niedziela, 24 stycznia 2016

Zimowy look - biel, dżins i nowy melonik

Przyznaję się bez bicia - bardzo długo zwlekałam z pozowaniem do jakichkolwiek zdjęć na zimnie i wśród śniegu, bo zwyczajnie nie lubię marznąć, a że coraz starsza jestem, to i coraz też trudniej namówić mnie na zrezygnowanie z moich przyzwyczajeń ;)


Ale zawstydziłyście mnie - wszystkie tyle pięknych, zimowych fot pokazujecie, że i ja nie chciałam być od Was gorsza ;P


No, to są.


zimowa stylizacja z kraciastym szalikiem blog

Mam chyba stosunkowo dużo szczęścia (taki przywilej głupiego - jemu podobno szczęście sprzyja ;P), bo akurat w dniu, w którym postanowiliśmy się z Lechem na zdjęć robienie wybrać śnieg nie sypał (generalnie, to od trzech tygodni w Łodzi sypie i sypie - nie ma dnia, żeby to białe paskudztwo z nieba nie leciało), a i mrozu zbyt dużego nie było.

Mogłam więc wykorzystać ten fakt na pozowanie we względnym rozchełstaniu.


I bardzo dobrze - gdyby przyszło mi fotografować się w moim "outficie" na mrozy (znaczy się - w starej, puchowej kurtce i w lekko nadprutej już czapie z pomponami), to już nigdy więcej nikt by tu nie zajrzał :P


Dzisiejszy post jest w pewnym sensie nie tylko prezentacją tegorocznego zimowego wydania Mar, ale i przeglądem nowości, jakie w ostatnim czasie do szafy Mar trafiły.

Nie wszystko tu jest nowe - znacie już na przykład płaszcz (o, tu był pokazywany) i dżinsy.
Aczkolwiek w dżinsy ubrana na blogu i na żywo bywam rzadko, więc i one można za nowość uznać ;)

Bezapelacyjnie nowe jednak są tu buty, melonik, szal, sweter i torebka.


Zabawne - kupując nowe rzeczy i tak rzadko kiedy wychodzę poza moje ramy stylowe.
Owszem, chętnie przygarniam do szafy pewne elementy sezonowych trendów (jeśli jakiś ciuch mi się spodoba, to szczerze powiedziawszy guzik mnie obchodzi to, do jakiego on właściwie stylu przynależy - chcę, to biorę ;P), jednakże przy okazji większych zakupów i wymiany tych rzeczy, które nieco się już zużyły najchętniej sięgam po ubrania i dodatki o takich fasonach, kolorach lub krojach, jakie lubię.

Stąd też nikogo chyba, kto mnie (wirtualnie lub realnie) zna nie dziwi już fakt, że część moich torebek jest do siebie podobna, że buty od kilku lat noszę niemal takie same i że ciężko jest zostać przeze mnie w kwestii ciuchów czymś zaskoczonym - no trudno, taka jestem ;)

Na tegorocznych wyprzedażach także obkupiłam się w ciuchy i akcesoria całkowicie "moje".

Choć wiele inności mnie mocno skusić próbowało ;)


Czasami trochę wkurza mnie ta moja wierność sobie i to, że mijają lata, a ja ciągle cierpię na tę samą przypadłość - jak już odkryję, że coś mi pasuje, to trzymam się tego rękami i nogami.
Na eksperymenty decyduję się rzadko - i to w każdej dziedzinie swojego życia.

W kwestii ubioru dostrzegam jednak wiele plusów takiej sytuacji - przynajmniej niemal każdą rzecz w swojej szafie mam obcykaną i wiem, z czym ją połączyć ;)


Chociaż - nie kupuję przecież tych rzeczy zawsze identycznych.

O, na przykład ten sweter spod płaszcza mi wystający jest przecież biały - a przecież jeszcze tak niedawno temu pisałam Wam, że bieli nie noszę, bo nie podobam się w niej sobie.

A jednak udało mi się przekonać siebie samą do jasności :)


Trochę za sprawą nowej pracy, którą z początkiem stycznia rozpoczęłam - nie obowiązuje mnie w niej żaden dress code, ale chciałam sprawić sobie kilka takich ubrań, które na nieco bardziej eleganckie wyglądać będą.

Ponieważ mamy zimę, a nie lato, to doszłam do wniosku, że najlepiej będzie sprawić sobie jakieś ciepłe ciuchy - wybór swetra był najprostszym rozwiązaniem ;)
Wymyśliłam, że do pracy będę nosić go do czarnych spodni, oficerek i mojej długiej kamizelki.
Chyba zmyślnie to wykoncypowałam, bo w takim wydaniu sweter prezentuje się naprawdę wyjściowo, a przy tym w stu procentach po mojemu :)

Ale - jak widać na zdjęciach - w codziennych, zwykłych i luźnych połączeniach też wygląda fajnie :)


Tak się sobie w tej bieli spodobałam, że sprawiłam sobie jeszcze dwa inne, białe (no dobra - jeden właściwie jest beżowy) swetry ;)

Wreszcie mam ich w szafie odpowiednio dużo!

Przy okazji odkryłam też, że biel fajnie wygląda z dżinsem - dlatego też dziś zamiast w zwyczajowo już czarnych spodniach prezentuję się Wam w dżinsach :)

Melonik w sumie też dość znacznie różni się od tego, który miałam do tej pory - po pierwsze ma "normalne", melonikowe rondo.

Temu, w którym Wam się do tej pory prezentowałam już w momencie zakupu rondo odwinęłam.

Bo niby ładniej mi było w odwiniętym ;)

Na żywo wygląda, jakby był zamszowy - nie jest.
Na pewno jednak jest bardziej czarny.

Wypatrzyłam go w salonie Reserved w łódzkiej Sukcesji (to jest chyba jedyna galeria handlowa w Polsce, w której nie ma ludzi - słuchajcie, żywej duszy: w sklepach sami sprzedawcy i ani jednego klienta... nie wiem, o co chodzi, bo galeria ma lokalizację tuż przy Politechnice Łódzkiej i obok niej przebiega jedna z ważniejszych łódzkich ulic...), za śmieszne pieniądze - niecałe 30 złotych.

Leżał tak sobie na półce, smutny - to co miałam zrobić?
Przygarnęłam.

Wśród mojej małej kapeluszowej kolekcji na pewno nie będzie mu więcej smutno :)

Torebka - bo o niej też Wam wyżej wspomniałam, że nowa.

Otóż w sumie nie taka nowa, bo z listopada.
Specjalnie na FashionWeek'a kupiona.

W ubiegłym roku odkryłam, że całkiem fajnie wyglądam, gdy zamiast wielkiego worka przerzucę przez ramię listonoszkę.
Czy dużą, czy małą - bez różnicy.
Nabyłam więc dwa modele - jeden średni, drugi bardzo mały.

Ta mała listonoszka, którą jesienią upolowałam w Deichmannie (o, ta - klik!) ma jednak złote okucia - a ja mam takiego fioła, że gdy zakładam buty z jakimiś srebrnymi zdobieniami, to torebkę również muszę mieć okuciami dopasowaną.
Żeby móc mieć jakąś małą, dość elegancko mogącą wyglądać torebkę pasującą do posrebrzanymi elementami zdobionych butów dokupiłam więc inny model - z odpowiednimi wykończeniami.
I nieco większą, bo do tej malutkiej z trudem mieści mi się mój e-papieros ;P

Długo takiej torebki szukałam, wybór padł na ten model - pochodzi z Sinsay'a.
I podobnie jak melonik kosztował niecałe 30 złotych :)


Szal - szal w sumie najbardziej na tych zdjęciach chyba uwagę Waszą przyciąga, prawda ;)?

Szal to prezent od firmy Lokaah.

W początkach jesieni otrzymałam od nich i ten szalik i dwie inne, równie kraciaste chusty.
Jedną już widzieliście - tu występowała :)

Szalik czekał na pokazanie go Wam nieco dłużej, ale było to z mojej strony zagranie celowe - jakoś wcale a wcale nie pasował mi do żadnej jesiennej "stylizacji". Jak dla mnie, to on ma barwy typowo zimowe ;)

Jest bardzo długi, dość gruby i dwustronny - ale specjalnie nie pokazałam Wam dziś drugiej jego strony.
Nie zdradzę, póki co, jak ona wygląda.

Będziecie mieć niespodziankę ;) Powiem tylko, że ma na sobie o wiele więcej bieli ;)


Nie zrobiliśmy żadnych zdjęć butom - ale to dlatego, że śniegu miałam na nich mnóstwo.
A moim zdaniem buty na śniegu fotografowane nie wyglądają dobrze.
Na pewno jednak będzie jeszcze ku zrobieniu im zdjęć okazja.

Buty to również nowość - bardzo podobne do moich oficerek, które na wielu blogowych zdjęciach gościły.
Także skórzane i kupione w CCC. Proste, na płaskim obcasie, z dopasowaną do łydki cholewką.
Takie, jakie najbardziej lubię. Bo pasują do wszystkiego.


Można je nosić i do spódnicy i do spodni. A nawet i do sukienki.
Taki fason jest moim zdaniem najbardziej uniwersalnym, jeśli o kozaki chodzi - póki się nie zniszczą (a jak się o nie zadba, to nieduże są na to szanse), to da się je nosić latami.
Raczej nigdy nie wyjdą z mody.

Muszę Wam powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z tych zdjęć - cieszę się, że już za pierwszym podejściem udało nam się je zrobić ;)
Początek roku przyniósł pewne zmiany w moim trybie życia i zabrał mi sporo wolnego czasu - obecnie w weekendy nie bardzo mam ochotę na chodzenie na zdjęcia.

Od poniedziałku do piątku zrywam się do pracy bladym świtem i wracam z niej, kiedy jest już dość późno.
Chociaż do pracy mam bardzo blisko, to dojazd do niej i z niej zajmuje mi trochę czasu (pracuję w środku lasu, raczej nie będę ryzykowała pieszych spacerów - może latem, ale też średnia przyjemność łazić samej po lesie ;P).
Ponieważ nie potrafię położyć się spać wcześniej, niż o pierwszej lub drugiej, to ciągle chodzę niewyspana.

Odbijam to sobie w weekendy - w które jeśli tylko nie muszę, to nie ruszam się z domu.
Może kiedy jakoś się do tych zmian przyzwyczaję, to wygospodaruję więcej chwil na kolejne ciuchowe zdjęcia, ale póki co nie chcę na siłę zmuszać się do niczego.
Jeśli zacznę czuć presję na prowadzenie bloga, to szybko znielubię to zajęcie.
Bądźcie więc wyrozumiałe. I wyrozumiali.

I w sumie, to wiecie - pewnie skończy się tak, jak zwykle się kończyło, kiedy pisałam tu, że przez jakiś czas zdjęć nie będzie.
Za tydzień już będę sama Leszka przekonywać, że nie ma, że mu się nie chce: idziemy na foty ;P

Ja chyba nie umiem po prostu za długo tu niczego nie pisać ;)

Melonik - Georgia May Jagger dla Reserved
Szal - Lokaah
Płaszcz - F&F
Sweter - Reserved
Rękawiczki - Massimo Dutti
Listonoszka - Sinsay
Dżinsy - Bershka
Skórzane oficerki - Lasocki (dla CCC)

Żeby nie było, że niby jakoś marudzę czy narzekam i żadnej we mnie radości w początkach tego roku nie ma, to proszę - kiedyś tam udało nam się zrobić podobną fotę jesienią, zimową też już mam ;)


Jak widać - stosunkowo szczęśliwa ze mnie istota pomimo tego mojego chronicznego ostatnio zmęczenia ;)

A w każdym razie - bywało gorzej.

Pozdrawiam Was i ściskam mocno - Wasza Mar! 

niedziela, 17 stycznia 2016

Kosmetyczne recenzje Mar: Mydło z Aleppo 40% w oczyszczaniu i pielęgnacji skóry trądzikowej

   Ponieważ śnieg i mróz nie są w mojej opinii najlepszymi towarzyszami sesji ciuchowych, to (podobnie jak w poprzednich latach mego blogerskiego żywota) początek roku postanawiam wykorzystać na nadrabianie zaległości w pisaniu postów kosmetycznych.


Ostatni wpis z tego cyklu pojawił się na blogu tak dawno, że aż strach - może to dobrze zatem, że nastąpiło to oziębienie ;)


Mam jednak nadzieję, że śniegi szybko stopnieją.


I że temperatury niebawem powrócą do tych z okolic Świąt :>


Mydło z Aleppo 40%
Mydło z Aleppo nie jest żadną kosmetyczną nowością - w sprzedaży stacjonarnej i internetowej dostępne jest już od kilku dobrych lat, zdążyło też doczekać się wielu blogowych recenzji i kilkunastu (przynajmniej) naukowych artykułów na swój temat.
Jednak dla przeciętnego bywalca i przeciętnej bywalczyni drogerii nadal jest mydłem dość egzotycznymNie tylko ze względu na swoje pochodzenie (niewątpliwie bardzo egzotyczne), ale i z racji tego, że w sieciowych sklepach w typie Rossmanna raczej go nie spotkamy.

Przez długi czas budziło ono wyłącznie zainteresowanie koneserów i ludzi odchylonych na punkcie ekologii oraz wszystkiego, co naturalne - całkiem niedawno takich osób wcale nie było dużo, trend na organiczność, produkty z etykietką "bio" i powrót do natury rozkręcał się stopniowo i powoli.

I o tyle, o ile pachnące, kolorowe mydełka zawsze cieszyły się dużym powodzeniem, o tyle nieforemna bryła czegoś, co nawet swoim składem mydła nie przypomina nikogo zbytnio nie nęciła.

Podobnie zresztą było z olejami - gdyby ktoś kazał Wam dziesięć lat temu smarować się po kąpieli jakimś gęstym mazidłem, to szybko zostałby przez Was uznany za dziwaka ;) Dziś oleje wykorzystywane w pielęgnacji ciała i włosów nikogo już nie dziwią i chyba nawet nasze babcie zdążyły usłyszeć o oleju arganowym (i jego cudownych właściwościach).

Razem z boomem na oleje rozpoczął się powrót do mydeł - przez lata mydło uchodziło za najgorsze kosmetyczne zło tego świata.
Dermatolodzy, kosmetolodzy, kosmetyczki i inni eksperci w dziedzinach zdrowia i urody stanowczo i jednogłośnie odradzali mycie nim czegokolwiek poza dłońmi. Miało wysuszać skórę, niszczyć jej naturalny płaszcz lipidowy i zaburzać równowagę biochemiczną. Tyle, że większość środków dodawanych do (przez lata promowanych jako alternatywa dla mydeł) żeli i płynów oczyszczających przeznaczonych do mycia twarzy również zmienia pH skóry  i potrafi wysuszać ją jeszcze mocniej.

Coraz bardziej świadomi składów produktów kosmetycznych konsumenci zauważyli, że niektóre mydła są o wiele delikatniejsze w działaniu, niż spora część rekomendowanych przez specjalistów dermokosmetyków. 

Mydło z Aleppo 40%
Nie istnieje "dobre" mydło - każde mydło ma odczyn zasadowy i na taki zmienia pH mytej nią skóry.

Ale ideałem nie muszą być także nieszkodliwe z pozoru i "naturalnymi" nazywane żele - większość używanych w nich składników zastępczych dla najbardziej szkodliwego spośród stosowanych w produkcji takich preparatów detergentów SLS-u wcale nie jest mniej łagodna od niego.

Wydaje się, że najbardziej przyjazną dla naszej skóry jest metoda oczyszczania twarzy wspomnianymi już przeze mnie wyżej olejami - tyle, że jest to sposób bardzo praco- i czasochłonny.

Twarz jednak czymś myć trzeba.

Mydło z Aleppo 40%

Jeśli ktoś nie maluje się codziennie, a w dodatku jego cera nie potrzebuje dogłębnego oczyszczania, to z powodzeniem może pozostać przy "myciu" skóry tonikiem lub płynem micelarnym - problem zaczyna się wtedy, kiedy jesteśmy posiadaczami skóry trądzikowej, tłustej lub mieszanej, której częstokroć oczyszczanie bez wody nie wystarcza.
Jednocześnie też skóra taka wymaga mycia jej preparatami, które nie będą drażnić gruczołów łojowych - agresywne wysuszanie skóry trądzikowej skutkuje zwiększeniem produkcji ich wydzieliny, większym przetłuszczaniem się skóry i pojawianiem się nowych zaskórników zamkniętych i otwartych.

Każdy, kto z trądzikiem i humorzastą cerą boryka się przez kilka przynajmniej lat wie, że wybór odpowiedniej dla niej pielęgnacji, to metoda prób i błędów.

Czasami bywa tak, że skóra zachowuje się tak samo bez względu na to, czy myjemy ją produktami z silnymi detergentami, preparatami ziołowymi, płynami wykonywanymi w aptece z przepisu lekarza, czy nie oczyszczamy jej wcale.

Często jednak prędzej lub później udaje nam się zaobserwować, że jakiś sposób pielęgnacji w wyraźnym stopniu poprawia jej wygląd.

Okazuje się, że pewne składy skóra znosi lepiej.

Ja po wielu latach zmagania się z moją problemową, skłonną do pojawiania się wyprysków (acz raczej nie do przetłuszczania się) cerą odkryłam, że najlepiej służą mi łagodne emulsje i żele dedykowane nie cerom z trądzikiem, a skórom odwodnionym, suchym i wrażliwym.

Przez długie miesiące pozostawałam wierna emulsji Oillan.

Moja skóra oczyszczana nią rzadko kiedy pokrywała się nowymi wykwitami.

W pewnym jednak momencie okazało się, że mycie tak łagodnymi preparatami już jej nie wystarcza - mianowicie wtedy, kiedy po ośmiu latach ciągłego ich brania odstawiłam tabletki antykoncepcyjne.
Jak wiadomo - nagła zmiana ustalonej wcześniej równowagi hormonalnej wpływa na stan cery.

Zwłaszcza trądzikowej.

Chociaż wygląd mojej skóry nie pogorszył się wówczas znacząco, to powrócił problem, o którym zdążyłam już zapomnieć - wągry i widoczne, rozszerzone pory.
Oillan nie radził sobie z oczyszczaniem ich. Zaczęłam więc szukać jakiegoś produktu, który mogłabym zacząć stosować w jego miejsce.
Jednakże musiał być to preparat pozbawiony silnych detergentów - wiedziałam już bowiem, że wysuszenie skóry mojej twarzy nasila jedynie wszystkie jej dolegliwości.

Wtedy też zainteresowałam się mydłem z Aleppo.

Mydło z Aleppo 40%

Mydło z Aleppo - zwane też mydłem Alep lub po prostu mydłem Aleppo - to mydło, które uznaje się za przodka wszystkich dzisiejszych mydeł.

Znane i używane było już w starożytności.

Mydło z Aleppo 40%
Jest produktem w stu procentach naturalnym, do jego wytwarzania bowiem używa się wyłącznie oleju z oliwek, naturalnego ługu sodowego z wody morskiej, oleju laurowego i wody.
Jego nazwa pochodzi od syryjskiego miasta, w którym jest od wieków produkowane.

(Skomplikowanego i długiego procesu otrzymywania mydła nie będę Wam opisywać - zainteresowanych odsyłam choćby tu: klik!
Bez problemu znajdziecie więcej artykułów poświęconych produkcji mydła, nie chcę jednak linkować żadnego z nich, ponieważ wszystkie one zamieszczone są na stronach dystrybutorów i sklepów, a nie zamierzam zostać posądzoną o tworzenie wpisu sponsorowanego ;))

Mydło z Aleppo 40% skład
 Oryginalne mydło z Aleppo nie zawiera tłuszczów zwierzęcych ani żadnych syntetycznych dodatków: gliceryny, fenylometanolu, benzoesanu benzylu i innych świństw, które mogą alergizować i podrażniać skórę, a znajdujące się w nim olej z oliwek i olej laurowy posiadają cenne właściwości: olej z oliwek nawilża skórę, naprawia jej płaszcz hydrolipidowy, ujędrnia ją i łagodzi podrażnienia, olej laurowy natomiast jest składnikiem antyseptycznym, antybakteryjnym, przeciwzapalnym i przeciwgrzybiczym.

Pomimo braku chemicznych dodatków mydło wytwarza gęstą, kremową pianę - bardzo obfitą.
Pieni się naprawdę porządnie.

Mydło z Aleppo 40% po przekrojeniu

Powinno mieć brunatny kolor, a po przekrojeniu pokazać nam zielone "serce".

Dobrze, jeśli zielone jest tylko w środku i zieleń ta otoczona jest grubą, brunatną "otoczką".

Oznacza to, że mydło dojrzewało odpowiednio długo.

Długi czas dojrzewania mydła zapewnia łagodniejsze działanie oleju laurowego i nieco łagodzi jego zapach - mydło Aleppo bowiem posiada swój specyficzny aromat, pochodzący właśnie od oleju laurowego :)

Jeśli jest zbyt świeże, to po prostu cuchnie ;)

Na wierzchu mydła musi znajdować się pieczęć mistrza mydlarza odpowiedzialnego za produkcję danej partii produktu.
Tylko wtedy mamy pewność, że kupujemy wyrób oryginalny.

Wyznacznikiem oryginalności i wysokiej jakości produktu jest też jego cena - jeśli się postaramy, to na rozmaitych aukcjach Allegro uda nam się kupić nawet pół kilo mydła Aleppo za 20 złotych: jednak gwarantuję Wam, że ze współpracy z takim mydłem nie będziecie zadowoleni i zadowolone - najczęściej tak tanio sprzedaje się partie bardzo świeże albo wyprodukowane z niskiej jakości składników roślinnych.

Pamiętajcie - im krótszy czas dojrzewania i leżakowania mydła, tym większa szansa na to, że dostaniemy egzemplarz śmierdzący :)
Nie jest więc warto oszczędzać ;P

Mydło z Aleppo 40% pieczęć
Mydło z Aleppo występuje w kilku wariantach, różniących się procentową zawartością jednego i drugiego oleju.
Proporcje olejów mają znaczenie - im większa zawartość oleju laurowego, tym mydło ma mniejsze właściwości nawilżające, a większe przeciwzapalne i ściągające.

Wytwarza się także mydła z Aleppo zawierające wyłącznie olej z oliwek - te są najdelikatniejsze i najmocniej nawilżają.
  
Jeżeli chcemy stosować mydło Alep w codziennej pielęgnacji naszej skóry, to musimy wybrać odpowiedni skład mydła.
Jest to bardzo ważna sprawa, ponieważ wybór mydła o zbyt dużej albo za małej zawartości oleju laurowego może albo nie przynieść nam żadnych pożądanych efektów albo wręcz zaszkodzić naszej skórze!

I tak - mydła Aleppo zawierające do 20% oleju laurowego polecane są dla każdego rodzaju skóry, bez względu na to, czy jest to skóra tłusta i trądzikowa, czy suche i wrażliwa.
Mydła o tak niskiej zawartości oleju laurowego mogą być z powodzeniem używane do oczyszczania skóry całego ciała, nie tylko twarzy, ponieważ niewielkie są wówczas szanse na to, że skóra się przesuszy.

20 - 30% to z kolei produkt idealny dla skór suchych, w takim stężeniu olej laurowy wykazuje największe działanie nawilżające.

Mydła z ilością oleju laurowego mieszczącą się w przedziale 40 - 70% właściwie zarezerwowane są jedynie dla skór problemowych, głównie tłustych: dla trądzikowców, osób z łojotokowym zapaleniem skóry, cierpiących na bakteryjne zapalenia skóry i mieszków włosowych.

***

Dystrybutorzy polecają zaczynanie swojej przygody z tym mydłem od stężenia 4-5% (w celu przekonania się, jak nasza skóra reaguje na olej laurowy), ja jednak jestem zdania, że to nie kwas - skóra nie musi się tu do niczego przyzwyczajać.

Jeśli naszą skórę trapią jakieś konkretne dolegliwości, to warto od razu zakupić egzemplarz o odpowiedniej "mocy".

Ja zdecydowałam się na wariant z 40% oleju laurowego - nie powiem, obawiałam się nieco tego, że mydło okaże się za mocne, ale okazało się, że moje lęki były bezpodstawne.

Te zdjęcia, które macie tu okazję oglądać prezentują już moją drugą kostkę mydła Aleppo - pierwszą (tę na podstawie zużycia której mogę dziś napisać dla Was parę na temat tego kosmetyku słów) kupiłam w sierpniu, w jednej ze stacjonarnych, krakowskich mydlarni.

Kiedy kupowałam moje pierwsze mydło Alep nie byłam świadoma tych wszystkich spraw, o których wiem już dzisiaj - że sprzedawcę trzeba prosić, żeby pokazał wnętrze mydła (przekroił je przy nas albo pokazał zdjęcie jakiegoś innego mydła z danej partii), że nie należy się rzucać na mydła zbyt tanie i że nie trzeba kupować od razu dużej kostki: lepiej jest wziąć mniejszą, ale podzielić ją na kilka części.

No i nacięłam się - moje pierwsze cudo z Aleppo śmierdziało tak, że mogłam używać go tylko wieczorem.

Po umyciu nim twarzy bowiem na skórze przez kilka godzin pozostawał specyficzny zapach oleju laurowego w jego najgorszej postaci - aromatu krowich placków ;)

Jeśli mi nie wierzycie, że olej laurowy potrafi tak pachnieć, to pogrzebcie trochę w internecie - przekonacie się, że nie zalewam ;P

Nie zrażałam się tym jednak, bo widziałam spore, pozytywne efekty jego działania na moją skórę:

  • Mydło już po paru użyciach bardzo ładnie pooczyszczało zanieczyszczone uprzednio pory skóry mojej twarzy - ilość czarnych kropek widocznych na niej z bardzo nawet daleka zmniejszyła się, i to bardzo!
  • Dało się zauważyć, że duże, ropne zmiany znacznie szybciej zaczęły się wchłaniać - podobnie rzecz miała się z tymi, które rozdrapałam albo które same z siebie nie wygoiły się najlepiej. Kiedy stosowałam na nie mydło z Aleppo jako maskę (spieniałam niewielką jego ilość, nakładałam na jakiegoś paprzącego się pryszcza i szłam tak spać - trzymając "maskę" na skórze do rana), to po dobie po wyprysku nie było śladu :)
  • O tyle, o ile po odstawieniu przeze mnie tabletek antykoncepcyjnych moja twarz nie pokryła się zbyt wieloma nowymi pryszczami, o tyle zaatakował mnie wysyp pryszczy na plecach i dekolcie - postanowiłam więc spróbować zwalczyć je tym mydłem. Nie mam pojęcia, czy to wpływ mydła, czy tego, że burza hormonalna jaką zafundowałam swojemu organizmowi zmniejszeniem w nim poziomu estrogenów jakoś się uspokoiła sama z siebie, ale na chwilę obecną moje plecy wyglądają naprawdę przyzwoicie :) Tak samo dekolt - jeśli coś, gdzieś mi na nim wyskoczy, to jest to pojedyncza sprawa, a nie kilkanaście paskudztw naraz ;)
  • Specyfik bardzo dobrze sprawdził się jako mój produkt do demakijażu - ponieważ nie cierpię najpierw zmywać z twarzy resztek makijażu a dopiero później myć jej całościowo, to zawsze usuwam makijaż w tym samym czasie, w którym myję twarz: przy użyciu jednego preparatu. Ewentualnie potem tonikiem/płynem micelarnym dopiero domywam to, czego nie udało się zmyć od razuPotrzebuję więc do tego celu produktu, który dobrze oczyści mi skórę zarówno z sebum i codziennych zanieczyszczeń (jak wiecie - sporo czasu w ciągu dnia spędzam w kurzu, wśród książek), jak i z makijażu. Oczu nie maluję mocno, ale używam dość ciężkich, bo kryjących podkładów. Mydło z Aleppo radziło sobie ze zmywaniem ich w stu procentach.
  • Nie odnotowałam efektu przesuszenia skóry - być może dlatego, że po umyciu twarzy przecierałam ją jeszcze wacikiem nasączonym tonikiem o kwaśnym pH (w celu zneutralizowania zasadowego działania mydła). W każdym razie - wielokrotnie kładłam się spać nie posmarowawszy nawet twarzy żadnym kremem, a nigdy nie budziłam się z przesuszoną skórą. Nie wystąpiło także specyficzne i często pojawiające się przy oczyszczaniu twarzy mydłem uczucie ściągnięcia i napięcia skóry.


Mydło z Aleppo 40%

Mydło z Aleppo można z powodzeniem stosować też do mycia włosów - zmywa z nich oleje i produkty do stylizacji.

Z tym, że nie polecam go osobom, które nie mają skłonności do przetłuszczania się ich i nie borykają się z przypadłościami w typie łojotokowego zapalenia skóry (jeśli ktoś natomiast ma takie problemy, to szczerze doradzam wypróbowanie go! jeśli nie do mycia włosów, to choćby do oczyszczania skalpu!).
Mydło plącze bowiem włosy i zostawia je sianowatymi - jeżeli nie zachodzi więc potrzeba traktowania ich takimi specyfikami, to odradzałabym kupowanie go właśnie w tym celu.
Jest wiele lepszych specyfików ;)

Szczególnie nie przypadnie do gustu posiadaczkom włosów wysokoporowatych.

Jednak w awaryjnych sytuacjach sprawdzi się dobrze.

Ja zabierałam je na wyjazdy jako jedyny specyfik: do mycia całego ciała (i włosów też).

Także jako zastępnik żelu do higieny intymnej.

Sprawdziło się świetnie - nie podrażniało, nie wysuszało, nie powodowało świądu ani innych nieprzyjemnych rzeczy.

Można nim też myć pędzle do makijażu - sporadycznie używanie go w tym celu na pewno nie zniszczy włosia, a świetnie zmyje resztki pudru czy podkładu (ja myłam nim pędzel, którego używam do nakładania różu).

Mydło z Aleppo 40%

Uważam mydło z Aleppo za kosmetyk na 4+.

Taką ocenę wystawiam mu z kilku powodów:

  • Jest bardzo wydajne - kostka o masie 200g wystarcza na pół roku stosowania (jeśli przetniemy ją na dwie albo więcej części, to wystarczy na jeszcze dłużej). To ważna rzecz, bo rozmaite żele i płyny o takiej samej pojemności potrafią zużywać się w ciągu dwóch tygodni!
  • Naprawdę łagodzi wszelkie stany zapalne i wspomaga proces gojenia ich.
  • Oczyszcza pory - większości żeli i płynów niestety nie do końca się to udaje (wbrew zapewnieniom producentów)...
  • Zmywa makijaż, więc może być jedynym produktem używanym przez nas do oczyszczania skóry.
  • Jest produktem naturalnym i wegańskim (w przeciwieństwie do wielu mydeł nie zawiera tłuszczów zwierzęcych!) - mnie aspekt wegańskości nie interesuje z pobudek ideologicznych, ale dermatologicznych: tłuszcze zwierzęce dodawane do mydeł nie nadają się do skóry trądzikowej, ponieważ mogą zapychać pory (więc o żadnym ich oczyszczaniu nie ma wtedy mowy).
  • Może być używane przy leczeniu twarzy kwasami - ja obecnie używam mydła Aleppo i na noc stosuję kwas azelainowy, twarz się nie podrażnia ani nie przesusza.

Dostrzegam jednak kilka jego minusów:

  • Cena - jeżeli chcemy kupić mydło, które odpowiednio długo leżakowało, to musimy przygotować się na wydatek rzędu 20-30 złotych/200g (chociaż jak weźmiemy pod uwagę czas, na jaki mydło nam wystarczy, to moim zdaniem są to żadne pieniądze). Gdy chcemy kupić je taniej, to ryzykujemy, że dostaniemy mydło śmierdzące - możemy skusić się na promocję, jeśli wiemy, że producent nie oszczędzał na surowcach. Z racji, że mydło jest importowane, a w części mydlarni sprzedaje się je luzem (bez etykiet i opakowań), to nie pozostaje nam wtedy nic innego, jak szukanie opinii o konkretnej marce/firmie, która mydła Aleppo oferuje. Od siebie powiem, że to moje, które tak śmierdziało pochodziło z firmy Najel. Ale w Internecie pełno jest opinii dziewczyn zadowolonych - także mówię, to jest loteria, partia partii nie jest równa
    To z prezentowanych Wam dziś zdjęć kupiłam w ciemno na jednej z aukcji Allegro (chyba nawet nie była to aukcja dystrybutora, którego nazwa widnieje na opakowaniu) i trafiłam dobrze :) Aczkolwiek wcześniej sprawdziłam komentarze użytkowników ;)
  • Zapach - nawet mydło, które jawnie nie śmierdzi ma specyficzny aromat oleju laurowego. Niektórym on nie przeszkadza (na przykład mój Leszek twierdzi, że to całkiem ładny zapach ;P), innych będzie drażnił. Jedno powiem - to nie perfumy, no ;P
  • Dostępność - obecnie jest je dość łatwo kupić, ale jeśli nie macie obok siebie żadnej mydlarni, to pozostaje Wam tylko internet. Jednemu zakupy w sieci pasują, drugiemu nie.
  • Podrażnianie oczu w czasie zmywania makijażu - mnie to nie przeszkadza, szybko przemywam je czystą wodą, ale zdaję sobie sprawę, że dla wielu z Was może to być kwestia ważna.
  • Konieczność przemywania twarzy kwaśnym tonikiem lub hydrolatem po tym, jak użyjemy mydła - lepiej nie unikać neutralizacji, bo efekt ściągnięcia i przesuszenia skóry może się pojawić bardzo szybko (u mnie nie wystąpił, ale mogę mieć szczęście - głupiemu to się podobno często zdarza :]). Jednak dostanie kwaśnego toniku nie graniczy z cudem i nawet w osiedlowej drogerii znajdziecie produkt tego typu - może to być jakikolwiek tonik zawierający w składzie kwasy, może to być nawet dostępny w aptece (za grosze) hydrolat oczarowy. 

Jeśli udało mi się tym wpisem kogokolwiek zachęcić do wypróbowania mydła z Aleppo, to bardzo się cieszę :)

Uważam, że jest to naprawdę dobra rzecz.

Wiem, że osoby borykające się z trądzikiem i szukające odpowiedniej dla siebie metody pielęgnacji skóry mogą czuć się w dzisiejszych czasach (kiedy to półki w drogeriach i aptekach uginają się pod ciężarem różnych specyfików i czasem nie wiadomo już, co kupować) nieco zagubione i że każda opinia kogoś, kto ma ten sam problem jest dla nich na wagę złota - to głównie do nich kierowałam ten post :)

***

Musicie mi wybaczyć to, że tak mnie tu mało ostatnio - z początkiem stycznia zaczęłam nową pracę (ale tamtej nie porzuciłam, spokojnie ;>) i bardzo wcześnie wstaję, późno wracam do domu, więc zwyczajnie niewiele mam czasu.

Myślę, że wkrótce jakoś poukładam sobie wszystko i wrócę do starego rytmu funkcjonowania, także - cierpliwości!

Z nowinek - jestem na intagramie.

Gdybyście mnie szukali, to mój nick brzmi @lilly.marlenne :)

Jeszcze chyba nie wszystkich z Was udało mi się tam znaleźć, także jakby co, to Wy mnie znajdujcie ;)

(kliknięcie w grafikę przeniesie Was na mój instagramowy profil - odnośnik do niego pojawił się też już w pasku bocznym)

 lillymarlenne instagram

Ściskam Was mocno i pozdrawiam - Wasza Mar!

P.S. Tak, ten czarny kotek z instagrama to mój nowy przyjaciel - Orion :)
Długo nie wytrzymaliśmy bez czarnego kota w domu ;P