt długo pofrustrować, bo temperatury się podniosły ;)


Ale przyrzekłam sobie, że nie ma opcji - żadnego poncza więcej!


Trzymałam się dzielnie - chociaż trend boho przyjął się świetnie (a jak boho, to i ponczo - wiadomka) i nawet w jesiennych i zimowych kolekcjach rozlicznych sieciówek rozgościł się na dobre, to żadnego nowego do domu nie przyniosłam.


Owszem: kilka mierzyłam, dwa lub trzy razy bliską byłam nawet tego, żeby jakieś kupić, ale zawsze udawało mi się powstrzymać przed tym.

Myślałam więc, że niebezpieczeństwo zażegnane i że w dwudziestym siódmym roku życia udało mi się wyhodować u siebie rozum.

Dane sobie słowo trafił 
jednak szlag, kiedy któregoś dnia wysiadłam z autobusu pod moim ukochanym zgierskim butikiem Nashe i na wystawie zobaczyłam to ponczo, które dziś możecie oglądać na zdjęciach.

Urzekło mnie tym geometrycznym wzorem!


Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło na myśl, kiedy na nie patrzyłam, to obraz Pieta Mondriana Kompozycja z żółtym, niebieskim i czerwonym.

O, ten.

Każdy zna tę kompozycję - choć nie każdy wie, że to dzieło sztuki ;)


Wpatrywałam się, pamiętam, w wystawę i długo biłam z myślami - mierzyć, czy nie mierzyć?
Jak przymierzę, to pewnie wezmę.
A jak wezmę, to złamię obietnicę - zrobię to raz, to potem zapewne nakupię kolejnych...

Przymierzyłam.

Okazało się, że ponczo jest dwustronne - pod spodem część z tych kwadratów i prostokątów ma zupełnie inne kolory.
To jeszcze lepiej nawet, pomyślałam, bo więcej możliwości noszenia!


I już, już wysupływałam z portfela pieniądze, kiedy coś mi przestało pasować - gdzieś tego typu ponczo widziałam, coś jest nie tak.
Poprosiłam, by Pani Właścicielka odłożyła mi je do weekendu i wróciłam do domu.
Po szybkim przegooglowaniu Internetu okazało się, że miałam rację - nic dziwnego, że ponczo wydawało mi się znajome.
Podobny model kilka miesięcy wcześniej wypuściło Burberry.

Pamiętałam też wybuchające co jakiś czas w sieci afery, że jakaś tam celebrytka na tę lub tamtą ważną imprezę podróbkę przywdziała - zaczęłam się więc smucić i zastanawiać, czy moje ponczo też nie jest czasem zbyt łudząco podobne do tamtego burberowskiego cuda.

Zrobiłam sobie kawę i googlowałam dalej - jeśli ktoś kiedyś próbował dotrzeć do końca Internetów, to na pewno nie dogrzebał się tak daleko, jak ja.

Uwierzcie mi na słowo!

Po trwającym kilka godzin rekonesansie udało mi się ustalić kilka faktów: takie "kwadratowe" poncza miała lub ma w swojej ofercie każda chyba sieciówka, a w Polsce również kilka sklepów i firm sprzedaż lub produkcję takich okryć uskuteczniło.
Po dokładnych porównaniach doszłam także do wniosku, że "moje" ponczo różni się od tego burberowskiego i jego chamskich podróbek rodzajem wykończenia, brakiem monogramu/logowań, obszyciem, innym układem wzoru i - przede wszystkim - wcięciami na ręce.

Udało mi się więc uspokoić moje sumienie - mogłam kupować!
I już tylko złamanie osobistej przysięgi mogło mi je podgryzać ;)

Kupiłam, wróciłam po nie szybciej, niż wrócić miałam - na dodatek z siostrą Lecha, która wzięła dla siebie inną poncza wersję kolorystyczną: z szarością i różem.


Wbrew temu, co przewidywałam, więcej razy na kolejne ponczo się nie skusiłam - póki co tylko to jedno mam na swojej liście zakupowych grzechów tej jesieni.
Aczkolwiek właśnie rozpoczął się szał zimowych wyprzedaży, więc muszę się mieć na baczności, bo sklepy wyprzedają teraz poncza ochoczo i za grosze ;)

Pamiętajcie, dopingujcie mnie! Nie mogę więcej zgrzeszyć!


To ponczo wypełnia mi w szafie lukę w niebieskich i czerwonych ubraniach - jak wiecie: nie przepadam za nimi.

Źle się w nich czuję.

Jednak w postaci takich akcentów jedynie akceptuję je w stu procentach - problem w tym, że rzadko kiedy udaje mi się gdzieś wypatrzyć taki ciuch, gdzie te właśnie barwy występują w takich śladowych ilościach ;)


Patrząc na zdjęcia możecie odnieść wrażenie, że było mi bardzo zimno, skoro się tak kulę i tym ponczem owijam - zdjęcia robiliśmy już jakiś czas temu, kiedy było o wiele cieplej.

Więc nie, nie tędy droga.

Ja po prostu chciałam je Wam jak najlepiej zaprezentować, a kiedy nie trzyma się go z przodu, to wywija się tym spodem, który ma inny nieco wzór i inne barwy i wtedy ogląd na nie nie jest pełen ;P


Kapelusz - H&M
Szalik - H&M
Ponczo - no name (Butik Nashe w Zgierzu)
Golf - no name (second-hand)
Tregginsy - H&M
Listonoszka - H&M
Wełniane rękawiczki - Reserved
Sztyblety - Buty Na Czasie


Coś mi się wydaje, że to ostatnie kapeluszowe zdjęcia w tym roku - teraz tak wieje, że po kilku krokach z kapeluszem na głowie wiatr porwałby mi go daleko, daleko ;)


Święta coraz bliżej - dopadło Was już świąteczne szaleństwo?
Ja w tym roku zabrałam się za wszystkie te konieczne do wypełnienia przed nimi obowiązki dość wcześnie - prezenty już kupiłam, wiem też, co będę przyrządzać.
I tak, jak w ubiegłych latach jakoś nie czułam świątecznego klimatu, tak w tym roku jestem już w pełni gotowa na Boże Narodzenie.

Oby mi się nie odwidziało ;)

Ściskam Was niedzielnie i pozdrawiam,

Wasza Mar!

P.S. Bardzo Wam dziękuję za wszystkie serdeczne i wspierające słowa pod poprzednim postem - były mi potrzebne.
Ogromnie odchorowałam odejście Endera - płakałam, jak nigdy.
Jak tylko dowiedziałam się, że nie żyje, to kazałam Leszkowi wieźć się do kliniki.
Stałam przy Enderze, głaskałam go (był jeszcze ciepły) i opowiadałam pielęgniarzowi ze łzami w oczach, jak razem z mamą karmiłyśmy kota strzykawką w czasach jego niemowlęctwa.
I jak zbierałam z dywanu jego mleczne zęby.

Nadal jest nam bardzo smutno. Brakuje go nam.
Tęskni za nim też nasz drugi kot - wspomniana we wstępie Majka.
Mamy nadzieję, że czas uleczy rany...

sobota, 5 grudnia 2015

Kaszkiet i ja

Od momentu, kiedy odkryłam dla siebie i pokochałam całym sercem kapelusze, to nigdy, przenigdy nie sądziłam, że przyjdzie mi jeszcze kiedyś "zdradzić" je z innymi głowy nakryciami.


No dobra, nie mówię tu o okresie siarczystych mrozów i śnieżyc - bo to, że gdy śnieg na głowę pada (a wichura chce ją urwać) kapelusza raczej na nią nie przywdziewam jest dosyć oczywiste ;)


Jakim, jakim więc cudem porzuciłam kapelusze dla kaszkietu?


Zostańcie ze mną, przeczytajcie notkę, a wszystkiego się dowiecie!


męski kaszkiet - damska stylizacja - blog - blog o modzie - preppy - musztardowy sweter

Kaszkiet jako nakrycie głowy znałam od dawna.

Kaszkiety nosił (i ciągle nosi) z upodobaniem mój dziadek, lubiła je moja babcia (w tej takiej puchatej bardziej, welurowej wersji szczególnie - pewnie każda i każdy z Was wie, o jakim kaszkietu modelu myślę :>), w latach '90 widywałam ich dużo na ulicach i w rozlicznych teledyskach - chyba były wtedy wyjątkowo modne.

W przeciągu kilku ostatnich lat zniknęły mi jednak z pola widzenia - jeśli gdzieś je spotykałam, to w lookbookach męskich marek odzieżowych, sporadycznie pojawiały się na działach męskich sieciówek.
Na różnych portalach modowych także od czasu do czasu mi migały.

Ale rzadko zauważałam je na kimś "na żywo" - nie mówiąc już o tym, że niemal wcale nie widziałam, żeby nosiły je kobiety.


Nic więc nie wskazywało na to, że kaszkiety powrócą do łask mas i przeżyją swój renesans.

Nie w erze zachwytu kapeluszami, bo kto by tam kaszkiety nosił, skoro kapelusze takie kobiece, fotogeniczne i urocze - o, tak sobie myślałam.


Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy któregoś dnia w czasie mojego zwyczajowego, popołudniowego przeglądania Waszych blogów natrafiłam na wpis Pauli (o, ten), w którym ogłaszała wszem i wobec, że oto przed nami najmodniejsza tego sezonu głowy damskiej ozdoba: kaszkiet!


Czytając jej wpis nie mogłam w niego uwierzyć - jak to najmodniejsza?
Przecież nigdzie kaszkietów nie widać!
I jak to kapelusze są passe?
Halo, halo! Ja, Mar, się na to nie zgadzam - o, tak miałam napisać w komentarzu!
Jak można tak publicznie kapelusze obrażać i jeszcze próbować wmawiać, że taki kaszkiet może niby fajniejszym być od nich?!

I już, już swój głos sprzeciwu pisać zaczynałam, kiedy nagle olśniło mnie, że taki kaszkiet wisi w moim i Lecha przedpokoju - spokojnie sobie wisi, na kołeczku, kilkoma płaszczami i szalikami zakryty, przez nikogo nie będąc niepokojonym.
Nieco nawet zapomniany.
I to od kilku lat - czyli od czasu, kiedy to Lechu dostał go od rodziców na prezent.
Jakoś nie przypadł mu do gustu.

Zamiast więc pisać komentarz, to poleciałam szukać kaszkietu.
Z ciekawości.
Znalazłam, na głowę założyłam, w lustrze się przejrzałam... i pomyślałam sobie, że w sumie pal licho: modne, niemodne... nieważne!

Ale kaszkiety są super!

Wcale nie w mniejszym stopniu super, jak kapelusze.

Jeśli nie wszystkie z nich nawet, to na pewno ten leszy, skoro tak fajnie na mnie leży ;)


Zamiast więc utyskiwać, jakie to Moja Droga Paula androny wypisuje i bronić kapeluszowego honoru zaczęłam się chwalić jej, że chyba przyoszczędziłam ;P
Bo miałam hit sezonu tuż pod nosem - i całkiem za darmo ;P


 Polubiłam się z tym kaszkietem :)

Nie rozstaję się z nim od czasu, gdy odkopałam go na tym przedpokojowym wieszaku ;)

Na dworze nie jest jeszcze tak zimno, żeby chodzić w czapkach, ale na kapelusze jest już niestety zbyt wietrznie.
Kaszkiet więc ratuje moją głowę przed zmarznięciem.

A przy tym wydaje mi się, że całkiem dobrze mi w nim :)

Od dnia, w którym Paula opublikowała ten swój post nie zauważyłam, żeby kaszkietowy trend "wyszedł" na ulice - prawdę powiedziawszy, to na tych łódzkich i zgierskich jestem jedyną kobietą w kaszkiecie ;P
Nadal pojawiają się kapelusze, prym wiodą już jednak standardowe czapki (z pomponami lub beanie) i berety.


Nie mam więc pojęcia, czy ogółowi kaszkiety się nie spodobały, czy ich nieobecność na ulicach wynika raczej z tego... że nie ma ich gdzie kupić!

Nie żartuję! Zakochana w tym lechowym kaszkiecie zapragnęłam sprawić sobie drugi, tym razem czarny - co z tego, skoro w sklepach kaszkietów brak?


W sieciówkach nie ma, na Zalando pojedyncze, bardzo drogie i bez podanego obwodu - nie kupię więc w ciemno czapki za 200 złotych bez pewności, że będzie na mnie pasować.

Ostatnio przyuważyłam kilka fajnych modeli kaszkietów na stoiskach Sezonowej Szafy (kto jest z Łodzi ten wie, co to za twór ta Sezonowa Szafa - kto nie z niej, temu już tłumaczę: to takie wyspy w Galeriach i w marketach, oferujące czapki, szale i kapelusze), ale albo były drogie albo podobnie jak ten mój szare.

A drugiego takiego samego lub podobnego nie potrzebuję.

Cała nadzieja w moim dziadku!

Ostatnio powiedział mi, że wysyp kaszkietów zaobserwował na naszym zgierskim targowisku.
Ponoć przyjeżdża tam taki koleś z czapkami i kapeluszami i ma różne kaszkietów modele.
Niestety - dziadek ostatnio jakoś nieczęsto na targowisko zagląda, a ja z kolei w godzinach, w których przyjeżdżają tam kupcy jestem w pracy :(

Mój kaszkiet najchętniej noszę do zestawów utrzymanych w klimacie nieco zbliżonym do stylu preppy (super prezentuje się z eleganckimi spodniami, oksfordkami, koszulą body i szelkami!) i tych, do których najbardziej pasuje mi określenie ich mianem stylizacji na miejską łobuziarę.

Ten prezentowany Wam dziś jest dla mnie połączeniem tych dwóch stylistyk.

Całą zestawu resztę - poza kaszkietem - mieliście i miałyście już kiedyś okazję podziwiać na blogu.

Na pewno dobrze pamiętacie szal, bo bardzo niedawno na blogu debiutował (w tym poście).

Ze wszystkich szali i chust jakie mam w swojej przepastnej szafie to właśnie ten szalik najlepiej moim zdaniem prezentuje się w towarzystwie kaszkietu :)

Sweter gościł tu rok temu (w zasadzie, to niemal równo rok temu), dżinsowe bryczesy pokazywałam Wam już kilka razy, oficerki były w poprzednim poście ubraniowym, a moją Torbę-Borbę to już chyba znacie bardzo dobrze ;).


Tak - po długim okresie fascynacji małymi torebkami ponownie wracam do noszenia toreb wielkich i przepastnych.

Nie przychodzi mi to bez trudów - odzwyczaiłam się już od grzebania w nich w poszukiwaniu kluczy lub portfela.

Ale lubię tę torbę - i lubię zainteresowanie, jakie wzbudza, kiedy pojawiam się z nią w sklepie lub w autobusie ("Jeeeeny, gdzie Pani taką torbę kupiła?!" jest pytaniem, które słyszę kilka razy dziennie ;P a że większości pytających świecą się na jej widok oczy, to nie ukrywam - jestem z mojej Torby-Borby dumna ^^).


Kaszkiet - Tchibo (z szafy Lecha)
Szalik - H&M
Sweter - H&M
Dżinsowe bryczesy - Bershka
Pasek - Bershka
Skórzane rękawiczki - no name
TORBA BORBA - MOMO FASHION
Oficerki - Lasocki (CCC)


Pewnie zwróciliście uwagę na to, że zdjęcia wykonane zostały w dwóch różnych plenerach.
Tak, jest tak, jak się domyślacie - pierwszego dnia, w którym próbowaliśmy sfotografować ten zestaw pokonała nas pogoda.

Było buro, szaro i siąpił drobny deszcz - szkoda, że nie udało nam się dokończyć tej sesji tam, bo miejsce jest zacne: to okolice Lasu Łagiewnickiego w łódzkim Arturówku.
Tuż obok mojej pracy ;)

Z kolei te jasne zdjęcia (na których nie mam szalika) robiliśmy wśród malowniczych częstochowskich pól - bo jak pewnie wiecie z mojego fanpejdża ubiegły tydzień ponownie spędzaliśmy wraz z Leszkiem w Częstochowie.

Coś mi się wydaje, że teraz każda "sesja" będzie tak właśnie wyglądać (że robienie zdjęć trzeba będzie dzielić na kilka etapów), bo pogoda jest paskudna.
Chyba już wolałabym, żeby spadł śnieg - wtedy przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać ;P


Zostawiam Was ze zdjęciami i uciekam - przyznam szczerze, że ostatnio nie mam głowy do blogowania.
Jeden z moich dwóch kotów jest naprawdę ciężko chory i właściwie o niczym innym całymi dniami nie myślę, jak o tym, czy kiedyś jeszcze dojdzie do siebie.
Nawet w pracy nie umiem się skupić.
Nie mówiąc już o jakichkolwiek świątecznych zakupach i porządkach...

Jeśli jakoś tam lubicie mnie i mojego bloga, to potrzymajcie trochę kciuki za mojego Endera.
Jest mu to potrzebne.


No i jak - podoba Wam się taka kaszkietowa wersja mnie :)?
Powiedzcie, co sądzicie!

Pozdrawiam Was grudniowo,
Wasza Mar!

P.S. Udanych Mikołajek Wam życzę :)!

P.S. (2) EDIT: Niestety, nie udało się - Ender odszedł w niedzielę w południe.
Jestem bez sił. I ciągle beczę.