niedziela, 28 lutego 2016

Pod krawatem

Jakiś czas temu na moim profilu FB przebąkiwałam Wam, że postanowiłam sprawić sobie muchę.


Nie, nie w sensie nowego zwierzątka - taką ubraniową muchę ;)


Ostatnimi bowiem czasy nie boho, nie minimalizm, a taki męski nieco styl jest tym, co pociąga mnie w modzie najbardziej.


"Ostatnimi czasy" nie oznacza przy tym przestrzeni kilku tygodni - już wtedy, gdy kupowałam szelki (czyli w okolicach listopada) instynktownie czułam, że  pójście tą drogą byłoby dla mnie dobre.


Jednakże pełen obraz stylu, jaki chciałabym zacząć próbować odwzorowywać w swoich zestawach skrystalizował mi się w początkach bieżącego roku - z czym się ten moment zbiegł opiszę Wam tu kiedyś, cierpliwości ;)


W każdym razie - muchy jeszcze nie mam.

Z prozaicznej przyczyny: nie miałam czasu na to, aby jej gdzieś poszukać.


Ale mam krawat!

 

A raczej apaszkę, która krawat całkiem dobrze udaje ;)



Chęć przywdziania krawata zrodziła się we mnie w tym samym mniej więcej okresie, w którym zachorowałam na posiadanie muchy.

"Prawdziwy" krawat był pierwszym, w co celowałam - niestety, obecnie modne są chyba wszystkie szersze krawaty, a dostać taki, jakiego poszukiwałam (długi i wąski) jest chyba rzeczą niemożliwą.

Jako że obecnie czas na bieganie po galeriach handlowych mam tylko w ciągu tygodnia, po pracy (weekendy przeznaczam na resetowanie się - niestety, nadal nie przestawiłam się do pracy na pełen etat i po pięciu dniach rannego zrywania się do niej w sobotę i niedzielę marzę tylko o tym, żeby się wyspać i polenić), to nie mogę pozwolić sobie na kursowanie pomiędzy kilkoma z nich - przejrzawszy więc krawatowy asortyment kilku obecnych w łódzkiej Manufakturze sklepów typowo z odzieżą męską doszłam do wniosku, że niestety: krawat nie jest mi chyba pisany.

Po wyjściu z ostatniego z nich przysiadłam, zasmucona, na pufie ustawionej na jednym z manufakturowych pięter i jęłam wzdychać nad swoją trudną dolą.

A kiedy wzdychanie takie i rąk łamanie już mi się znudziło, to podniosłam oczy, popatrzyłam przed siebie... i ze zdumieniem skonstatowałam, że coś, co dokładnie tak, jak wymarzony przeze mnie krawat wygląda ma zamotany wokół szyi manekin ustawiony na wystawie SinSay'a.

Na SinSay pogniewałam się bardzo przy okazji historii z kraciastym płaszczem - tej, o której pisałam Wam w tym poście.

Ale żadna siła nie mogła powstrzymać mnie przed próbą sprawienia sobie wymarzonego dodatku.

Aż tak konsekwentna nie jestem - bez jaj ;)


Okazało się, że sinsay'owy krawat to nic innego, jak szalenie modna w minionym roku w blogosferze, na wybiegach i w modzie ulicznej wąska apaszka.

Pewnie się zdziwicie, ale choć widywałam te apaszki przecież na każdym niemal kroku - tak w sklepach, jak i na Waszych blogach - to ani razu nie przyszło mi do głowy, że można je nosić w ten właśnie, "krawatowy" sposób.

Lansowano luźne wiązanie ich - i jakimś dziwnym cudem zakodowałam sobie, że tylko do takiego noszenia te apaszki (czy tam szaliki) się nadają ;P

No nic - lepiej późno, niż wcale. Wąską apaszkę nabyłam i ja ;)


Przyniósłszy krawat do domu zmiarkowałam się, że wypadałoby mieć go jeszcze do czego nosić - podobnie jak i tę muchę nieszczęsną.

Nie chcę być bardziej nudną, niż jestem, zatem po raz setny nie będę wspominać to u tym, że generalnie z elegancją jako taką się nie lubię, więc jakiejś w miarę porządnej białej koszuli w mojej szafie się nie uświadczy (czarnych parę mam, w tym kilka takich naprawdę dobrych jakościowo).

A raczej - do niedawna się jej w niej nie uświadczyło.

Wraz z kupnem "krawata" i planami sprawienia sobie muchy doszłam do wniosku, że co jak co, ale trzydziestoletnia już prawie kobieta kilka przynajmniej białych koszul mieć powinna.

No i obkupiłam się w nie, że ho i ha.

Łącznie sprawiłam sobie pięć białych, koszulowych cudeniek ;)
Dwa bawełniane, trzy szyfonowe.


Ta dopasowana, bawełniana koszula, którą mam na sobie na zdjęciach z dzisiejszego posta pochodzi z kolekcji H&M Conscious.

Jestem z niej bardzo zadowolona, ponieważ ma odpowiednio szerokie mankiety - a ja koszuli z takimi mankietami właśnie potrzebowałam: żeby móc nosić ją ze swetrami i wywijać te mankiety na ich rękawy.

Bo i dokładnie w takim wydaniu, jak to prezentowane przeze mnie dzisiaj pragnęłam obnaszać swój krawat: z koszulą i swetrem (sweter to także dość nowy łup - wypatrzony w Bershce, na ostatkach wyprzedaży i za 20 złotych :>).

No i z melonikiem oczywiście! 

Żeby było trochę angielsko ;)


Tego wrażenia "angielskości" w sumie dopełnia tu też płaszcz - naprawdę cieszę się, że odnalazłam go w szafie któregoś wczesnojesiennego dnia.

Chociaż dziś większą popularnością cieszą się płaszcze dwurzędowe i stylizowane na militarne (jakby co - mam takie dwa ;P jeden nawet jest bardzo modny, bo oprócz tego, że dwurzędowy, to sięga mi do połowy łydki i wygląda jak płaszcz oficera SS, czyli bardziej "militarnie" chyba już się nie da ;P), to ja właśnie w tym lubię siebie najbardziej :)

Jakoś tak mi do tego mojego melonika najbardziej pasuje ;)


Stonowany i nieco klasyczny wygląd całości postanowiłam przełamać lenonkami - w chłodne miesiące rzadko noszę okulary (bo i po co nosić je jesienią, gdy nie ma słońca i zimą, która jest bezśnieżna, więc nawet gdy słońce świeci dość mocno, to nie ma się od czego odbijać?), jednak ostatnie dni były już na tyle słoneczne, że bez poczucia żenady mogłam do noszenia okularów powrócić.

Lenonki nadały zestawowi takiego charakteru, o jaki mi chodziło - dodały jej zawadiackości :)


Oprócz krawata, koszuli i swetra także i buty widzicie na blogu po raz pierwszy.

Czaiłam się na nie przez kilka miesięcy, licząc, że kiedyś będą dostępne w cenie niższej, niż regularna (ładne są, to prawda, ale nie chciałam dawać za nie stu pięćdziesięciu złotych).

No i dorwałam je za trzy dychy ;)

Nie wiem, jak mam je nazwać - ni to półbuty, ni creepersy...

Są chyba pomieszaniem jednego i drugiego modelu ;)

Nie jestem pewna, czy wybrałam do publikacji zdjęcie, które najlepiej to ukazuje, ale są dość masywne - a ja do masywnego obuwia mam ostatnio  nieopisaną wprost słabość ;)

One wydawały mi się najbardziej ze wszystkich moich butów pasować do tego zestawu - chociaż i moje oksfordy od Even&Odd także, sądzę, dałyby tu radę ;)


Melonik - H&M
Okulary - SinSay
Płaszcz - F&F
Koszula - H&M
Krawat/apaszka - SinSay
Sweter - Bershka
Cygaretki - Stradivarius
Listonoszka - SinSay
Rękawiczki - SinSay
Buty - Bershka

zdjęcia: Moda i Takie Tam


Dzisiejszy post nie powstałby, gdyby nie pomoc Pauli.

Tę "stylizację" miałam na sobie w ubiegły weekend, w czasie mojego pobytu w Częstochowie.

Kto z Was obserwuje mojego instagrama lub facebooka ten wie, że miniony weekend spędzałam właśnie tam.

Razem z Paulą doszłyśmy do wniosku, że nie można takiemu ładnemu połączeniu pozwolić zostać niesfotografowanym - Paula zaoferowała mi więc po raz kolejny już swoją pomoc i dla potrzeb mej blogowej "kariery" popełniła mi parę zdjęć.

Zdjęcia bardzo mi się podobają i jestem z nich naprawdę zadowoloną, korzystając zatem z okazji podziękuję za nie i tu: Kochanie, moc buziaków dla Ciebie!

Wierzcie lub nie, ale warunki nam bardzo nie sprzyjały - wiał okropny wiatr, słońce świeciło bardzo mocno, a do tego wszystkiego było pioruńsko zimno.

Ileśmy się pod nosami nabluźniły na ten nasz blogerski los, to nasze ;>

Za tydzień powtórka z naszych fotograficznych zmagań, bo wybieramy się wraz z Paulą do Krakowa - coś czuję, że to będzie podróż pełna wrażeń i emocji, bo i ja i Paula szczerze za Krakowem nie przepadamy ;P


No to mówcie - jak Wam się w takim krawatowym wydaniu podobam?

Ja - mówiąc szczerze - uważam ten zestaw za jeden z lepszych, jakie kiedykolwiek Wam tu pokazywałam.

Ale wiecie... prawie że ze wsi jestem, mogę się nie znać ;)

Radosnej i spokojnej niedzieli Wam życzę.

Ściskam mocno i pozdrawiam - Wasza Mar!

niedziela, 14 lutego 2016

Cygaretki i długa kamizelka

O tym, że lubię kamizelki mieliście i miałyście okazję przekonać się już niejednokrotnie - od ponad roku co jakiś czas przemycam je w swoich pokazywanych Wam na blogu zestawach.


Nigdy jednak nie pokazałam Wam mojego najnowszego kamizelkowego nabytku - kamizelki, którą jeśli nazwiemy kamizelką maksi, to żadnego nadużycia nie popełnimy ;)



Taką długą kamizelkę wymarzyłam sobie na długo przed tym, zanim udało mi się ją upolować.

W początkach ubiegłorocznej wiosny, kiedy to zaczęłam dostrzegać takie w lookbookach przeróżnych sieciówek i na rozmaitych portalach modowych.

Razem z "fazą" na długą kamizelkę wkręciła mi się też ta na długą marynarkę, jednak po przeszacowaniu ilości marynarek, które mam w szafie (a których i tak nie noszę) myśl o kupnie marynarki zdołałam od siebie odpędzić (nie bez pomocy losu - kiedyś już Wam opisywałam, jak to udawało mi się znaleźć wyłącznie marynarki wykonane z materiału przeznaczonego jedynie do prania chemicznego, opatrzone zakazem prasowania, a poza tym zdecydowanie na mnie za długie i za szerokie).

Tej o kamizelce - nie.

Aczkolwiek byłam już naprawdę bliską pogodzenia się z tym, że nigdzie nie upoluję takiej, jakiej szukam.
I w rozsądnej cenie - co, nie powiem, było tu bardzo ważne.


Chociaż bardzo lubię kupować i nosić nowe ubrania, to jestem w stanie zrezygnować z jakiegoś zakupu, jeśli przez dłuższy czas nie znajdę tego, czego szukam - najczęściej robię tak wtedy, kiedy mam na głowie inne, ważniejsze od kupna jakiegoś ciucha wydatki, albo gdy "zachoruję" na coś innego, bardziej już mi się podobającego.

Jako że idealnej długiej kamizelki nie udało mi się nigdzie kupić przez kilka dobrych miesięcy, to też w pewnym momencie przestałam o niej myśleć - aż gdzieś w okolicy początków września zawitałam do Pewnego Popularnego Hipermarketu (celem kupna ziemniaków polskich, kilogramów ich trzech - bo w naprawdę zacnej promocji były! grzech nie skorzystać!). A że Pewien Popularny Hipermarket (oficjalnie pod nazwą "Tesco" znany) ma dość mocno rozbudowany dział odzieżowy, to nie byłabym sobą, gdybym go przy okazji zakupów nie odwiedziła.

Sprzedawane w Tesco ubrania marki F&F lubię, bo wyglądają i noszą się bardzo przyzwoicie, a poza tym ceny mają raczej niskie.
Raczej, bo nie jest to jakaś taniocha - mniej więcej ten sam pułap cenowy, co H&M.
Więc choć rzadko bardzo - pomimo tego, że mam tam niesamowicie blisko - Tesco odwiedzam, to przy każdej okazji mojego w nim pobytu po jego części "ciuchowej" bacznie się rozglądam.

I zawsze coś ciekawego w trakcie tego rozglądania się znajduję.

Tego wrześniowego popołudnia znalazłam tę właśnie kamizelkę.
Nie tylko tak długą, jak długiej kamizelki szukałam, ale i tanią bardzo - bo ledwie 39 złotych kosztującą.

Radości nie było końca!

Z tego jej ogromu zupełnie zapomniałam o ziemniakach, które porzuciłam gdzieś pomiędzy wieszakami z ubraniami (za co z tego miejsca serdecznie pragnę przeprosić pracownice działu, które zapewne potem musiały je osobiście przetachać na ten z warzywami, wstyd mi do dzisiaj!) - o ich braku zorientowałam się dopiero w autobusie -.-


Od pierwszych chwil wiedziałam, z czym będę nosić moją kamizelkę - z cygaretkami!

To była oczywista oczywistość.

A jeśli nie z nimi, to z jakimikolwiek innymi eleganckimi spodniami.


Kiedy przyniosłam do domu kamizelkę, to żadnych cygaretek na "stanie" nie miałam - ale miałam okazję ku temu, żeby je sobie sprawić": zbliżającą się wielkimi krokami obronę.

Jak wiecie - elegancji nie lubię, ale nawet ja zdaję sobie sprawę z tego, że są takie sytuacje w życiu, kiedy to głupa rżnąć nie można i stawić się gdzieś w rurkach albo bryczesach nie wypada.

No nie ma bata - lepiej tego nie robić.
Z rozmaitych przyczyn.

Wiedząc więc, że obrona pracy dyplomowej zdecydowanie do takich sytuacji należy postanowiłam jakoś na niej wyglądać.

No i kupiłam cygaretki - o, te: z tego posta.


Eleganckie spodnie z kantem to ciuch, który przyda się nie tylko na wielce formalne wyjścia, a i w codziennych "stylizacjach" będzie wyglądał dobrze.

Świetnie sprawdzi się w każdym zestawie stylizowanym nieco na męski look.

Bardzo się cieszę, że je kupiłam, bo od tego czasu nosiłam je wielokrotnie.
I ciągle noszę.


Kupić cygaretki z naprawdę cygaretkową, krótką nogawką jeśli jest się niewysokim kurduplem to nie lada wyzwanie - rzecz niemalże niemożliwa do wykonania.

Tamte "obronowe" upolowałam w H&M'ie, po paru godzinach spędzonych na mierzeniu kolejnych modeli.

Wiele przymierzanych przeze mnie par leżało źle - miały zbyt obcisłe nogawki, za szeroki pas lub wyglądały zwyczajnie przydługo.
Ale jakimś cudem udało się - znalazłam takie, które prezentowały się dobrze.

Pamiętając tę moc trudności, z jakimi przyszło mi się wówczas borykać postanowiłam nie przepuścić okazji, która nadarzyła mi się niedawno, kiedy to wyruszyłam na tegoroczne wyprzedażowe łowy - gdy na resztkach wyprzedaży w Stradivariusie znalazłam cygaretki leżące prawie tak dobrze, jak tamte, to bez chwili namysłu zaniosłam je do kasy.

A że kosztowały 35 złotych, to naprawdę - nie było się nad czym namyślać.


Chociaż - powinnam była przewidzieć, że lepiej będzie wziąć jakąś mniej wygniecioną parę.

Zgarnęłam egzemplarz tak pognieciony, że kiedy w domu wzięłam się za sumienne odprasowywanie go, to wyprasowałam mu wszystkie kanty.

A ja dwóch rzeczy robić totalnie prasować nie potrafię - koszul i spodni z kantem.

Koszule zawsze gniotę tak, że wyglądają gorzej, niż przed prasowaniem, a kanty rozprostowuję do tego stopnia, że potem to już tylko wprawna ręka mojej mamy jest w stanie je na nowo zaprasować :D

Kiedy robiliśmy zdjęcia, to w żaden sposób nikogo o pomoc w przywróceniu spodniom kantów poprosić nie mogłam - musicie więc zadowolić się fotami cygaretek kantów pozbawionych ;P

Przepraszam, próbowałam!

Pamiętacie, jak w zimowym poście donosiłam Wam, że tamten sweter nie jest jedynym jasnym ciuchem, który tej zimy sobie sprawiłam?

Otóż ten z dzisiejszego wpisu jest właśnie tym drugim.

Od czasu, gdy go kupiłam zdążył mi się już przestać podobać, bo to chyba najbardziej zaciągający się i mechacący sweter, jaki miałam.

Wiecie, ja sobie zdaję sprawę z tego, że sweter z akrylem to jest swetrowe dno, a nie zakup na lata, ale mimo wszystko wiele akrylowych swetrów w swojej szafie posiadam i jednak większości z nich udało się przetrwać nawet (nie żartuję) kilkanaście lat.

Ten nie wytrzymał dwóch miesięcy.

Nie tyle obecność akrylu w nim za tę jego słabą wytrzymałość winię, co rodzaj luźnego dość splotu, jaki przy jego produkcji został użyty.

Spodziewałam się, że posłuży mi w dobrym stanie nieco dłużej, ale już, trudno - kosztował niecałe piętnaście złotych, nie ma co nad nim płakać.

Torebka - znowu ta, którą niedawno też Wam pokazywałam.

Bo obok goszczącej w moim ostatnim poście listonoszki jest jedną z tych torebek, z którymi rozstać się od dłuższego czasu nie mogę.


Długa kamizelka - F&F
Sweter - C&A
Cygaretki - Stradivarius
Listonoszka - SinSay
Oksfordki - Even&Odd (Zalando)


Jeśli którejś z Was podobają się buty z tego posta, to informuję, że nadal są na Zalando - obecnie w bardzo niskiej cenie.

Nie mam żadnych profitów z tego, że Wam je podlinkuję, a może ktoś szuka podobnych butów.

O, tu są: klik.

Niestety - w paru raptem rozmiarach.
Jakby co - warto wziąć o rozmiar mniejsze, niż się nosi.
Ja wybrałam te w rozmiarze 38 i musiałam zakupić im wkładki.

Buty są naprawdę porządne, dobrze skrojone i wyglądają jak skórzane - choć skórzane w żadnym razie nie są. 


Wiem, że większość z Was świętuje dziś Walentynki - ja nie przygotowałam dla Was żadnej walentynkowej stylizacji, ale za to pożyczę Wam z okazji tego uroczego święta wszystkiego dobrego.

I mocy miłości - nie tylko 14 lutego, ale i przez cały rok :)

Ściskam bardzo - Wasza Mar!

P.S. Pewnie zaskoczyłam Was tym, że zdjęcia nie są - jak to zwykle u mnie - wykonane w którymś z łódzkich parków, a w miejskiej przestrzeni ;)

Jakoś do tego zestawu plener przyrodniczy średnio mi pasował.

Tym razem za miejsce do zdjęć posłużyły nam dwa łódzkie woonerfy - przy ulicach 6 Sierpnia i Romualda Traugutta. 

Już kiedyś robiliśmy zdjęcia z wykorzystaniem jako tła dla nich zabudowy jednego z woonerfów, tam też trochę Wam o idei woonerfu opowiadałam, ale jeśli ktoś nie pamięta tego posta albo dopiero teraz do mnie zajrzał, to zostawiam Wam link do ciekawej strony na ten temat - klik!

niedziela, 7 lutego 2016

Płaszcz w kratę

Chodziłam za tym płaszczem przez kilka dobrych miesięcy.


Kiedy pierwszy raz zobaczyłam go na jednym z wieszaków w SinSay'u, to kosztował o wiele za dużo, niż byłabym w stanie zapłacić za płaszczyk grubości marynarki.


Ale spodobał mi się niemal od pierwszego wejrzenia - oversize'owy, w kratę z ewidentnie musztardowymi akcentami...


No nie, Mar nie może nie mieć takiego płaszcza!


Pomyślałam sobie - poczekam do wyprzedaży, ciekawe, po ile będzie wtedy.



No i zaglądałam tak do tego SinSay'a - najpierw w grudniu, potem w początkach stycznia...

Płaszcz sukcesywnie taniał o kilka, kilkanaście złotych.

Aż w ubiegły weekend okazało się, że staniał  o ponad połowę swojej pierwotnej ceny.


Nie do końca byłam przekonana, czy tak mało praktyczny w gruncie rzeczy ciuch wart jest płacenia za niego pięćdziesięciu złotych (wiele z Was za mniejsze jeszcze pieniądze kupowało płaszcze o wiele bardziej ciepłe), ale jego uroda porwała mnie z taką mocą, że nie miałam serca odpuścić - wiedziałam, że owszem, stanieje jeszcze bardziej, ale bałam się tego, że wówczas zostaną jedynie same duże rozmiary...

A zatem - zdecydowałam, że biorę.

No i wszystko pięknie, wydawać się może, że marzenie spełnione.


Nie do końca.

Po zaniesieniu do przymierzalni egzemplarza w zwyczajowo noszonym przeze mnie rozmiarze okazało się, że chyba jestem do takich oversize'owych płaszczy za niska, za gruba albo ze zbyt masywnych kości zbudowana, bo płaszcz nijak nie chciał wyglądać oversize'owo.

Prezentował się na mnie jak standardowy płaszcz - tyle, że nieco przyduży.

Zasmuciłam się wielce, ale nagle wykombinowałam, że przecież mogę temu zaradzić - po prostu wezmę model o rozmiar większy!

Mierzyć go nie mierzyłam, porównałam tylko długości rękawów - czy nie będą przydługie (zawsze mam z nimi problem, prawie taki, jak z nogawkami spodni).

Różnica była niewielka, wzięłam więc płaszcz pod pachę i pomaszerowałam do kasy - dumna jak nie wiem.
Bo przecież taki płaszcz fajny mam i w takim modnym fasonie!

No nic, tylko się wozić w nim po dzielni i okolicach!

Nie mogłam się więc - bo tak z tej dumy pękałam - doczekać, aż pochwalę się moim nowym łupem Leszkowi. 


Ledwo tylko w progi mieszkania zawitałam, to już płaszcz jęłam na grzbiet wdziewać - i wtedy się załamałam.

Po tym, jak spojrzałam w lustro.

Płaszcz wyglądał na mnie, jakbym zabrała go starszej siostrze.
Był po prostu bezkształtnym workiem pozbawionym jakiegokolwiek uroku.
Gdybym ja jeszcze miała nogi jak patyki i dwa metry wzrostu, to jakoś udałoby się go obronić, na przykład założeniem do niego butów z bardzo szeroką cholewką (moim zdaniem dobranie takich butów do obszernej góry przy założeniu obcisłych spodni zawsze wysmukla sylwetkę i prezentuje się "wow"), ale że nie mam, to usiadłam i zapłakałam.


Wahania nastrojów to u mnie norma, więc po krótkiej chwili otarłam łzy i powiedziałam - trudno, to tylko płaszcz.

Ładny jak diabli, ale zawsze tylko płaszcz.

Prawie to samo, co autobus, który zwiał sprzed nosa - nie ten, to następny.
Oddam i tyle. Z taką więc myślą pojechałam z powrotem do salonu - z miejsca.
A tam okazało się, że owszem - mogę go zwrócić.
Ale nie dostanę pieniędzy, tylko zwrot gotówki na kartę podarunkową.

Trochę mnie to zszokowało, bo wydawało mi się, że kiedy kupowałam raz, dawno temu jakąś rzecz w SinSay'u i okazało się, że nie jest dobra (to były buty) to bez problemów oddano mi pieniądze.
Miła Pani szybko wyprowadziła mnie z błędu, że tak, jeśli kupowałam przez internet - rzeczy kupowanych stacjonarnie to nie dotyczy.

Nawet, jeśli nie są z wyprzedaży.


Nieco poirytowana (i plując sobie w brodę - bo gdybym przymierzyła ten drugi rozmiar w sklepie, to nie miałabym problemu) zaczęłam rozglądać się za czymś, co spodobałoby mi się prawie tak, jak ten nieszczęsny płaszcz i czego akurat bym potrzebowała - ponieważ niczego takiego znaleźć mi się nie udało, to zdecydowałam, że trudno, jaki jest, taki jest, ale jednak lepiej nieco leżał: biorę ten płaszcz, tyle że w "moim", mniejszym rozmiarze.

Mogłam zamiast niego kupić jakieś dwie koszulki, ale po co mi koszulki z nadrukami.

Albo szalik w serduszka...


Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - z całej tej historii wyciągnęłam jedną, przydatną na całe życie naukę: w jakimkolwiek sklepie z ciuchami byś czegoś nie kupowała, to zawsze upewniaj się, że możesz zwrócić swój zakup.

Szczerze powiedziawszy nigdy nie przywiązywałam do tej informacji zbyt dużej wagi, bo przez całe moje dwudziestoośmioletnie niemal życie zwracałam jakiś ciuch może trzy razy, ale nigdy nie wiadomo, co się może przydarzyć.

O tyle, o ile upewniam się, że zwrot i wymiana są możliwe, kiedy kupuję buty (zwłaszcza przez Internet - nie odważyłam się na przykład zamawiać butów na Zalando, dopóki nie wyczytałam, że tam bez problemu nietrafiony zakup można odesłać), to przy kupowaniu ubrań zwykle się tym nie interesuję - głównie dlatego, że jeśli już jestem na jakiś łup zdecydowana, to znaczy że tak mi się dana rzecz podoba, że ani myślę jej oddawać...

Tak więc - nie było wyjścia.

Płaszcz musiał ze mną zostać.

Co prawda jestem szczegółowcem i osobą nie do końca zdrową na umyśle i jeśli jakiś ciuch (albo jakikolwiek inny zakup) nie jest w mojej opinii idealnym, to już mi się tak bardzo nie podoba, jak gdyby takim mi się wydawał, ale musiałabym całkiem resztki rozsądku postradać, gdybym miała go wrzucić na dno szafy - albo komuś oddać!

Pomijając bowiem fakt, że nie do końca jest to krój płaszcza stworzony dla mnie, to sam jego wzór i kolorystyka są typowo marowe.

I odkryłam, że jeśli noszę go jak marynarkę, to znaczy rozpięty i nieco na boki rozsunięty, to nieco lepiej się prezentuje ;)

O, o czymś takim myślę, kiedy o "marynarkowatości" piszę:


Oczywiście - zapewne napiszecie, że gdybym inne buty wybrała i na wąskie spodnie się zdecydowała, to też efekt byłby o niebo lepszy.

W tym jednak problem, że kiedy dzień po tym, gdy płaszcz do domu przyniosłam postanowiliśmy wraz z Leszkiem skorzystać z chwilowego (niestety - ledwie chwilowego) ocieplenia się klimatu, to wszystkie dopasowane, wąskie spodnie miałam w praniu.

Albo raczej - w suszeniu.

A oksfordki - co do butów kwestii - oddałam do szewca, po to by nieco podeszwy im odnowił, bo trochę się starły, biedaki, wskutek częstej obuwia tego przeze mnie eksploatacji.


Pamiętacie vintage teczkę, którą pokazywałam Wam w początkach stycznia tu?

Dziś znowu zawitała na bloga :)

Uwielbiam ją!

I ciągle uważam ją za jedną z najfajniejszych toreb, w posiadaniu których jestem :)

Tak, możecie nie dowierzać, że te zdjęcia były robione tydzień temu - wyglądają, jak rodem z jesiennych dni.

Nie zalewam - tak było!

I jest, bo choć w czwartek zima na chwilę na ziemie łódzkie wróciła, to szybko ten śnieg stopniał.

Zatem - piękną jesień mamy w Łodzi tej wiosny :)))

Kapelusz - H&M
Płaszcz - SinSay
Golf - H&M
Bryczesy - no name
Pasek - Pepco
Rękawiczki - no name
Torba - Second Land
Oficerki - Lasocki (dla CCC)


Uciekam, Moi Mili - dobrego końca weekendu Wam życzę.
I mocy energii na przetrwanie kolejnego tygodnia ;)

Buziaki - Wasza Mar!

poniedziałek, 1 lutego 2016

Kosmetyczne recenzje Mar: Peeling/maseczka z pestek maliny od Ol'Vity - naturalny cud za całe dziesięć złotych

Mój stosunek do kosmetyków naturalnych zmieniał się na przestrzeni lat.


Początkowo (jeszcze w czasach, gdy pracowałam w aptekach jako dermokonsultantka) podchodziłam do nich z pewną dozą nieufności (bo nie po to, Pani, ludzie chemię studiują, żeby w XXI wieku tłuc kwiaty mniszka na kamieniu i na pysk te utłuczyny nakładać), później przeszłam fazę bezgranicznej nimi fascynacji (tylko to, co naturalne! tylko! nawet z żurawiną, która mnie uczula - co tam, że spuchnę!), obecnie wykazuję w stosunku do nich dużo rozwagi i już nie rzucam się na każdy produkt z dobrym składem jak szczerbaty na suchary. 

Ale wiem, że niektóre z nich naprawdę potrafią pomóc - i pozytywnie zaskoczyć.

Kilka lat różnych - raz udanych, innym razem mniej - przygód z nimi nauczyło mnie paru ważnych rzeczy: że naturalny wyciąg z jakiejś rośliny potrafi być czasem bardziej drażniący od najbardziej nawet złą sławą owianej substancji chemicznej (napiszę Wam kiedyś o szamponie, przez który straciłam 1/3 chyba moich gęstych i grubych włosów - a taaaaki naturalny był, taki chwalony! dobrze, że w porę zidentyfikowałam źródło moich problemów - ale zanim to nastąpiło zdążyłam wydać fortunę na suplementy diety, leki i wizyty u lekarzy) i że nie ma kosmetyku idealnego dla wszystkich.

Oprócz tego - że są stany, dolegliwości i choroby, w których samą naturą się świata nie zwojuje. Oraz że zdobyczom chemików i medyków warto czasem zaufać.

I wreszcie - że popadanie w jakiekolwiek wariactwo zawsze niesie ze sobą zgubne skutki. Nawet, jeśli to jest wariactwo poparte słusznymi i nieszkodliwymi ideami.

Nie oznacza to wcale, że przestałam kupować kosmetyki naturalne w ogóle - absolutnie nie. 

Po prostu nie dostaję już na widok jakiegoś nowego, cudownego, na Wizażu wychwalanego kosmetyku drgawek i ślinotoku i nie wykazuję już skłonności do natychmiastowego wertowania Internetu w poszukiwaniu sklepu, w którym teraz, zaraz mogę ten nowy cud kupić.

Utwierdziłam się w przekonaniu, że moje dawne nawyki (polegające na tym, że jeśli jakiś kosmetyk mi odpowiada, to nie zmieniam go tylko dlatego, bo ktoś zachwala inny) są jak najbardziej dobre - eksperymenty bywają szkodliwe.

Podobnie postępuję z innymi kosmetykami - także tymi kolorowymi.

Staram się kupować tylko to, co naprawdę jest mi potrzebne.
A zanim zdecyduję się na kupno czegoś droższego, to próbuję dostać gdzieś jego próbkę, odsypkę, odlewkę.

Jeśli produkt mi nie odpowiada, działa źle, podrażnia lub nie daje pożądanych efektow, to szybko się go pozbywam - nie czekam na cud, bo inna blogerka albo Pani w Aptece z Panią Doktor wespół powiedziały, że najpierw będzie źle, ale potem rewelacja.

Czasem tak jest - istotnie.

Ale gwałtowna reakcja skóry rzadko kiedy jest zwiastunem czegoś dobrego.

Peeling z pestek maliny Ol'Vita
Pomimo tego mojego dużego obecnie rozsądku w kwestii zakupów kosmetycznych od czasu do czasu zdarza mi się jeszcze ulec czemuś, co mnie na witrynie sklepowej albo internetowej skusi.

Tak też było z tym malinowym cudem.

Peeling z pestek maliny Ol'Vita
Peeling z pestek malin (będący jednocześnie maseczką) firmy Ol'Vita kupiłam w początkach grudnia - przypadkiem.

Korzystając z rabatu, jaki uzbierał mi się za dotychczasowe zakupy w jednej z internetowych drogerii odnawiałam zapasy tych kosmetyków, które mi się skończyły.
Ponieważ był to jeszcze czas, kiedy nie miałam pojęcia gdzie tkwi źródło moich ówczesnych problemów z wypadaniem włosów jednym z zakupów, jakich wtedy dokonywałam był olej rycynowy.

Naczytałam się wiele o jego zbawiennym wpływie na cebulki włosów - bez namysłu wrzuciłam go więc do mojego internetowego koszyka.
W chwili, kiedy olej rycynowy wylądował w nim na ekranie pojawiła mi się propozycja innego zakupu - tego właśnie peelingu.

Nigdy wcześniej go nie widziałam - z ciekawością więc zaczęłam zgłębiać jego opis.

Peeling z pestek maliny Ol'Vita
Zmielone, wysuszone pestki malin - tylko tyle albo aż tyle. Żadnej chemii.
Coś, co ma za zadanie złuszczać naskórek, oczyszczać pory i wygładzać skórę.
A przy okazji dostarczać jej dużej ilości Nienasyconych Kwasów Tłuszczowych, witamin i antyutleniaczy.

W rzekomą bombę witaminową ciężko mi było uwierzyć - wszak żeby te witaminy wchłonęły się do wnętrza skóry musiałabym chyba trzymać maseczkę na twarzy przez całą noc.
Ale dobrego zdzieraka właściwie bardzo wtedy potrzebowałam - tyle, że wszelkie peelingi zdarza mi się traktować po macoszemu i zapominać o konieczności ich regularnego stosowania.

Peeling z pestek maliny Ol'Vita

Produkt kosztował dziesięć złotych.

Tak, dychę. Pomyślałam, że dziesięć złotych, to ja jeszcze mogę zmarnować.

Niech będzie. Się spróbuje.

Trochę do zakupu przekonała mnie informacja podana w opisie produktu i głosząca, że maseczkę lub peeling można wykonywać przez połączenie paru łyżeczek pestek z dowolnym olejem.

A ja przecież właśnie kupiłam olej rycynowy!

Co prawda wiedziałam, że nie jest to najlepszy z dostępnych na rynku olejów jeżeli chodzi o jego zastosowanie w pielęgnacji twarzy, ale pomyślałam, że na próbę będzie w sam raz.

Po otrzymaniu mojej przesyłki błyskawicznie rzuciłam się do wypróbowania tego malinowego cudeńka.

Okazało się, że warto było ryzykować!

Preparat zachwycał od pierwszych chwil: choć wyglądał średnio (i w średnio ładny, plastikowy słoiczek został zapakowany), to pięknie pachniał (trochę jak otręby z malinami, które w czasie mojego odchudzania się dwa lata temu jadłam kilogramami niemal - aż dziwne, że moje jelita wytrzymały tak potężną dawkę błonnika ;P).

Okazało się też, że pestek jest naprawdę dużo (niby każdy wie, ile to jest sto gramów, ale jednak można się czasem pozytywnie rozczarować :D) a do pojedynczego zastosowania zużywa się ich naprawdę niewiele.

Poza tym - peeling działał!

Bardzo ładnie zdzierał to, co zdzierać powinien, nie raniąc zbytnio mojej skóry - tego bym nie chciała, poza tym ze skórą ze skłonnością do pojawiania się wykwitów trądzikowych warto obchodzić się delikatnie.

Z przyczyn oczywistych.

Producent na opakowaniu zalecał używanie produktu przez połączenie niewielkiej jego ilości z wodą lub dowolnym olejem - tak też robiłam.
Podgrzewałam w mikrofalówce małą ilość oleju rycynowego, wsypywałam do niego półtorej łyżeczki pestek, całość mieszałam do uzyskania jednolitej konsystencji i masowałam twarz.

Po zabiegu spłukiwałam pozostałości papki, a olej (który samą wodą średnio dobrze się spłukuje - taka oleju rycynowego właściwość, niestety) wmasowywałam w skórę.

W połączeniu z codziennym oczyszczaniem skóry mydłem z Aleppo (o którym pisałam Wam tu - klik!) taka pielęgnacja twarzy pozwoliła mi na spore polepszenie stanu mojej cery.

Niestety - preparat średnio sprawdził się u mnie w wydaniu maseczkowym: czy próbowałam łączyć go z wodą, czy z olejem, czy wreszcie z twarożkiem (takie zalecenie znajdziemy na opakowaniu), to owszem, uzyskaną tak papkę dało się nałożyć na twarz, ale jak tylko nieco podeschła, to od razu z niej spadała.

W rezultacie ani razu nie udało mi się utrzymać maseczki na skórze dłużej, niż przez pięć minut.
A jak wiadomo - maseczki mające oczyszczać pory warto przytrzymywać nieco dłużej.

Ale w zasadzie nie jako maseczkę zamierzałam te pestki stosować, a jako peeling.
Tutaj sprawdziły się bezbłędnie!

Peeling z pestek maliny Ol'Vita
Uważam zmielone pestki z malin za naprawdę świetny produkt dla kogoś, kto poszukuje dość mocnego zdzieraka - bez względu na to, jaką cerę posiada.
Nie polecam jej jedynie osobom z dużą ilością ropnych zmian trądzikowych i naczynkowcom, ze względu na to, że takie cery nie lubią mocnych peelingów.

Plusy kosmetyku:

  • Bardzo dobry stosunek ceny do ilości produktu - teoretycznie kupujemy tylko 100 gramów pestek, za które płacimy od 10 do 20 złotych (w tak różnych cenach można spotkać preparat) w praktyce jednak musielibyśmy używać produktu codziennie, żeby zużyć go w szybkim czasie. Ja stosuję peeling od grudnia raz w tygodniu, a ciągle mam go bardzo dużo. Na jedno użycie wykorzystuję dwie łyżeczki pestek.
  • Fantastyczny zapach - pestki pachną naprawdę malinowo :) Jeśli ktoś lubi pachnące kosmetyki, to to jest coś dla niego!
  • Łatwość stosowania - żeby wykonać peeling pestki można połączyć ze wszystkim, co akurat mamy pod ręką: przegotowaną wodą, dowolnym i dostosowanym do rodzaju naszej skóry olejem, śmietanką lub twarożkiem.
  • W 100% naturalny skład - to same, częściowo odtłuszczone pestki malin. Nic więcej.
  • Dobre oczyszczanie porów skóry - oczywiście, jeśli jesteśmy posiadaczami cery mocno zanieczyszczonej, to skórę trzeba masować nieco dłużej i mocniej. Ale po spłukaniu peelingu naprawdę widać różnicę.
  • Peeling radzi sobie z usuwaniem suchych skórek i pozostałości po różnego rodzaju strupkach.
  • Jest to świetny preparat dla kogoś, kto nigdy nie stosował żadnych olejów na twarz i nie wie jak się za to zabrać - tak jak napisałam wyżej: jeśli będziemy mieszać pestki z olejem a do zmycia ich użyjemy samej wody, to część oleju pozostanie na naszej skórze. Nie będzie go wiele, ale akurat tyle, ile jest potrzebne do wmasowania go zamiast kremu.
  • Uniwersalność - nada się do każdego rodzaju cery i można go stosować nie tylko na twarz, ale i jako peeling do ciała. Producent poleca go jako peeling ujędrniający i antycellulitowy.

Minusy produktu:

  • Raczej nie nadaje się do stosowania jako maseczka, ponieważ pestki po lekkim nawet podeschnięciu szybko odpadają z twarzy - w efekcie z maseczki korzystają nasze meble albo umywalka, a nie skóra.
  • Jest średnio dostępny w sklepach stacjonarnych - na żywo widziałam go tylko w jednej łódzkiej zielarni.
  • Jeśli będziemy za mocno masować skórę, to pestki mogą ją nieco podrapać albo uszkodzić ropne zmiany - z tego względu nie polecałabym stosowania pestek malin jako peelingu dla osób z nasilonym trądzikiem i skłonnością do pękania naczynek.
  • Pod wpływem zmieszania z płynem i tarcia pestki "puszczają farbę" - znaczy się: barwią skórę na czerwono. Dlatego po wykonaniu peelingu trzeba dokładnie spłukać twarz i umyć ręce.
  • Krótka data ważności - w sumie można się tego spodziewać, skoro kosmetyk nie jest w żaden sposób konserwowany. Ale biorąc pod uwagę, jak niewiele produktu zużywa się przy jednorazowym jego użyciu, to nie jestem pewna, czy się "wyrobię". Pociesza mnie to, że marne są szanse na to, by po upływie terminu ważności cudowne właściwości pestek malin się ulotniły ;)
  • Mało estetyczne, plastikowe opakowanie - jednak gdybyśmy dostawali te pestki w szklanym słoiczku, to raczej nikt by ich tak tanio nie sprzedawał ;) coś za coś!

Peeling z pestek maliny Ol'Vita

Ostatnio odkryłam, że firma Ol'Vita posiada w swojej ofercie także inne "pestkowe" peelingo-maseczki: wiesiołkową, ogórecznikową i różaną.

Ponoć wiesiołkowa i ogórecznikowa dedykowane są cerze tłustej/trądzikowej, a różana - naczynkowej.

Ta malinowa opisywana jest jako uniwersalna.

Możecie więc albo zdecydować się na nią albo wybrać którąś z innych wersji.

Znałyście/znaliście peeling z pestek?
Czy mój wpis dopiero uświadomił Wam, że takie cudo na rynku istnieje?

Dajcie mi znać w komentarzach :)


Ściskam i życzę Wam miłego wieczoru, Wasza Mar!

P.S. Przypominam, że możecie znaleźć mnie na instagramie - wystarczy, że wpiszecie w tamtejszą wyszukiwarkę @lilly.marlenne


Obserwujcie mnie, to będziecie wiedzieć, jak żyję w chwilach, gdy będzie mnie tu mało ;P