sobota, 26 marca 2016

Etniczny wzór

Nie do końca jestem pewną, czy to okrycie, które gości dziś na moim blogu powinnam nazywać płaszczem, swetrem, peleryną, czy może czymś jeszcze.


Kupiłam je jako "kardigan" i coś w podobie kardiganu otrzymać się spodziewałam.


Po otworzeniu paczki skonstatowałam (z niemałym zdumieniem), że mój łup bardziej niż kardigan przypomina raczej wełniany płaszcz.


Uroki zakupów dokonywanych przez Internet ;)


wełniany płaszcz etniczny wzór blogerka stylizacja boho z kapeluszem blog o modzie

Obawiałam się, że ten ciuch w etniczne wzory (których przynależności do jakiejś konkretnej kultury ustalić nie mogę - początkowo wydawały mi się azteckie, ale teraz wcale już tak chętnie ich nimi nie nazywam) będzie sztywny, dość cienki i ze względu na zapięcie umocowane dopiero pod jego kołnierzem mało praktyczny.

Mimo tego zdecydowałam się na jego kupno, bo czegoś tak oryginalnego dawno, naprawdę dawno nigdzie nie widziałam.

Wełniany płaszcz w etniczne wzory boho stylizacja blogerka bohemian style outfit
W praktyce okazało się, że wszystkie moje obawy były bezpodstawne: "kardigan" uszyto z grubej, miękkiej przędzy ze sporą domieszką wełny.

Jest puchaty i wybornie izoluje przed chłodem.

wełniany płaszcz w etniczne wzory kapelusz fedora blogerka stylizacja boho
Fantastycznie nadaje się do noszenia w aktualną pogodę - która wiosenną aurę przypomina tylko w kilkunastu (przy dobrych wiatrach) procentach.

wełniany płaszcz w etniczne wzory blogerka stylizacja boho z kapeluszem blog o modzie

Podoba mi się w nim też to, że ma długi włos - na zdjęciach na stronie wyglądał na "zbity".
Dlatego też lękałam się tego, że będzie się mechacił (no bo w końcu ma też w składzie akryl).

Nic z tych rzeczy, nie ma na to najmniejszych szans!

Jedynym minusem tego długiego włosa jest to, że linieje - prawie tak, jak bardzo lubiane przeze mnie moherowe swetry ;)

Blog o modzie stylizacja boho wełniany płaszcz w etniczne wzory kapelusz fedora

Po dłuższych przegrzebkach uskutecznionych przeze mnie za pośrednictwem Google'a odkryłam, że ten ni płaszcz, ni sweter (jak dla mnie to po prostu swetropłaszcz - sweter, który udaje płaszcz) jest chyba inspirowany podobnym ciuchem, jaki swego czasu wypuściła Zara - o, właśnie tym.

A ten zarowy z kolei do złudzenia przypomina płaszcz Isabel Marant.

Sweter jak płaszcz wełniany płaszcz w etniczne wzory stylizacja boho z kapeluszem

Takie odkrycia zawsze sprawiają, że uśmiecham się do siebie.

Nieco krzywo.

Bo jakoś przestaje mnie wtedy cieszyć "oryginalność" jakiegoś fasonu lub wzornictwa.


Chociaż mojemu swetropłaszczowi z H&M'u dalej do płaszcza Isabel Marant, niż temu z Zary, to i tak  czuję się prawie tak, jakbym kupiła podróbkę.

Zawsze dbam o to, żeby nie kupić ciucha albo dodatku, który jest modny na ulicach dlatego, że ktoś tam skopiował go z jakiegoś wybiegu i wypuścił w świat własną jego wersję.
Jeżeli ciuch jest najgorętszym trendem sezonu, to z Bogiem sprawa - łatwo można to wychwycić.

Gorzej, gdy jest to rzecz mniej popularna i nie tak już często widywana.

Wełniany płaszcz etniczne wzory ethnic print stylizacja boho z kapeluszem blog o modzie blogerka
Być może popadam w paranoję.

Inne dziewczyny paradują w jawnych podróbkach i jeszcze podpisują je jako oryginały, a ja zamiast piec mazurki i świąteczne baby gryzę się i w głowę zachodzę, czy moja nieświadomość "inspiracji" projektantów H&M'u płaszczem Marant jest dla mnie wystarczającym usprawiedliwieniem ;P

wełniany płaszcz etniczne wzory blog o modzie stylizacja boho kapelusz fedora blogerka
Od pierwszej chwili, w której zobaczyłam to etniczne cudo na stronie sklepu wiedziałam już, że będę chciała nosić je w zestawach utrzymanych w stylu boho.

Kapelusz fedora boho stylizacja etniczny płaszcz azteckie wzory

Stąd też i w tym dla potrzeb bloga uwiecznionym połączeniu fedora, listonoszka, pleciony pasek i botki - takie towarzystwo wydało mi się najbardziej do niego pasującym.

Pleciony pasek boho płaszcz etniczny wzór azteckie wzory blogerka
Szkoda, że nie mam na stanie żadnych botków z frędzlami - kiedyś takie miałam, owszem.
Nawet na blogu je Wam pokazywałam - tu, w tym poście. Niestety, umarły.

Wełniany płaszcz w etniczny wzór blog o modzie skórzane botki na słupku stylizacja boho z kapeluszem blogerka

Od czasu, gdy ich żywot dobiegł końca wiele razy obiecywałam sobie sprawić jakiś podobny model - trendy były i są dla mnie łaskawe, botków z frędzlami w sklepach jest masa.
Tyle, że we wszystkich tych, które widziałam zawsze coś mi nie pasowało - a to materiał (sztuczny zamsz, wszędzie zamsz - nie szukam butów, które po dwóch tygodniach ubrudzą się tak, że nie będę mogła ich wyczyścić), a to obcas, a to wreszcie jakość wykonania.

Efekt jest taki, że ciągle ich nie mam - za to donaszam te botki, w których posiadaniu jestem.

Chociaż średnio je lubię.

wełniany płaszcz w etniczny wzór stylizacja boho blog o modzie skórzane botki blogerka kapelusz fedora

Są już ze mną kilka lat.
Kiedy je kupowałam, to skusiły mnie ich niska cena i porządna skóra, z której je zrobiono.
Ale nigdy do końca nie podobał mi się ich obcas - i krój cholewki.

Ubiegłej jesieni botki na takim obcasie były bardzo modne, więc pozbyłam się przynajmniej wrażenia obciachu, jednak nadal uważam, że to fason nie do końca dla mnie ;)

wełniany płaszcz etniczne wzory kardigan etno skórzane botki blog o modzie blogerka stylizacja boho kapelusz fedora

Kapelusz fedora - H&M
Cienki golf - H&M
Wełniany sweter o płaszczowym kroju - H&M
Pleciony pasek - H&M
Tregginsy - H&M
Wełniane rękawiczki - Reserved
Botki - Sarah Karen (dla BOTI/CCC)

wełniany płaszcz etniczny wzór stylizacja boho blog o modzie blogerka kapelusz fedora skórzane botki na słupku

Było na temat, to teraz będzie po mojemu - czyli zapodam moją zwykłą porcję marudzenia.

Otóż bardzo, naprawdę bardzo złości mnie to, że wiosna nie przyszła.

Na nic zdają się wszystkie próby oszustw, do których posuwają się blogerki, zarzucając na siebie cienkie koszule i na gołe stopy wsuwając letnie już pantofelki - jest zimno, nieprzyjemnie i tylko ostro świecące słońce zdradza, że dookoła powinny kwitnąć już kwiatki, a puchowe kurtki od paru tygodni winny być jedzonymi przez mieszkające w szafach i na stryszkach mole.

 W Łodzi temperatury nie przekraczają pięciu stopni powyżej zera, w powietrzu w ogóle nie czuć tego specyficznego zapachu wiosny.

Szkoda. Bardzo chciałabym móc zacząć wreszcie nosić wiele lżejszych rzeczy, z myślą o wiosennych dniach kupionych. 

I móc je obfotografować.

wełniany płaszcz etniczny wzór kardigan etno blog o modzie stylizacja boho z kapeluszem blogerka modowa

Póki co wyjście na zdjęcia nie należy do najbardziej lubianych przeze mnie momentów w tygodniu.

W taką pogodę traktuję je - niestety - wyłącznie jako przykry obowiązek.

Te zdjęcia też rodziły się w bólach - padał deszcz (co baczny obserwator zauważy po kroplach na moim kapeluszu i moich spuszonych włosach), wiało, Leszkowi odmarzały dłonie.
 W dodatku na wymarłej zwykle uliczce ruch kołowy przypominał ten w centrum miasta.

wełniany płaszcz w etniczny wzór blogerka stylizacja boho z kapeluszem blog o modzie

 Więc nie - możecie się zdziwić, ale nie jestem zadowolona z tych zdjęć.
Choć są ładne, to czuję spory niedosyt - płaszcz jest na żywo przepiękny, a te zdjęcia niestety nie oddają w pełni jego uroku.

Powtarzać "sesji" nie mamy w zwyczaju, zatem trudno - są jakie są :) 
 I tak mam dużo szczęścia, że Leszek - pomimo nawału obowiązków - zgadza się jeszcze od czasu do czasu mi je robić.


Dość marudzenia - czas na życzenia!

Nie będę tworzyć żadnego osobnego wpisu, więc korzystając z tego, że nowy post pojawia się dziś chcę życzyć Wam tu wszystkiego, co najlepsze z okazji tych Świąt.

Spędźcie je w spokoju, zdrowiu i wśród bliskich. 

Wesołych, Kochani - Wasza Mar!

niedziela, 20 marca 2016

Kosmetyczne recenzje Mar: White Flower's - Naturalny peeling solno-błotny z Morza Martwego (albo rzecz o mojej walce z podrażnieniami po goleniu i depilacji)

Nie miałam w planach tworzenia żadnego nowego wpisu poświęconego kosmetykom.


Chociaż posty te wychodzą mi dość dobrze (zawsze są rzetelne i - sądząc po ich statystykach - cieszą się dużym Waszym zainteresowaniem), to pisanie ich męczy mnie.


Niesamowicie!


Zawsze chcę opisać kosmetyk tak dokładnie, jak tylko się da.


A to wymaga ode mnie kilku - nierzadko - godzin pracy.


Zatem - wcale nie miałam zamiaru na siłę odbierać sobie kilku godzin z weekendu.

Ale raz, że w ubiegłym tygodniu zwyczajnie nie miałam kiedy wybrać się wraz z Leszkiem na ciuchowe zdjęcia (w sobotę pracowałam do późna, w niedzielę zaś odsypiałam wszystkie poprzednie dni - tak, tamten tydzień naprawdę dał mi w kość), a dwa, że znowu nawiedził mnie pewien kosmetyczny w połowie, a w drugiej zdrowotny problem, którego rozwiązanie możliwe jest u mnie jedynie przy użyciu tego kosmetycznego cuda, o jakim chcę Wam dziś parę słów napisać.

Cudo zagościło więc ponownie w mojej łazience - skoro było pod ręką, to je sfotografowaliśmy.

Mając zdjęcia głupio było ich nie wykorzystać ;)

O jaki problem chodzi? Już tłumaczę!

O podrażnienia po goleniu nóg.

Temat większości kobiet znany, innym obcy - mnie był obcy przez 27 lat życia.

Do zeszłego roku.

Przez wszystkie te lata mojego życia mogłam golić nogi starą, tępą maszynką, w pośpiechu i na sucho, wklepawszy w nie potem byle jaki balsam, olejek lub krem. Albo i nie wklepawszy.

Aż któregoś ubiegłorocznego marcowego ranka, po szybkim porannym prysznicu, rutynowym ogoleniu nóg moją ulubioną maszynką i nasmarowaniu ich - jak każdego innego dnia - używanym przeze mnie od dłuższego czasu balsamem do ciała poczułam dziwne szczypanie. Nie był to pierwszy raz, gdy je poczułam - zdarzało się, że gdy gdzieś się zacięłam, gdy użyłam za mało pianki do golenia albo gdy po prostu maszynka była już nie taka nowa, jaką być powinna, że posmarowanie skóry kremem wywoływało chwilowy dyskomfort.

Chwilowy.

Tamtego dnia nie minął on po chwili - nawet tej dłuższej.

Wręcz przeciwnie - nasilał się z godziny na godzinę.

Nogi swędziały mnie do tego stopnia, że w pewnym momencie nie wytrzymałam i ile sił w nich pognałam do pracowej łazienki - zobaczyć, co też się na nich zadziało.
To, co ujrzałam przeraziło mnie nie na żarty - całe nogi miałam w drobnej wysypce przypominającej pokrzywkę.

Próbowałam wrócić do moich pracowych obowiązków, jednak świąd był tak nieznośny, że w pewnym momencie nie wytrzymałam i zakomunikowałam Szefowi moją niemożność dalszej w tym dniu pracy. Pojechałam do domu, ciągle nie mając pojęcia co się stało i jak temu zaradzić - wszystkie drobne podrażnienia, które sporadycznie mi się zdarzały po goleniu nóg naprawdę przytrafiały mi się rzadko i po kilku godzinach mijały bez śladu. Ewentualnie przez dzień lub dwa miałam na nogach parę czerwonych plamek, które nigdy nie swędziały.

To była jakaś koszmarna nowość, której pochodzenia nie byłam w stanie ustalić.

Pierwszy trop prowadził do balsamu - że nowa butelka, nieco inna etykieta, może choć skład ten sam, to jeden składnik inny jakiś, może uczulenie.

Balsam wywaliłam.

Jakoś nie było mi żal kilkunastu złotych...

Skoro uczulenie, to wapno, doustny lek przeciwalergiczny, a na tę wysypkę - maść z hydrokortyzonem. Pobiegłam do apteki, zestaw kupiłam, wapno wypiłam, tabletki łyknęłam, nogi nasmarowałam. Czekałam, aż minie. Dwa dni tak czekałam - nie minęło.

Nogi miałam już całe podrapane go krwi.
Cierpliwie nadal smarowałam je hydrokortyzonem - aż wyczytałam, że dłuższe stosowanie hydrokortyzonu na duże powierzchnie skóry może zakończyć się źle. Zwłaszcza, gdy skóra ta jest zraniona.

Hydrokortyzon trafił tam, gdzie balsam: do śmieci (tak, wiem, powinnam go zutylizować w aptece ;P nie pomyślałam o tym ;P) - ryzykować nie chciałam, a pamiętałam, że gdy kiedyś przepisano mi go na jakąś alergię, to zadziałał niemal od razu. Marne więc były szanse na to, ze może zadziała za jakiś dopiero czas. Jak przez tyle dni nie pomógł, to już nie pomoże. 

Przeszło samo - po tygodniu.

Przez cały ten tydzień nie smarowałam nóg niczym, oprócz pianki propolisowej.

Nie próbowałam ich też golić.

Ale minęło jeszcze kilka dni i nie wytrzymałam - ile można chodzić z nieogolonymi nogami? Zaryzykowałam. Ogoliłam.

Przezornie na noc.

Posmarowałam je balsamem dopiero rano - takim najbardziej eko, jaki tylko mógł być (marka nieważna).

Specjalnie kupionym, za grube pieniądze.

Bum, znowu to samo! Wysypka, swędzenie, horror.

Więc znowu propolis, znowu nic nie robię, nie dotykam tych nóg.

Ale w międzyczasie zrobiło się ciepło, ja w spódnicach i krótkich spodenkach chodzę rzadko, zaczęłam się jednak zastanawiać, co ja zrobię, kiedy ten problem będzie trwał dłużej, nastanie lato, a ja nie będę mogła pokazać nóg - bo albo będą całe w krostkach albo nieogolone. 

Postanowiłam bliżej przyjrzeć się mojemu zmartwieniu - okazało się, że wysypka pojawia się tylko wtedy, gdy po ogoleniu nóg posmaruję je jakimkolwiek specyfikiem. Bez różnicy było, czy jest to jakiś tańszy, pełen chemii kosmetyk, preparat z samymi substancjami naturalnymi, czy apteczna maść z witaminą A. Dobrze było tylko kiedy używałam olejów - ale moja skóra na ciele jakoś dziwnie znosi oleje, szybko się w nią wchłaniają i po dwóch godzinach wygląda tak samo, jak przed ich użyciem. W krótkim więc czasie dorobiłam się na nogach suchej skorupy.

Coś trzeba było zrobić - nie mogłam mieć wyboru jak ten między dżumą a cholerą: zarówno przesuszona skóra, jak i skóra z wysypką nie wygląda fajnie.

Po poradę udałam się do dermatologa - sądząc, że może jest to jakieś połączenie zapalenia mieszków włosowych, atopii i wrastających włosków.

Takie combo nieszczęść, jak to u mnie.

Dermatolog - starszy już Pan - miał dla mnie jedną, genialną radę: przestać golić nogi!

Wspaniała rada ;-)

Poszłam więc do innego lekarza, tam dowiedziałam się, że golić je mogę, ale lepiej będzie przerzucić się na depilator.

Depilator kupiłam - po dwóch tygodniach przekonałam się, że to, co mnie trapiło przed jego nabyciem na pewno nie było wrastaniem włosków.

Wrastanie włosków wygląda zupełnie inaczej. Teraz już wiedziałam jak.

Co to, to nie - pomyślałam, depilator oddając mamie.
I poszłam do trzeciego lekarza.

Tym razem trafiłam na kobietę...

Przemiłą, młodą dziewczynę, która wysłuchała mojego problemu, obejrzała nogi, dała skierowanie na badania krwi pod kątem alergii, potem dała skierowanie na przeróżne testy skórne, a kiedy w wynikach nie dopatrzyła się niczego, co na alergiczne pochodzenie moich problemów mogłoby wskazywać orzekła, że nie ma pojęcia, dlaczego coś takiego u mnie się pojawia, ale chyba ma pomysł, jak ten problem rozwiązać - stwierdziła, że całkiem niedawno miała pacjentkę z podobnym kłopotem. Początkowo przepisywała jej maści na zapalenie mieszków włosowych. Maści nie działały. Któregoś dnia pacjentka wróciła do niej i powiedziała, że pomogło jej regularne wykonywanie peelingów. Przed goleniem nóg i po nim.

Pani Doktor dała mi numer telefonu do tej kobiety i poradziła, żebym dowiedziała się, co to za specyfik.

Zaraz po wyjściu z gabinetu wykonałam telefon.

Naturalny peeling solno-błotny z Morza Martwego White Flower's
I tak dowiedziałam się o istnieniu peelingu White Flower's :)

Pani Ewa (którą serdecznie pozdrawiam, bo być może jeszcze na mojego bloga zagląda - kiedyś donosiła mi, że podczytuje) powiedziała mi, że peeling jest do kupienia w Rossmannie, kosztuje 14 złotych, ma dobry skład i naprawdę pomógł na jej przypadłość.

Okazało się, że rzeczywiście - jej kłopot też pojawił się u niej z dnia na dzień i też objawiał się podobnie.

Zaradziła mu przypadkiem - kupiła ten peeling zainteresowana nowością na rossmannowej półce.

Zdradziła mi, że mocno wcierała go w skórę nóg przed goleniem, później normalnie goliła nogi z użyciem preparatu do tego przeznaczonego, a potem znowu peelingowała skórę.

Problem zniknął ponoć po tygodniu.

Nie mogłam nie zaryzykować!

Sama kupiłam produkt - i to od razu dwa opakowania, bo okazało się, ze akurat jest na niego promocja i kosztuje nie 14 złotych, a 8!

Naturalny peeling solno-błotny z Morza Martwego White Flower's
Dopiero po zakupie zaczęłam analizować, co właściwie kupiłam - studiując skład i opis producenta.

Okazało się, że ten zalecał go do skóry pozbawionej jędrności i sprężystości.

A także do tej dotkniętej problemem cellulitu i odwodnionej.

Cellulit mi nie dokucza od dłuższego już czasu (przyznaję, miałam z nim spory problem w czasach, gdy brałam tabletki antykoncepcyjne i gdy było mnie o parę kilogramów więcej), ale słabe nawilżenie skóry mogłam sobie przypisać.

Naturalny peeling solno-błotny z Morza Martwego White Flower's
Skład mnie bardzo ucieszył - nie jest łatwo kupić peeling, który nie byłby zbieraniną składników czysto chemicznych.

O tym, że większość dostępnych na rynku peelingów zawiera w składzie SLS nawet nie wspomnę.

Ten preparat go nie miał.

Miał za to wiele fajnych składników:

  • Sól morską - wspomagającą odbudowę mineralną komórek skóry, działającą antybakteryjnie i przeciwzapalnie, regenerującą skórę i poprawiającą jej sprężystość
  • Chlorek sodu - naturalny preparat ścierający i polerujący (zamiast jakiegoś syntetycznego badziewia, które zwykle czai się we wszystkich tanich peelingach w tych ich "fajnych", pachnących kuleczkach)
  • Błoto z Morza Martwego - składnik bogaty w mikroelementy i substancje czynne biologicznie, detoksykujący, odblokowujący pory skóry, tonizujący i przeciwzapalny
  • Olej kokosowy - naturalny emolient tworzący na powierzchni skóry warstwę okluzyjną, zapobiegającą nadmiernemu odparowywaniu z niej wody
  • Olej z pestek winogron - naturalny renatłuszczacz odbudowujący barierę lipidową skóry
  • Wodę morską - kolejny po błocie składnik bardzo bogaty w minerały, przeciwbakteryjny i działający przeciwzapalnie
  • Olej arganowy - którego działania nie muszę Wam przybliżać, bo wszyscy mniej więcej wiedzą, że jest świetnym środkiem w walce z wolnymi rodnikami, starzeniem się skóry, oraz brakiem jej odpowiedniego nawilżenia i nawodnienia
  • Olejek ze skórek pomarańczy - antycellulitowy, stymulujący krążenie krwi i przeciwbakteryjny

Owszem, miał też parę rzeczy, które sprawiają, że mam ochotę się skrzywić:

  • Kwas benzoesowy - jest co prawda na końcu składu i mamy go w kosmetyku spłukiwanym, a także w takim, do którego sięga się mokrą łapą i który czymś musi być konserwowany, ale z racji tego, że nie mamy podane ile procent jest go w produkcie, to nigdy nie wiadomo, czy producent nie przekroczył dozwolonego w tego typu kosmetykach stężenia
  • Alkohol benzylowy - konserwant i składnik perfumujący, potencjalnie alergiczny
  • Kompozycja zapachowa - po co, skoro olejki zawarte w peelingu i tak mają swój aromat?
  • Eugenol - kolejny trochę konserwant, a trochę poprawiacz zapachu
  • Limonen i Linalol - następne bezsensowne moim zdaniem dodatki w preparacie składającym się z dużej ilości olei (czasem odnoszę wrażenie, że producenci dodają tyle perfum do wszystkich kosmetyków na nasze własne życzenie: chcemy dostawać kosmetyki naturalne, zawierające ekstrakty i oleje, ale nie potrafimy pogodzić się z tym, że niektóre rośliny choć dobrze działają na naszą skórę, to nie pachną najpiękniej)


Ogólnie rzecz ujmując - uznałam, że większej krzywdy, niż ta, która mi się dzieje ten preparat wyrządzić mi nie może.

Naturalny peeling solno-błotny z Morza Martwego White Flower's
Efekty działania preparatu zauważyłam bardzo szybko - okazało się, że rzeczywiście: nie wiem, czy to ze względu na zawartość soli, która być może w jakimś stopniu odkaża mieszki włosowe, czy przez bardzo dobre mechaniczne masowanie skóry złuszczające rogowaciejący naskórek (Pani Doktor stwierdziła, że jej zdaniem moja wysypka mogła być spowodowana właśnie nadmiernym jego rogowaceniem), ale mój problem zniknął.

Używałam preparatu tak, jak doradziła mi robić to Pani Ewa - mocno wmasowywałam go w skórę nóg (powiedziałabym, że nawet drapałam ją nim), spłukiwałam go, potem obficie namydlałam nogi pianką do golenia, goliłam je i powtarzałam wmasowywanie peelingu. Z racji tego, że peeling pozostawia na skórze dość grubą warstwę olejków nie spłukiwałam jej do "czysta", a jedynie zmywałam kryształki soli i lekko oklepywałam nogi ręcznikiem po wyjściu spod prysznica.

Nie nakładałam na skórę żadnego balsamu ani kremu - zauważyłam bowiem, że ten dodatek olejów zawarty w peelingu nawilżał ją w sposób wystarczający. Jeśli robiłam peeling na noc, to rano skóra wyglądała na nawilżoną i sprężystą. Była gładka i miła w dotyku. Tak samo wyglądała wieczorem, jeśli peeling wykonywałam rano.

Chociaż producent zalecał używanie preparatu raz lub dwa w tygodniu, ja stosowałam go codziennie. Przez trzy tygodnie. Dopiero po tych trzech tygodniach zdecydowałam się na próbę kontrolną - ogoliłam nogi bez użycia peelingu, a potem posmarowałam je balsamem.

Wysypka się nie pojawiła.

Nie wróciła też przez całe lato, chociaż nogi goliłam wówczas nawet codziennie, a że latem skóra wysusza się szybko, to i codziennie (albo i dwa razy dziennie) smarowałam je różnymi kosmetykami.

Pojedyncze ogniska tego typu zmian wróciły do mnie jesienią.

I w zeszłym tygodniu - któregoś ranka po porannym posmarowaniu nóg aktualnie używanym przeze mnie do tego celu produktem znowu ją zauważyłam.

Dlatego też jak tylko powtórnie odnotowałam wystąpienie tego paskudztwa, to ponownie szybko pobiegłam do Rossmanna w poszukiwaniu mojego peelingu - bojąc się, że może go już tam nie być.

Ale był. I ciągle w tej samej cenie.

Znowu więc do niego wracam - i znowu musimy się zakolegować, chociaż czasami jak tak zerkam do tego jego opakowania, to naprawdę żałuję, że nie mam takiego szczęścia jak większość kobiet i nie mogę używać ładnych, estetycznych produktów, tylko zawsze jest mi pisane jakieś paskudztwo: albo śmierdzące mydło z Aleppo albo takie coś, o, właśnie takie:

Naturalny peeling solno-błotny z Morza Martwego White Flower's
Jak oceniam peeling firmy White Flower's?


Plusy kosmetyku:

  • Niska cena i dobry stosunek tejże do ilości preparatu w opakowaniu - peeling kosztuje niecałe 14 złotych, dostajemy go 300 g. Peelingów jest na rynku masa, a większość tych pakowanych w tuby kosztuje około dwudziestu złotych. Jest ich tam średnio 200 g.
  • Dobra dostępność - jest do kupienia w każdym (prawie - w paru go nie widziałam) Rossmannie. Rossmann jest dziś obecny nawet w małych miasteczkach, także każda z Was bez problemu może go sobie sprawić.
  • Porządne złuszczanie naskórka i możliwość wykonania peelingiem nawet długiego masażu - większość peelingów zawiera różne drobinki i granulki, które po krótkim ledwie kontakcie z wodą szybko się rozpuszczają. Tu rolę tych drobinek przejęły spore, widoczne gołym okiem kryształki soli, które są na wodę bardzo odporne. Kilka razy wcierałam peeling w ciało przez dobrych kilka minut - jeśli kryształki nie odpadły ze skóry, to ciągle na niej były. Te drobinki naprawdę zdzierają skórę i masują ją. Jeśli skóra swędzi, to peeling przynosi ukojenie.
  • Łagodzenie stanów zapalnych skóry - od pierwszych aplikacji widziałam, że moja podrażniona skóra wygląda lepiej, szybko zniknęło swędzenie, które wcześniej stale mi towarzyszyło.
  • Pozytywny wpływ na stan mieszków włosowych i prawidłowy wzrost włosów na depilowanej/golonej skórze - choć pozbyłam się tego depilatora, który polecił mi jeden z dermatologów, to w paru miejscach na łydkach ciągle widziałam włosy, które nie umiały się przebić przez skórę. Po pewnym czasie używania peelingu włoski się przebiły. Bez problemu
  • Fajne nawilżenie skóry, pozwalające nawet na rezygnację z aplikowania na nią balsamu i/lub olejów - po użyciu peeling zostawia na skórze oleistą warstwę, która szybko się w nią wchłania, ta warstwa jest podobna do tej, jaką nanosimy na nogi lub całe ciało w czasie wsmarowywania w nie preparatów nawilżających. Jeśli ktoś nie zmaga się z naprawdę dużym przesuszeniem skóry (na przykład wskutek zażywania retinoidów), to ten peeling zastąpi mu czynność kremowania skóry i zaoszczędzi kilka minut z dnia ;)

Minusy produktu:


  • Zapach - preparat pachnie bardzo intensywnie, dla mnie cytrusowo. Nie czuć w nim specyficznego, mdłego zapachu oleju arganowego. Mnie ten zapach się podobał, wiele osób może jednak drażnić.
  • Konsystencja mogąca wpływać na niską wydajność preparatu - peeling jest bardzo rzadki. Po dłuższym staniu na półce potrafi się rozwarstwić i wtedy mamy w opakowaniu osobno drobinki soli i błoto, a osobno wodę z olejem. Przed każdym użyciem trzeba go więc dobrze wstrząsnąć. Po zmieszaniu otrzymujemy maź, którą musimy nauczyć się nakładać - w pewnym momencie zorientujemy się, że nie trzeba nałożyć go wiele, żeby wykonać peeling nawet na dużej powierzchni ciała, ale jeśli nie zrobimy tego szybko, to w ciągu trzech lub czterech użyć możemy wykorzystać cały kosmetyk.
  • Bardzo ostre drobinki ścierające - nie jest to preparat dla osób z problemem pękających naczynek krwionośnych i tych, których skóra źle reaguje na ostre peelingi mechaniczne. Trzeba wyczuć, jak mocno można masować nim skórę. Na początku zalecam ostrożność w obcowaniu z nim.
  • Przemijające uczucie pieczenia przy nakładaniu peelingu na skórę po goleniu albo na skórę z rankami - mamy sól, sól kładziona na ranę będzie piekła. Wspominam o tym, bo można się zdziwić, dla mnie to pieczenie jednak było plusem - miałam wrażenie, że skóra się dezynfekuje i leczy ;P
  • Oleista powłoka pokrywająca wannę/brodzik po użyciu produktu - pisząc to czuję się trochę jak autorzy amerykańskich instrukcji obsługi różnych urządzeń, ale różni ludzie mogą tu zaglądać ;) Otóż tak, peeling jest tłusty, zanim postanowimy przemieszczać się w wannie lub kabinie prysznicowej, to warto dobrze je spłukać - inaczej można się poślizgnąć.
  • Przekłamanie w nazwie - olej arganowy jest niemal na końcu składu peelingu. Tak samo olejek ze skórek pomarańczy, składnik mający wpływać na rzekome działanie antycellulitowe peelingu. Kosmetyk powinien nazywać się "Naturalny peeling solno-błotny z Morza Martwego z dodatkiem oleju kokosowego". No i kłóciłabym się, czy to naprawdę jest kosmetyk naturalny. Moim zdaniem producent mógłby zrezygnować z przynajmniej dwóch konserwantów. One chyba i tak za mocno produktu nie konserwują, skoro ma tylko trzymiesięczny termin przydatności od otwarcia opakowania.

Jeśli jeszcze nigdy nie używałyście tego peelingu a lubicie dobre zdzieraki, to szczerze polecam Wam ten produkt.

Ja wystawiam mu mocną 5, bo choć ma pewne minusy, to na moje problemy pomógł w stu procentach.

Sądzę, że przypadnie do gustu także tym z Was, które z żadnymi schorzeniami skóry się nie zmagają, a lubią po prostu od czasu do czasu porządnie się złuszczyć ;)

Pozdrawiam Was i życzę Wam udanej, spokojnej niedzieli - Wasza Mar!